Promienie wschodz±cego s³oñca przez korony drzew o¶wietla³y miejsca, o których tylko obaj wiedzieli¶my. Tam ros³y grzyby. Utrzymanie w tajemnicy tych miejsc gwarantowa³o powodzenie w zbiorach.
Grzybiarze starali siê wy¶ledziæ mnie i mojego brata, dwóch wisusów, którzy mieli nosa i zawsze potrafili nazbieraæ po koszyku grzybów - co innym nie udawa³o siê nigdy. Pasja zbieractwa pozosta³a we mnie. Jak zaczyna k³osiæ siê pszenica chyba na³óg ¶witem pêdzi mnie do lasu.
Bywa tak, ¿e w dni pochmurne ³atwo jest zb³±dziæ. W lasach, w których nie mia³em wydeptanych ¶cie¿ek w takie dni zdarza³o siê, traci³em orientacjê. Po prostu „cz³owieka b³±d siê chwyta”. Nawet licznej grupie poprzestawiaj± siê strony ¶wiata i nie wiadomo, w jakim i¶æ kierunku, bo ka¿dy wskazuje inny kierunek i jest pewien, ¿e tylko on ma racjê. W takich sytuacjach zawsze kierowa³em siê zasad± schodzenia w dó³ strumyka. Wiedzia³em, ¿e p³yn±ca woda zaprowadzi mnie nawet do Gdañska. Za wyj±tkiem czê¶ci bieszczadzkich lasów w zlewni rzeki Strwi±¿ek, nios±cej swe wody do Morza Czarnego.
Skutkiem tak zwanego prostowania granic pomiêdzy ZSSR, a Polsk± w 1952 r. znalaz³em siê w Bieszczadach. Odkryte z³o¿a wêgla kamiennego w hrubieszowskim by³y przyczyn±, ¿e przy³±czono je do ZSRR. Na otarcie ³ez dostali¶my opustosza³e i dzikie Bieszczady i wyeksploatowan± kopalniê ropy w Czarnej.
Bieszczady wówczas by³y dzikie. Na piaszczystych ³achach nad Sanem roi³o siê od ma³ych eskulapów. Dawne drogi zosta³y zaro¶niête drzewami i krzewami, zdziczale sady, fundamenty po spalonych domach, nazwy miejscowo¶ci na mapach ¶wiadczy³y o tym, ¿e tam kiedy¶ ¿yli ludzie. Miejsca po dawnych wioskach natura po latach przywraca³a do stanu pierwotnego. Goi³a rany zadane jej kiedy¶ przez tubylców, ¿yj±cych z wyrêbu lasów i wypasania byd³a.
Pionierskie warunki bytowe, praca nad odbudow± w nies³ychanie trudnych warunkach nadwerê¿y³y moje zdrowie do tego stopnia, ¿e znalaz³em siê w szpitalu w Przemy¶lu. W wieloosobowej szpitalnej sali pacjenci dla zabicia czasu snuli ró¿ne opowie¶ci. Nudzili o swoich chorobach, chorobach innych, lekach, zio³ach, cudownych uzdrowieniach, polityce, rybach i grzybach. Ze znu¿eniem wys³uchiwa³em tych opowie¶ci. Ale gdy weszli na temat grzybów wróci³y wspomnienia.
Zbieractwo grzybów jest zawsze dla mnie ekscytuj±ce - w³±czy³em siê z opowie¶ci±.
Zima stulecia 1963 -1964, mia³a niew±tpliwy wp³yw na urodzaj grzybów. U podnó¿a Po³oniny Wetliñskiej w Suchych Rzekach budowa³em hotel dla robotników le¶nych. W drodze na budowê spotykamy dwóch ¿o³nierzy wracaj±cych z pod Po³oniny i nios±cych co¶ w pa³atce. Zaskoczenie i zdziwienie.
- Co oni mog± nie¶æ? Pytam W³adka kierowcê ¯uka. Nie wiesz przypadkiem, co oni w tej pa³atce mog± nie¶æ?
- No przecie¿ nie grzyby odpowiada z przekonaniem. Gdzie¿by a¿ tyle nazbierali. Ale co z tego pustkowia mo¿na nie¶æ? W³adek rozmy¶la i kombinuje.
Umys³ mia³ bystry, bo za przyk³adem narodu rz±dz±cego ¶wiatow± finansjera by³ smakoszem cebuli. Zawsze obok lewarka od skrzyni biegów mia³ torbê z cebul±. W czasie jazdy grzeba³ w niej wyjmowa³ z niej cebule i zagryza³ nie patyczkuj±c siê obieraniem z ³upin, które z wielka wpraw± wydmuchiwa³ przez okno nape³niaj±c kabinê zdrowym zapachem. Skutkiem tego, choæ ju¿ nie by³ m³ody mia³ przecudne zêby, które w u¶miechu l¶ni³y jak per³y, choæ jak mówi³, takiego ¶wiñstwa jak szczoteczka z past± do zêbów nigdy by do gêby nie wzi±³.
Po chwili widzimy id± nastêpni ¿o³nierze. Te¿ nios± co¶ w pa³atce. Zatrzymujemy siê. Pytam: - Je¿eli to nie tajemnica wojskowa, to powiedzcie, co niesiecie w tej pa³atce?
Po³o¿yli pa³atkê na drodze i rozsypa³a siê góra grzybów. Prze¶licznych ma³ych borowików. Widok takiej ilo¶ci grzybów wprowadzi³ nas w os³upienie. Takiej masy grzybków jeszcze nigdy ¿aden z nas nie widzia³.
- Gdzie¶cie ich tyle nazbierali?
- Tam pod po³onin± – odpowiadaj± - grzybów w bród.
- To chyba ca³a jednostka teraz bêdzie karmiona zup± grzybow± przez kilka dni, ¿artujê.
- Sk±d! To dla oficerów. Bior± do domów na barszcz z uszkami z bieszczadzkich borowików.
Wówczas kilka in¿ynieryjnych jednostek wojskowych uczestniczy³o w budowaniu dróg w Bieszczadach. Co sprytniejsi oficerowie umieli skorzystaæ z bogactwa lasów bieszczadzkich. Rozgor±czkowany widokiem tych grzybów i nieodpartym pragnieniem ich zbierania, bardzo szybko poza³atwia³em sprawy na budowie i z W³adkiem wio pod górê. Wra¿enia nie da siê opisaæ na widok takiej ilo¶ci olbrzymich kapeluszy wyrastaj±cych z trawy ju¿ na skraju lasu. Rozgor±czkowani zrywamy je, ale wypatrujemy za tymi ma³ymi - ani pod ga³êziami ¶wierków, ani w borowinie tych ma³ych nie widzimy. Wchodzimy g³êbiej w las, te¿ nic. Ma³ych borowików ani ¶ladu. Widocznie nie natrafili¶my na to miejsce gdzie ¿o³nierze tyle tych ma³ych nazbierali. Z budowy wziêli¶my po dwa puste worki po cemencie i w krótkim czasie mieli¶my je pe³ne (do takiego worka mie¶ci siê 50 kg cementu – przyp. red)
Po powrocie do hotelu okrzyków zdziwienia i zaciekawienia by³o tyle ilu by³o mieszkañców.
- Kierowniku dajcie samochód - prosz± robotnicy - jedziemy wszyscy na grzyby. No có¿ trzeba by³o ch³opom pój¶æ na rêkê.
Kierowcy powiedzia³em:
- Wpiszesz do karty drogowej przewóz pracowników z budowy na budowê i zawieziemy ich tam. Sam zreszt± by³em tym zainteresowany, a i kierowca te¿.
Po pracy pojechali¶my pod Po³oninê Wetliñsk±. Tyraliera bez komendy biegiem ruszy³a w las. Oderwa³em siê od grupy, jak to zwykle robi± wytrawni grzybiarze. Chodzê szukam i szukam tych ma³ych borowików. Na nich mi najbardziej zale¿y bo s± zdrowe, twarde i ma³o siê zsychaj±. Rozgor±czkowany buszujê i szukam, ale za skarby ¶wiata ani jednego znale¼æ nie mogê. Wszêdzie pe³no kapeluszy okaza³ych borowików, ale przecie¿ nie o nie mi chodzi. Nie zrywam ich - szukam tych ma³ych, jakie w pa³atkach nie¶li ¿o³nierze. W pewnym momencie zastanowi³em siê. Co ja tak nogami stale rozgniatam? ¯aby czy winniczki? Wreszcie muszê to sprawdziæ. Klêkam i natychmiast kolanem co¶ rozgniatam. Podpieram siê rêk±, wyczuwam jaki¶ guzek. Co to jest? Odgrzebujê li¶cie borowiny i oczy w s³up. Trzy ma³e borowiki. Eureka! Mam was wreszcie. Posuwaj±c siê kolanach rozgrzebuj±c rêkami pod³o¿e w borowinie zacz±³em zbieraæ, zbieraæ i zbieraæ.
W takiej sytuacji cz³owiek traci poczucie czasu i rzeczywisto¶ci, rozgor±czkowany zbiera i zbiera. To jest nie do okre¶lenia mi³e prze¿ycie na widok takiej ilo¶ci prze¶licznych i zdrowiutkich grzybków i przyjemno¶ci ich zbierania.
Przed wyjazdem do lasu po¿yczy³em dwa kosze na ziemniaki i dodatkowo wzi±³em du¿y plecak. Nie trwa³o to wiêcej jak dwie godziny, a kosze i plecak upchane by³y do granic mo¿liwo¶ci. Jak to teraz znie¶æ z góry po tych stromiznach? By³ to dla mnie wielki problem, bo ciê¿ar grzybów siêga³ granic mojego ud¼wigu.
Schodz±c z tym ukochanym ciê¿arem, co 20 – 30 metrów zatrzymywa³em siê by z³apaæ oddech i odsapn±æ. Wkrótce zaczê³o brakowaæ mi si³. Co robiæ? Nêka³ mnie zamiar by czê¶æ grzybów wyrzuciæ i zostawiæ ich tylko tyle ile zdo³am do samochodu donie¶æ. Drêczy mnie jednak niezno¶ne pytanie jak porzuciæ tak cenn± zdobycz? Na pomoc wspó³towarzyszy nie mog³em liczyæ przecie¿ ka¿dy obarczony by³ podobnym ³adunkiem. Kilku nawet w czapkach trzymanych w zêbach nios³o grzyby.
Zach³anno¶æ ludzka w takiej sytuacji bywa ogromna i w takim przypadku na pomoc nie mog³em liczyæ. Ostatkiem si³ dowlok³em wszystkie grzyby do samochodu. W drodze powrotnej rado¶æ z tak udanych zbiorów by³a ogromna. Po powrocie na kwaterê trzeba by³o grzyby obraæ. W lesie czasu na to nie by³o.
Nad ranem obrane grzyby zanios³em do cegielni w Smolniku nad Sanem, gdzie na piecu, w którym wypalano ceg³ê sch³y do nastêpnego dnia. Nazajutrz palacz pakowa³ wyschniête grzyby do papierowych worków, jakie wykombinowa³em za butelkê od wypalaczy wêgla drzewnego.
Tak przez wiele dni codziennie po pracy grzybobranie, obieranie i suszenie. Piêæ worów suchych prawdziwków przywioz³em do domu. Wystarczy³o to mojej rodzinie na bardzo d³ugi czas.
- To nie prawda - przerywa mi jeden z pacjentów - ja wiêcej jak 30 lat chodzê na grzyby, a lasy u nas s± grzybne, ale o takich zbiorach ja nigdy nie s³ysza³.
- W 1973 roku, gdy budowa³em osiedle i hotel dla robotników le¶nych w Mucznym – dopowiadam - to moi robotnicy porzucili pracê na budowie i zbierali rydze na Tarnawie zarabiaj±c dziennie dziesiêæ razy wiêcej jak wynosi³a dniówka - w koñcu bardzo ciê¿kiej pracy na budowie. Star z przyczep± codziennie wywozi³ stamt±d ponad sze¶æ ton rydzów. No có¿ wierzcie albo nie, ale to wszystko, co opowiedzia³em o zimie stulecia, warunkach w jakich tam ¿yli¶my i o grzybach zdarzy³o siê naprawdê.
Z k±ta sali unosi siê na ³ó¿ku jeden z chorych, który nie bra³ udzia³u w dyskusji, bo by³ po niedawnym zabiegu usuniêcia nerki.
- Panowie ten pan prawdê mówi. Bo i ja w tym samym czasie tam by³em i na po³udniowym stoku Po³oniny Wetlinskiej, w Nasicznym grzybów nazbiera³em te¿ tyle co ten pan.
Rozpocz±³ opowie¶æ tak± melodyczn± lwowsk± gwar±.
- Zak³adow± wycieczk± pojechali my z Przemy¶la w Bieszczady, po czterech godzinach t³uki autobusem stanêli my na ³±ce przy potoku nasiczañskim, dziel±cym Po³oninê Wetlinsk± od Po³oniny Caryñskiej, aby odpocz±æ, co¶ zje¶æ i wypiæ, choæ wiara o suchym pysku tyle godzin nie jecha³a. Do dobrego zwyczaju nale¿a³o, ze wycieczka zak³adowa obowi±zkowo musia³a byæ pijana. Na polanie rozhajcowano ogniska, kie³baski nadziano na patyki i na ogieñ. Flachy æmagi zaczêli pêkaæ jedna za drug±, a ¶piew góralskich i lwowskich piosenek niós³ siê po Po³oninach i Rawkach. Po jakim¶ czasie mocno miê przypar³o. Poszed³ ja w krzaki za swoj± potrzeb±. Porozgl±da³ si czy nikt mi nie widzi rozpi±³ portki, pas za³o¿y³ na szyjê, spu¶ci³ portki i kucn±³.
Patrzê matko ¶wiêta przed nosem trzy prawdziwki. Tak ja na kolana i chap, chap te grzyby. Widzê nastêpne, ja za nimi na kolanach z wypiêtym go³ym ty³kiem. Dobrze, ¿e tego nikt nie widzia³, bo ja dosta³ gor±czki i ca³kiem siê zapomnia³. Jak chyba dwudziestego zerwa³, tak ja wsta³ przypasa³ portki, a ze ¶wiêtalnej koszuli worek zrobi³ i napcha³ go grzybami i kieszeni te¿.
Przytacha³ ja to na biwak. Jak to wiara zobaczy³a, to siê taka paca³ycha zrobi³a, ¿e kie³baski niedopieczone, zagrychê, a nawet wódkê niedopit± pozostawiali i ferajna pogna³a w las. I ja sam zosta³ tego wszystkiego pilnowaæ. Bajeru nie sunê. Wiara tyle grzybów nacharata³a, ¿e w autobusie nie by³o jak siê pomie¶ciæ i nie uwierzysz Pan, ¿e ja tê potrzebê, któr± tam w krzakach mia³ zostawiæ, przez te grzyby do Przemy¶la przywióz³.
|