Z tym pytaniem, będącym zarazem tytułem artykułu, zwróciłam się do Pani Krystyny Ross-Rejdak, która śpiewała w Zespole Pieśni i Tańca "Śląsk".
Krystyna Ross-Rejdak:
Można, czego jestem żywym przykładem. Trzeba "tylko" dysponować odpowiednimi walorami głosowymi albo tanecznymi. Bez takich talentów nie można nawet zaczynać marzyć o karierze w jakimkolwiek zespole, a co dopiero w tak renomowanym jak "Śląsk". Proszę sobie wyobrazić, iż niedawno dowiedziałam się, że mieszka w Lesku moja koleżanka Danusia Kapanajko-Rymarowicz, która wcześniej niż ja dostała się do zespołu. Niestety, rodzice nie pozwolili jej wyjechać tak daleko od domu, bo się bali o swoją jedynaczkę. Ogromna szkoda, bo miała bardzo ładny głos; niewiele brakowało, a byśmy śpiewały obydwie. Wracając do tematu. Urodziłam się na Kresach, a wychowałam w Uhercach, proszę zaznaczyć - moich ukochanych Uhercach!. Kiedy byłam w szkole podstawowej nauczyciele zwrócili uwagę na mój głos, bo często śpiewałam na różnych akademiach, uroczystościach szkolnych, pamiętam, że wszyscy tego ode mnie oczekiwali. Bardzo szybko polubiłam te występy i nigdy nie trzeba było mnie zapraszać do śpiewania. Uczęszczałam do Liceum Ogólnokształcącego w Lesku. Tu trafiłam od razu pod opiekuńcze "skrzydła" cudownego pedagoga, oddanego swej pracy nauczyciela i człowieka z ogromną pasją artystyczną - Pani Prof. Marii Lachman, która uświadomiła mi, że mój głos należy kształcić. Pozwalała mi śpiewać przy różnych okazjach, powierzała solowe partie w licznych przedstawieniach, których była reżyserem. Organizowała tzw. wieczornice Mickiewiczowskie. Nigdy nie zapomnę swoich pierwszych wykonań: "W Tyrolu gdym na warcie stał"(...) lub "Gdybym rannym słonkiem"(...) Często występowałam z moim kolegą Cesiem Gindą. Jeździliśmy z tymi występami po okolicznych wioskach, zdobywali nowe doświadczenia, to były cudowne lata. Razem z nami występował zespół taneczny, a w nim Zosia Lohman, Tosia Biodrowicz czy Nina Pazowska. Najważniejsze było jednak to, że Pani Profesor wszystkim, którzy byli uzdolnieni artystycznie, potrafiła stworzyć warunki do zaprezentowania tego. Działały wówczas: kółko teatralne, chór, zespół muzyczny, zespoły recytatorskie. Dla zapewnienia mi akompaniamentu fortepianu poprosiła rodziców koleżanki, by mi umożliwili korzystanie kilka razy w tygodniu ćwiczyć w ich domu. Przy instrumencie siadała Basia Święch, a p. Lachman skupiona, zasłuchana korygowała błędy, podpowiadała co należy zmienić, co poprawić, a co dodać czy wyeksponować. Moje śpiewanie zawdzięczam wyłącznie Profesorce.
Przypomniałam sobie pewne zdarzenia - w "Nowinach Rzeszowskich" ukazało się ogłoszenie, że odbędzie się przegląd muzyczny, mający na celu poszukiwanie młodych talentów, ja pełna nadziei, nie mówiąc nic nikomu wzięłam w nim udział. Wróciłam z wyróżnieniem, co było dużym osiągnięciem, zważywszy, że miałam 16 lat i amatorskie przygotowanie, gdy inni byli ze szkół muzycznych i z odpowiednią asystą. Moje wykonanie partii z "Halki" bardzo się jurorom spodobało. Po powrocie wcale nie spotkałam się z aprobatą mojego wyczynu ze strony mojej opiekunki. Dopiero gdy wytłumaczyłam, że chciałam tylko sprawdzić czy rzeczywiście mój głos jest coś wart, pochwaliła moją odwagę. Na jednym z takich przeglądów chór z leskiego liceum zajął I miejsce, podczas gdy brało w nim udział ponad 20 zespołów.
Ale wracając do meritum sprawy, zna pani takie przysłowie, że: "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło"; a w moim przypadku sprawdziło się co do joty. Przy maturze zostałam "oblana" z fizyki, co przyniosło taki skutek, że oburzona na cały świat nie chciałam powtarzać roku w tej szkole i wyjechałam do Wrocławia do wujka, by skończyć tam szkołę średnią i zdać maturę. Gdybym zdała maturę o czasie, to moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Pewnie wyszłabym za mąż za Włodka Czerteżyńskiego i tutaj została. A tak mój gniew pchnął mnie ku innemu życiu. Mogę śmiało powiedzieć, że dzięki prof. Stefanii Szkolnickiej zrobiłam karierę w zespole "Śląsk", że wyjechałam w świat najpierw ten niewielki, a potem z zespołem poznałam Europę, Azję i Amerykę nie byłam tylko w Afryce.
Los okazał swą przewrotność. We Wrocławiu poczyniłam pierwsze kroki w szkole muzycznej. W tym czasie był nabór do zespołu "Śląsk", prof. Stanisław Hadyna - jego twórca i najlepszy dyrektor bardzo dokładnie dobierał jego skład. W roku 1958 rozpoczęłam karierę artystyczną w Państwowym Zespole Pieśni i Tańca "Śląsk", gdzie śpiewałam 12 lat. W tym czasie skończyłam szkołę muzyczną II stopnia wydział wokalny w klasie prof. Bielewiczowej. W zespole była szalona dyscyplina; raz ustalone zasady musiały być przestrzegane przez wszystkich bez wyjątku. Na potwierdzenie tego przytoczę następujący fakt: Jeżeli nie było prób wieczorem mogliśmy wyjść "na miasto", ale powrót musiał być na godz.22.00. Dzień przed kolejnym wyjazdem za granicę najlepszy solista spóźnił się do internatu o pół godziny, dyrektor oczywiście siedząc na korytarzu to widział, ale nie zareagował. Na drugi dzień już na stopniach samolotu kolega został odprawiony z powrotem, zespół wyjechał bez niego i nawet nie próbował protestować, bo i tak na nic by się to nie zdało.
Rywalizacja między członkami była duża, a już na wyjazd za granicę mogli się zakwalifikować tylko najlepsi. W Koszęcinie stworzono nam wspaniałe warunki bytowe, ludzie mieli mieszkania (wybudowano dla potrzeb zespołu całe bloki), stołówkę, utrzymanie za darmo. Odbywały się zajęcia z muzyki, zarówno teoretyczne jak i praktyczne, bo trzeba pamiętać, że w zespole znaleźli się ludzie bardzo uzdolnieni, ale biedni i musieli się kształcić. Nauka języków obcych była obowiązkowa, tak jak gimnastyka czy ćwiczenia ze śpiewu. Ja będąc w zespole miałam 15 strojów m.in. śląski, góralski, mazowiecki i inne. Oprócz nas dbały o nie garderobiane. Było nie do pomyślenia, by gdzieś zawieruszył się stroik, wianek, zapaska lub inna część garderoby. Aha, był całkowity zakaz palenia papierosów.
Tamten okres istnienia zespołu jest uważany przez samych członków za najlepszy w jego dziejach. Spokój, ład, dyscyplina, porządek na każdym kroku, żadnych ingerencji z zewnątrz, ciepła, niemal rodzinna atmosfera - to się długo pamięta. Sam chór liczył 120 osób, a balet 60 przed występem rozśpiewywało się np. 37 sopranów.
Na koncertach zespołu gościli ważni ludzie, głowy państw m.in. prezydent de Gaulle. Występowaliśmy od Włoch do Francji, od Izraela i Grecji po kraje skandynawskie, nasze występy podziwiali w USA, Kanadzie, Chinach, Korei i Mongolii. Byliśmy przyjmowani na dworach, w ambasadach i przez zwykłych ludzi w ich domach. Przez cztery miesiące podróżowaliśmy przez Azję, poznawaliśmy ludzi i zwyczaje. Sześć dni i sześć nocy spędziliśmy w pociągu, jadąc m.in. przez tajgę z Ułan Bator do Moskwy. Zachód mnie zaskoczył przede wszystkim autostradami, niesamowitym bogactwem (40 lat temu), pięknymi sklepami i życzliwością ludzi.
Azja..., pobyt w Hongkongu, z jednej strony przepiękna architektura, przepych sklepów z drugiej ryksze i ryksiarze. W pojeździe siedzi wytworny pan z młodą damą, a ciągnie ich człowiek zaprzęgnięty jak koń, chudzina spalona słońcem, na ramionach pas, w dłoniach dyszel, biegnie wśród wspaniałych samochodów. Samo zestawienie: człowiek jak koń, budziło moją grozę; to był istny szok. Później gospodarze wyjaśnili mi, że dla tego "biednego" Chińczyka to był zaszczyt, że ktoś wybrał jego pojazd, a on zarobił pieniądze na utrzymanie rodziny.
W 1965 r. podczas pobytu na występach w Kielcach poznałam swojego przyszłego męża. W 1966 r. wyszłam za mąż. Powoli dojrzewała myśl, by stworzyć prawdziwy dom, w którym będzie miejsce dla męża i dzieci. W 1970 r. odeszłam z zespołu, wyjechałam do Kielc, urodziłam córkę i syna. W 1974r. podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do Katowic, gdzie czekała na mnie praca w Filharmonii Śląskiej, z którą byłam związana przez następne 20 lat. W tym samym czasie śpiewałam partie solowe (operowe i operetkowe) w Estradzie Katowickiej. Był to cudowny okres w moim życiu. Mając 57 lat zrezygnowałam z pracy, chciałam odpocząć. Dzisiaj jestem już babcią, mieszkam z synem w Katowicach, spotykam się z przyjaciółmi z tamtych lat, a jest ich naprawdę wielu, chodzę na koncerty i do teatru, no i gdy tylko mogę, odwiedzam moje Uherce. Mam trzech braci, a oni swoje rodziny, więc mogę spędzać czas interesująco. A od czasu do czasu spotkam też kogoś z dawnych lat.
Z okazji 30-lecia leskiego liceum wystąpiłam tu z mini recitalem, wykonując m.in. partię z "Hrabiny Maricy" i "Czardasza" Lehara. Wtedy dał również popis swoich zdolności aktorskich Henryk Giżycki, również uczeń prof. Lachman i pamiętam Jej wzruszenie. Z naszej strony był to malutki hołd złożony Naszej Profesorce. Wiem, że wiedziała o tym.
Niech mi będzie wolno tą drogą pozdrowić wszystkie koleżanki i kolegów z dawnych lat.
Dziękuję za podzielenie się z naszymi Czytelnikami tą odrobiną wspomnień.
Jadwiga Czyżewicz-Szurlej
|