Reportaż na gorąco. Jeden dzień bliżej nieba - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Reportaż na gorąco. Jeden dzień bliżej nieba


2001-09-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-02-01 15:00:18
Joanna Szurlej  


Ranek. Słońce zapowiada swą intensywną pracę. Wstaje wielkie, rześkie odrzucając kołderkę z chmur. Wiem, że to będzie wyjątkowy dzień! Wrzucam do torby aparat i dyktafon. Pakuję wszystko na górala i w drogę. Jeszcze tylko kilka kilometrów wertepów i jestem na miejscu. Bezmiechowa Górna. Szybowisko.
Słońce przypieka coraz mocniej. Przede mną "Święta Góra Szybowników", dla mnie na razie jest jednak wielka stromizną, pod którą muszę wypchać rower.
Naprzeciw mnie wychodzi Łukasz, student reżyserii dźwięku z Warszawy. Od roku pisywał mi w mejlach, jak nie może się doczekać wyjazdu na kurs szybowcowy organizowany przez Aeroklub Bieszczadzki w Bezmiechowej.
Razem z nim jest jeszcze dziewięciu kursantów. Są z różnych stron Polski (choć przeważają warszawiacy) i różne powody, dla których chcą właśnie tak spędzić wakacje.

Ale o tym za chwilę. Przyszedł "guru" młodych adeptów szybownictwa - Piotr Bobula, małomówny, z zagadkowym uśmiechem błąkającym się po twarzy - instruktor i kierownik szybowiska. Teraz odprawa. Nastąpiło nagłe ożywienie wśród kursantów. Zostawiając za sobą resztki poranno-śniadaniowego nastroju, wszyscy zebrali się wokół instruktora. Ten spokojnym, acz stanowczym tonem powiadomił o planie dnia na szybowisku. Już po tej krótkiej odprawie widać było, że Piotr Bobula zwany przez wtajemniczonych Bobulem cieszy się niesamowitym szacunkiem. Kilka słów wystarczyło, żeby wszyscy wiedzieli co robić. Trzy maszyny "parkowały" na pierwszym wzniesieniu. Dwa wysłużone Bociany i nowiutki PW-6. Mimo iż jeszcze na ziemi - prezentowały się dostojnie, wręcz powabnie. Smukłe skrzydło przechylonego szybowca celowało prosto w błękit nieba.

Zapowiadał się upalny dzień. Sabina, licealistka z Leska, uśmiechnęła się szeroko. Zawadiacko przekrzywiona czapka zdradzała charakter przebojowej blondynki. Jest jedną z dwóch dziewczyn na kursie. Drugą jest Ewa, z wykształcenia muzyk. Obie twierdzą zgodnie: - Nie ma dla dziewczyn taryfy ulgowej, nawet byśmy jej nie chciały! Trzeba wstać o piątej - wstajemy, trzeba powycierać szybowce z rosy czy deszczu - zasuwamy na równi z chłopakami! Trzeba myć się w lodowatej wodzie - nie narzekamy! Wszystko zrobimy, żeby tu być!

-W ubiegłym roku przyjechałam tu odwiedzić chłopaka, który właśnie był na kursie i tak mi się tu spodobało, że w tym roku ja postanowiłam spróbować - opowiada Ewa. - A że jestem do tego "za krótka", więc biorę do szybowca koc. I to wcale nie dlatego, że jestem taka wygodna! O nie! Muszę dostać do pedałów i drążka!
Zanim rozpoczną się loty, trzeba odholować jeden z "Bocianów" na przegląd do Krosna. Za sterami wysłużonego "PZL-101 Gawron" - Arek Kryda, pilot, jedna z barwniejszych postaci szybowiska. Startują! Ryk silnika. Maszyna nadzwyczaj wdzięcznie i lekko jak na swoją ciężką posturę, wzbija się w powietrze. Za nim już bezgłośnie leci szybowiec. Wystarczyła chwila, aby się stały małymi punkcikami na niebie. Odprowadzamy je wzrokiem. - Ach! Wiele bym dał, żeby z nimi polecieć! - wzdycha Marcin, kursant z ubiegłego roku. - Tłukliśmy się przez pół Polski, żeby choć na chwilę znów poczuć magię tego miejsca! Marek, kumpel Marcina pstryka co raz to nowe zdjęcie. - "Zaraziliśmy" się Bezmiechową - żartują.

Wyciągarka już gotowa. Bobul decyduje, że wypróbują PW-6. Jest piękny. Jeszcze bardziej opływowy niż "Bocian", mniejszy i lżejszy.
Lina napięta.Pierwszym szczęśliwcem jest Paweł. Pochodzi z pobliskiego Dźwiniacza, ale teraz jest uczniem szkoły w Dęblinie. Marzy o lataniu. I poszło.
Szybowiec błyskawicznie wzbija się w powietrze. Wszyscy patrzą jak zahipnotyzowani. Arek- grafik z Sanoka, który już zrobił "podstawówkę", czyli kurs podstawowy - trzecią klasę - mówi przez radiostację - lina odeszła! Szybowiec przez chwilę nurkuje w dół, ale szybko wraca do poziomu i zatacza pierwsze koło. Leci bezgłośnie, znów przemyka mi przez myśl jedno słowo: majestatycznie...
Na ziemi trwa ustalenie kolejności lotów. Umowa jest jasna. Kto poprzedniego dnia załapał się na noszenie, czyli dłużej był w powietrzu, teraz jest na końcu listy. Maciek z Leska już nie może się doczekać swojej kolejki. - Tylko popatrz! Co za jazda! - usta mu się nie zamykają - Jak można mieć Bezmiechową pod nosem i nie spróbować! To grzech! Sam wypróbował już wiele rodzajów sportów. Ciągle szuka, co do niego pasuje. Za to Patryk z Warszawy wie dobrze, co chce robić w przyszłości - latać na Boeingach. Uczy się w liceum o profilu lotniczym - dokładniej mówiąc: urządzenia pokładowe, awionika. W Bieszczadach pierwszy raz w życiu. Na razie tak pochłonięty szkoleniem, że góry widzi tylko ze szczytu bezmiechowskiego lotniska. Właściwie to "aż ze szczytu", bowiem widok przy dobrej widoczności jest jak marzenie: widać i połoniny, a przy dobrej widoczności nawet Tarnicę. Właściwie rozpościera się tu bajeczny widok; gdzie nie spojrzeć widać i Jezioro Solińskie, i okoliczne wsie, i miasteczka. Zapiera dech w piersi. Dla samego widoku już warto tu być! Łukasz jedzie po linę. Musi ją szybko zwieźć, by była gotowa go podczepienia do następnego lotu.

W tym czasie widać jakieś zamieszanie na górze, koło wyciągarki. To jacyś nieobeznani z przepisami szybowiska, paralotniarze rozwinęli glajty. - O, zaraz zobaczysz Bobula w akcji - mówi Arek. Nie wiem o co chodzi, ale zaraz objaśniają mi, że jest zakaz lotów parolotniami, gdy trwają loty szybowcowe. To ze względów bezpieczeństwa. Lina którą zwalnia szybowiec może po prostu upaść komuś na głowę i nieszczęście gotowe.

Wylądowali. PW-6 zasunął brzuchem po trawie, zaszumiało. Zatrzymał się i klap, przechylił na bok.

- No to teraz patrz! - powiedziała Sabina. Emanujący jak dotąd stoickim spokojem instruktor wsiadł w klekoczący Subaru i pomknął pod górę. Był tam tylko chwilę. Z daleka widać było, jak niefortunni paralotniarze zaczynają manewrować przy skrzydłach. - Krótka piłka - stwierdził ktoś obok. Bobul rzucił "wiąchę ostrzegawczą" i biada tym, którzy będą plątać się teraz po górze. Instruktor wysiadł i jakby nigdy nic wypłynął pod jego wąsem nieprzenikliwy uśmiech. - Kto następny? - zapytał zapinając na nowo uprząż spadochronu.

Zbliża się południe. Skwar. Wszyscy chowają się pod namiot. Zgromadziło się też sporo chętnych do "przelecenia" jak śmieją się kursanci. Aeroklub musi też na siebie zarobić, więc kto chętny i ma trochę kasy może liczyć na wrażenia.
Tymczasem podpytuję dwóch starszych uczestników kursu - pana Stanisława i Kazimierza co ich skłoniło do wzięcia udziału akurat w takim szkoleniu. - Przyjechaliśmy z Kielc - mówi pan Stanisław - Od kilku lat latamy na glajtach i motolotniach. Chcieliśmy się przekonać, czy trudniej jest latać na szybowcach - I jak, trudniej? - pytam - Nie da się porównać! - wykrzykuje pan Kazimierz. Ale staramy się dorównać młodym.

W tym momencie znów szybowiec podchodzi do lądowania. Jest! Turysta wychodzi na "miękkich nogach", ale uśmiecha się dziarsko.
Loty trwają do obiadu. Dostaję zaproszenie na wyprawę na obiad, ale zanim pojedziemy... tu czeka mnie niespodzianka. Mam polecieć! Nie wiem, co mam zrobić, bo i chciałabym i boję się. Ale ciekawość zwycięża, zresztą nie mam czasu na zastanowienie się, bo zanim cokolwiek powiedziałam, już siedziałam z "Bocianie" z drugim instruktorem - Stanisławem Suchodolskim (na co dzień wykładowcą z Politechniki Warszawskiej). Ewa pomaga mi zapiąć mnóstwo metalowych sprzączek i pasków. Siedzę na pierwszym fotelu. Klamka zapadła. Wszystko pozamykane. Mamoooo! Wystartował! Jejuuuuuuuu! Staram się nie piszczeć - no myślę, nie wypada. Ale "najlepsze" miało przyjść: lina wyczepiona i ... lecimy w dół!!! Zapieram się kurczowo rękami o ścianki szybowca. Później okazało się, że zrobiłam "pająka", czyli to samo co większość ludzi, którzy mają szczęście siedzieć na pierwszym fotelu i widzą, jak dziób szybowca pikuje w dół. To trwa moment. ALE JAKI MOMENT!!! Proszę wybaczyć, tego się nie da opisać - TO TRZEBA PRZEŻYĆ! Patrzę w dół. Las, domy, w oddali jezioro, góry - wszystko takie inne - z lotu ptaka - o przepraszam - szybowca... Nie ma we mnie już strachu. Jest zachwyt nad tym, co widzę z tej perspektywy! Powietrze świszcze opływając ścianki. Jak wrażenie? - pyta pan Stanisław. - Pierwszy raz w życiu zabrakło mi słów - mówię, przekrzykując szum w kabinie. - Jest noszenie - słyszę. Czuję jak maszyna płynie w powietrzu. Nawet niebo z tej perspektywy jest inne. Intensywniejsze. Błękitniejsze! A słońce? Słońce jest z "zasięgu ręki". Chwilo trwaj! - chciałam krzyczeć. Niestety, noszenie było krótkie. Podchodzimy do lądowania. Widzę zbliżającą się niesamowicie szybko łąkę. Za szybko! - myślę w mimowolnej panice, ale wszystko jest pod kontrolą. Tarcie. Stop. To było FANTASTYCZNE, nieporównywalne z niczym, co do tej pory przeżyłam w swoim całym życiu. Ludzie dookoła pytają - I jak? Jak?? - z wrażenia nie mogę wydobyć słowa.

Jeszcze nie ochłonęłam, a już czeka nas nowa przygoda: przejażdżka na obiad do Olszanicy. Ale nie byle jakim pojazdem - GAZ-em, na pace. Ładujemy się. Kieruje Bobul. Na pace siedzą: Sabina, Maciek, Ewa, Jerzy, Patryk, Łukasz, Paweł ,Wiktor i ja. GAZ toczy się z góry. Ale ttttttttrzęsie! Ooooo! - To takie "bieszczadzkie kabrio", tylko wieloosobowe - żartują. Samochód toczy się posłusznie. Droga wiedzie przez las i właśnie nim pachnie. Maciek mówi za wszystkich. Reszta chyba nie może doczekać się obiadu. Zamawiamy pomidorową. Przy okazji wspólnego posiłku poznaję resztę: Wiktora, małomównego licealistę ze stolicy i Jerzego z Bykowiec, studenta prawa. Po obiedzie znów "zapakunek" na pakę. Nasze żołądki mają teraz niezłą "dyskotekę". Sierpniowy wiaterek smaga po twarzy, czuć już w nim zbliżającą się jesień...

Ale póki co jesteśmy znów na szybowisku. Gość od wyciągarki zapuszcza silnik i wio! Jeszcze sprawdzenie, kto po kim i czekanie... Okazuje się, że szkolenie polega też na nauce czekania: na warunki, na swoją kolej, na turystów, którzy wreszcie zadowoleni, że się "załapią" i dadzą polatać kursantom. Ale nikt tu nie narzeka. Nie ma ociągania. Zawsze są chętni do ustawienia szybowca, trzymania tarczy sygnalizacyjnej, jazdy po linę. Chętnie też pomagają miejscowi chłopcy, a wśród nich, Arek, Krzysiek i Sebastian, dla których to sposób na spędzenie wakacji. Nie nudzą się i wszędzie ich pełno. Arek opowiada entuzjastycznie - Poczekaj aż zobaczysz "bobulowego kosiaka", to dopiero coś! Mówi. - To: -instruktor przeleci bardzo nisko nad ziemią, że aż wszystko "wykasza". Ale Oni wiedzą, że na takie rzeczy mogą sobie pozwolić tylko najlepsi! Oni też chcą tacy być! Obserwujemy kolejne loty. Ja też patrzę, ale już ze świadomością, że jestem "wtajemniczona" - wiem, ze te moje 9 minut w szybowcu to było COŚ! Kursanci wypełniają książki lotów. W papierach wszystko musi grać. Dokładność prowadzenia książki lotów też świadczy o klasie przyszłego pilota - mówi adeptom Mistrz Bobula. Wszyscy piszą bez mrugnięcia okiem, nawet Maciek, który zawsze ma do wszystkiego 4 słowa komentarza.
Ani się obejrzeliśmy, jak zrobiło się późne popołudnie. Skoszona równo trawa na "Świętej Górze" pachniała intensywniej, a ziemia oddawała ciepło. Cykały świerszcze. Słońce zaczęło zachodzić czerwienią i rdzawą żółcią. Wieczór.

Wyjechałam z Łukaszem ostatni raz po linę. Z góry widok zapierał dech w piersi. W ciepłym jeszcze blasku słońca wszystko nabierało intensywnych barw. Powoli zaczęła unosić się mgła nad pobliskim lasem. Co za dzień! I już chyba rozumiem, dlaczego ta góra jest wyjątkowa. To nie jest zwyczajna góra! To "Święta Góra Szybowników".
Zdarzają się w życiu takie chwile niewypowiedzianego zadowolenia, których nie da się do końca wyrazić za pomocą symboli zwanych słowami - I TO BYŁ WŁAŚNIE TAKI DZIEŃ!

Joanna Szurlej


p.s.
Od przeszło 12 lat trwały starania o reaktywowanie szybowiska na Bezmiechowej. O nowych planach zagospodarowania pisaliśmy już w kilku numerach "Echa". W Aeroklubie10 osób zdało kurs podstawowy. Na miesięcznym kursie oprócz teorii, którą trzeba opanować "na blachę", trzeba zdać testy, a wcześniej przejść całą masę badań lekarskich. Trzeba też mieć na koncie 45 lotów z instruktorem. Po tym etapie następuje moment, gdy instruktor podejmuje decyzję, czy dany kursant na tyle opanował technikę, że może polecieć samodzielnie. Jeśli tak, następuje najbardziej ekscytująca chwila całego szkolenia: samodzielny lot.
O tym, kto będzie tym pierwszym szczęśliwcem, i o dalszych losach wszystkich uczestników kursu na bezmiechowskim szybowisku dowiedzą się Państwo w następnym numerze.


Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3