Odkryciem dla mnie była w tym roku Cerkiew w Sokolikach Górskich, miejscu po wsi o takiej nazwie, w Worku.
Jadąc z Tarnawy Niżnej w kierunku Sianek (a właściwie parkingu BdPN w Bukowcu), na kilkanaście metrów przed miejscem, gdzie kończy się asfaltowa nawierzchnia, a zaczyna typowa bieszczadzka droga bita (kamienie, dziury etc.) znajduje się droga z betonowych płyt. Odchodzi w lewo, na wschód, w kierunku Sanu.
Pokonawszy niewielkie wzniesienie (i otwarty szlaban) oczom wędrowca ukazuje się widok na dolinę Sanu i majaczącą w oddali cerkiew w Sokolikach Górskich. Niegdyś ludna wieś położona, jak i inne, po obu stronach Sanu, przystanek normalnotorowej kolei, która w tym miejscu dobiegała linii Sanu; dziś opuszczona i cicha. Po tamtej stronie kilka chałup i cerkiew, po tej tylko wspomniana droga. Pokonawszy nią trzy kilometry dochodzimy do jej końca, nad samym prawie Sanem. Cisza, szum wiatru, cykanie świerszczy, leniwy ruch rzeki, szeleszczące trawy i drzewa. Zapomniany gąsienicowy post radziecki ciągnik, jakieś żelastwo z wolna niknące pod trawą, żywego ducha.
W odległości kilkuset metrów, po stronie ukraińskiej doskonale widoczna cerkiew. Murowana, opuszczona, częsciowo zdewastowana: zardzewiałe kopuły, dziurawy dach, porzucone części nie wiadomo jakich urządzeń, resztki ogrodzenia, płotu. I cisza, tak samo przejmująca i dominująca nad wszystkim. Przerwać ją może jedynie gwizd i stukot przejeżdżającego z rzadka pociągu, który pojawia się szybko, wdzierając się gwałtownie w ciszę, niknie zaś powoli i długo.
I znowu cisza, i szum wiatru w drzewach i zaroślach. Zdaje się, że usłyszeć w nim można nieistniejące dźwięki żyjących kiedyś dawno - niedawno w tym miejscu ludzi, których jużnie ma, i z którymi coś bezpowrotnie i w brutalny sposób odeszło. I dlatego też lubię to (i wiele, wiele innych) miejsce: uczy pokory i zmusza myślących do refleksji.
Pozdrawiam (nieco sentymentalnie)
|