VIII Ogólnopolska Pielgrzymka Rowerowa - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

VIII Ogólnopolska Pielgrzymka Rowerowa


2001-10-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-02-01 13:33:48
Josz  


Reportaż z wyprawy

Mojżesz zaś wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu spotkania, który był poza obozem.(...) Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy Pan rozmawiał z Mojżeszem.(...) A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem.


(Wj 33, 7-11)



I DZIEŃ

RZESZÓW - TUCHÓW 99 km

Rzeszów - Zwięczyca - Babica - Kolonia - Czudec - Strzyżów - Dobrzechów - Frysztak - Gogołów - Januszkowice - Klecie - Brzostek - Zawadka Brzostecka - Kowalowa- Joniny - Ryglice - Tuchów


Rozmiar: 33081 bajtów

Z Parafii Św. Józefa w Rzeszowie startowała VIII Ogólnopolska Pielgrzymka Rowerowa szlakiem Ojca Świętego Jana Pawła II. Osiemdziesięciu kolarzy, 5 samochodów (dwa Stary, dwie półciężarówki i jeden osobowy). W sumie 75 kolarzy - pielgrzymów (a wśród nich: ks. Marek, ks. Stanisław, ks. Roman i ks. Kazimierz oraz klerycy: Daniel, Przemysław, drugi Daniel i Stanisław, a także 21 obsługi technicznej, min: Marek, ratownik medyczny, Leszek i Piotr odpowiedzialni za serwis, kierowcy, p. Eugeniusz - kucharz i jego pomocnice: Asia i Ania. Kilka osób zna się z poprzednich pielgrzymek, większość jest na takiej wyprawie pierwszy raz. Uśmiechniętego księdza Mariusza, organizatora i "mózg" całego przedsięwzięcia wszędzie jest pełno; z właściwą sobie otwartością zagaduje do każdego. Korowód rowerów czeka na eskortę policji, która odprowadzi pielgrzymów do rogatek miasta. Dziennikarze pstrykają zdjęcia, atmosfera robi się gorąca. Zza chmur wychodzi słońce - to dobry znak, zwłaszcza po strasznej burzy, która przetoczyła się przez Rzeszów w nocy. Wyruszamy. Ostatnie błyski fleszy, błogosławieństwo Biskupa Pomocniczego Diecezji Rzeszowskiej, Edwarda Białogłowskiego. Wycie policyjnych kogutów. Ludzie machają nam na pożegnanie. Dojeżdżamy do Tłuchowa bez większych problemów. Dopiero po pierwszych 100 km każdy przekonał się na co go stać! Ja marzę tylko o prysznicu. Jak ja dojadę??

Nocujemy w Domu Pielgrzyma. Dostaliśmy świetną kolację, mamy wszak prawdziwego kucharza, pana Eugeniusza i całą garkuchnię.



II DZIEŃ

TUCHÓW - STARY SĄCZ 76 km

Rozmiar: 11688 bajtówKierunek Grybów [997] - Chojnik - Gromnik - Siemiechów - Zakliczyn - Czchów - Stróże - Witowice Dolne - Bilsko - Tęgoborze - Dąbrowa - Wielogłowy - Nowy Sącz - Stary Sącz



Rano trudno jest wstać. Ale czasami warto. Tak jak teraz. Idziemy na Mszę. Wyciszeni, spokojniejsi wierzymy, że podołamy dalszej trasie. Pierwszy sprawdzian. Żurek z jajkiem i kiełbasą na śniadanie. Brr... do tej pory udawało mi się unikać tego specjału. Dostaję wielką porcję (to strasznie duża chochla!) do menażki, zamykam oczy i przełykam. Jem wszak nie dla przyjemności, lecz by dać pracować mięśniom. Czeka nas prawie 80 km. Wszystko idzie sprawnie, nikt nie marudzi i nie opóźnia wyjazdu.

W Czchowie jedziemy przez zaporę, nie tak wielka jak w Solinie, ale też robi wrażenie. Wjeżdżamy na ruchliwą drogę. Samochody, mijając nas, nawet nie zwalniają. Trzymam kierownicę tak mocno, że czuję, jak cierpną mi ręce. Asfalt przy skraju drogi jest tak pofałdowany, że nie można uciec z drogi samochodom. Co chwilę jakiś nerwowy trąbi. To jest bez sensu, bo właśnie wtedy stwarza większe zagrożenie dla siebie, a że już o rowerzyście nie wspomnę. Po prostu może komuś ręka zadrżeć. Niewielki ruch kierownicą i nieszczęście gotowe. Jednak jedziemy w miarę spokojnie. Jacek stara się patrzeć za siebie, czy wszyscy jeszcze jadą w grupie. Z tyłu jedzie Piotr, czuwa nad Dorotą i Kasią.

"Patrzeć na drogę i jechać! Tylko spokojnie" - myślę, byle nie stracić koncentracji, byle komuś nie wjechać "w bagażnik". Wielkie tiry mkną z zawrotną prędkością. Podmuch gorącego powietrza co chwilę zakłóca równowagę roweru. Wtem kilka osób przede mną, na lekkim zakręcie mijający nas wielki samochód nie wytracając prędkości zahacza jednego z rowerzystów. Widzę jak ten pada na chodnik rozpaczliwie ratując się rękami. Na szczęście nic poważnego sobie nie zrobił. Jednak jestem w szoku. To był trudny dzień. Ale w Stary Sącz wita nas niskimi, zadbanymi domkami w kwiatach, kocimi łbami i spokojem. Może to właśnie kwestia starodawnej zabudowy, może klimatu miasta. Na pięknym, schludnym Rynku trwa występ orkiestry ludowej. Bawimy się przednio. Ludzie pytają, czy jesteśmy z jakiegoś zespołu tanecznego. Wieczorem Kasia - rzeczniczka prasowa pielgrzymki ratuje mi zbolałe mięśnie karku i szyi masażem. Zasypiam jak kamień nie bojąc się nawet, ze spadnę z piętrowego łóżka (wiem, ze w nocy się nie ruszę ani na milimetr!)



III DZIEŃ

STARY SĄCZ - JABŁONKA 136 km

Rozmiar: 14228 bajtówStary Sącz - kierunek Krościenko - główną drogą - Gołkowice - kierunek Krościenko - Jazowsko - Czerniec - Zabrzeż - Tylmanowa - Krościenko - kierunek Nowy Targ - Krośnica - widok na Tatry - po lewej stronie postój na parkingu - widok na zalew - Dębno - Łopuszna - Ostrowsko- Waksmund - Nowy Targ - kierunek Zakopane - kierunek Jabłonka - kierunek Pyzówka - do sanktuarium w Ludźmierzu - postój - MSZA ŚWIĘTA - posiłek - wyjazd od sanktuarium do głównej drogi - kierunek Zaskale, Szaflary - Szaflary - kierunek Zakopane - Biały Dunajec - Poronin - Zakopane - kierunek Kościelisko - sanktuarium na Krzeptówkach - Witów - Chochołów - Koniówka - Czarny Dunajec -kierunek Jabłonka - Piekielnik - Jabłonka



Na śniadanie paprykarz. Gdyby to widziała moja rodzina! Ja i taki specjał! Ale by się śmiali. Wcinam, aż mi się uszy trzęsą. Ale przecież czeka nas ponad 136 kilometrów!!! Najdłuższa trasa dzienna na tej pielgrzymce i to przez same górki!!! Krótka modlitwa, wyruszamy. Znów w grupach 15-to osobowych. Codziennie ksiądz Mariusz zmienia kolejność wypuszczania grup. W Tylmanowej krótki postój, potem czeka nas spory podjazd, ale w Krośnicy nagrodzone to nam zostanie panoramą na Tatry... Objadamy się słodkościami (to jeden z olbrzymich plusów takiej pielgrzymki): trzeba dostarczyć organizmowi niezbędnego "paliwa", mmm... pierwszy raz w życiu jem Snickersa bez zbędnego myślenia o tym, że mi "w nogi pójdzie". Teraz ma pójść! Błogie uczucie!!!

Wyjeżdżam na najniższych przerzutkach, ale dałam radę! To najważniejsze! Peleton już odpoczywał na parkingu w Krośnicy. Jest pięknie. Panorama trochę zamglona, ale i tak jest rewelacyjnie. Brat Daniel rozdaje sucharki z rodzynkami. Smakują wybornie. Odpoczynek był krótki. Ruszamy z górki. Chyba bardziej jednak wolę zdobywać górę niż z niej zjeżdżać! Strasznie stromy zjazd. Hamuję pulsacyjnie, wiatr świszcze w szprychach i w uszach.

Mijamy przepiękne Jezioro Czorsztyńskie. To wspaniale podziwiać co chwilę jakiś nowy zaskakujący, ciekawy widok. Ale trzeba się skupić na drodze przed nosem. To przerażające, ile zwierząt ginie pod kołami samochodów. Widok jest okropny!
Do Nowego Targu wjeżdżamy całą grupą. To trudne, bo trzeba się bardzo pilnować, by nie wjechać w kogoś obok, a co chwilę trzeba zatrzymywać się na światłach. Dojeżdżamy do sanktuarium w Ludźmierzu. Na zewnątrz jest piękny ołtarz. Robimy zdjęcie grupowe. Idziemy na mszę. Walczę z opadającymi powiekami. Słońce i przejechane kilometry dają mi się we znaki. Nie wiem, jak dalej pojadę. Mamy wyjątkowy obiadek: całe dwa dania! Pomidorowa, a na drugie ziemniaki, ryba panierowana i surówka. Jak ten kucharz to robi?! Ania i Asia pomagają w kuchni, mają całą masę roboty, ale nie narzekają. Jesteśmy zachwyceni. Dwa Darki, jeden spod Warszawy, drugi z Glinika Chorzewskiego, Janusz z Łodzi i Dorota z Biłgoraja trzymamy się razem.
Chowamy się do cienia, za samochód, który wiezie podręczny bagaż i rozkoszujemy się jedzeniem. Tomek z kolegami idą do źródełka obok świątyni. Kryształowo czysta woda jest zimna i wspaniale smakuje.

Przed nami kolejne wyzwanie - Zakopane. Nie ma czasu na zastanawianie się, czy dam radę. Jedziemy. O dziwo czuję, że mogłabym tak pedałować długo! Zakopane wita nas masą turystów na drodze, cudem udaje się wyminąć ich bez kraksy. Zostawiamy rowery na parkingu na Krzeptówkach i idziemy do wspaniałego kościoła, wybudowanego jako dziękczynienie za ocalenie Papieża z zamachu. Snycerka wewnątrz kościoła jest w stylu góralskim, każdy szczegół jest dopracowany i pięknie wykonany. Ale przed nami Chochołów. To istna perełka architektury drewnianej. Mijając te domki czuję się, jakbym wylądowała w innej epoce. Są schludne, jasne, otoczone kwiatami i zielenią. Wszystko jak z obrazka.

W kierunku Jabłonki zaczyna dziać się coś niesamowitego... Wszystkim jedzie się tak dobrze, że zaczyna się istny wyścig. Przeszło gdzieś zmęczenie, rower jedzie jakby sam, pedały kręcą się coraz szybciej. Łapię się do peletonu. Jedzie się łatwiej, gdy grupa przede mną rozbija pęd powietrza w twarz. Widzę łydki Darka pracujące równo i sama dostosowuję się do tego szaleńczego jak na pielgrzymkę tempa. Ale to właśnie jest piękne. Czujemy chyba wszyscy, że teraz trzeba tak jechać. Krótki przystanek, żeby pozbierać końcówkę grupy, która nie nadążyła. Wszyscy są zmęczeni i kręcą z niedowierzaniem głowami nad tym, co działo się na tych ostatnich kilometrach. Wypijamy resztki płynów z bidonów. Dojeżdżamy szczęśliwie do Jabłonki, gdzie mamy nocleg. Marzę tylko o prysznicu, ale Brat Daniel jak co dzień usiłuje mnie nauczyć cierpliwości tłumacząc, że muszę cierpliwie poczekać, jego rady są niestety bezskutecznie. Chłopcy szybko rozpakowują plecaki z wojskowego Stara. Dziewczyny dostają pokoje w internacie, męska część musi zadowolić się salą gimnastyczną. Prysznic!!! Woda jest, lodowata... ale to w końcu pielgrzymka, trzeba się umartwiać. Chłopcy mają jeszcze siłę, żeby pobiegać za piłką na szkolnym boisku. Ja już marzę o spaniu. Jak ja jutro wstanę?!



IV DZIEŃ

JABŁONKA - KALWARIA ZEBRZYDOWSKA 85 km

Rozmiar: 25905 bajtów
Jabłonka - kierunek Kraków - kierunek Maków Podhalański - Zubrzyca - Zawoja - Skawica - Białka - Białka - kierunek Wadowice - Maków Podhalański - Sucha Beskidzka - kierunek Sułkowice - Tarnawa Dolna - Mucharz - kierunek Zagórze - Stryszów - Zakrzów - kierunek Brody - Kalwaria Zebrzydowska - kierunek klasztor



Rano. Budzik w telefonie nastawiony na 5 00 właśnie piszczy. Jak tu się zwlec? Wszystko mnie boli! Ania i Asia wstały przed piątą aby zdążyć przygotować dla nas śniadanie. Ubieram jak automat. Jest chłodno. Noga za nogą zwlekamy się na śniadanie. Widzę, że nie tylko ja mam kryzys. Nic to! Jemy żurek... hmmm... może to i nie takie najgorsze? W każdym razie robi mi się cieplej. Krew zaczyna żywiej krążyć. Witek z Gabrysią jak zwykle ratują mnie łykiem gorącej kawy. Pakujemy się nadzwyczaj sprawnie. Plecaki do dużego Stara, kuchnia pakuje się do drugiego. Wyciągamy rowery ze szkolnej szatni. Jeszcze tylko ostatnie wskazówki księdza Mariusza przez nieodłączny niebieski megafon. Omawia z grubsza trasę, mówi gdzie mamy szczególnie uważać. Apeluje zwłaszcza do najmłodszej grupy pielgrzymkowiczów, aby zachowali ostrożność. No to w drogę!

Pierwszy delikatny podjazd, a ja mam gwiazdki w oczach. Naciskam mocniej na pedały. Darek pyta czy mi pomóc. Wjeżdża mi na ambicję (wie, że to wywoła u mnie właśnie taki efekt) i robi to z premedytacją! - Dam radę - mówię. Jest bardzo zimno, wokół mgła jak mleko. Dobrze, że mam dwa podkoszulki. Na wszystkim mam drobinki rosy. Okulary mi zaparowały, ledwo widzę i nie mam ich jak przetrzeć! Przed nami Babią Góra i sławny podjazd Krowiarki... pisze sławny, bo od początku pielgrzymki, Ci co byli na niej rok temu, ciągle o tym podjeździe opowiadali. Na szczęście wychodzi przepiękne słoneczko. Napawa mnie optymistycznie. Dojeżdżamy po podjazd. Słońce już grzeje mocniej. Wiemy już, że "sposób" na Krowiarki jest taki, iż nie jedziemy tu grupą tylko, każdy wyjeżdża swoim tempem. A na szczycie zbieramy wszystkich razem. Droga jest pusta. jest zadziwiająco cicho. Ściągam jeden podkoszulek, jeden gryz batonika i trochę Isostara dla animuszu, nie zastanawiam się. Wsiadam na rower i jadę. Zaczyna się łagodnie, ale konsekwentnie do góry. Znalazłam swoje tempo. Po prostu rozkoszuję się jazdą. Pogoda jest naprawdę wymarzona... Wyprzedzają mnie Wojtek i Staszek na kolarkach. Łatwiej im na cieniutkich oponach, ja w swoim góralu mam uniwersalne, lekko łyse na środku i z głębszym bieżnikiem na zewnątrz. Cztery kilometry wijącej się wśród pięknego lasu drogi mija mi o dziwo bezboleśnie! Nie było się czego bać! A może właśnie przez te wcześniejsze opowieści, byliśmy przygotowani na ten podjazd psychicznie. Poszliśmy pod pomnik upamiętniający pracę Jana Pawła II przy budowie tej drogi, którą właśnie jechaliśmy. Jest coraz cieplej. Teraz dopiero zaczyna się, przynajmniej dla mnie trudny odcinek. Jedziemy zmodyfikowaną trasą (po niedawnej powodzi, niektóre trasy są nieprzejezdne). Czekają nas objazdy. Góra, dół, góra, dół i tak wydaje się w nieskończoność. Co skończy się stromy podjazd i już mam nadzieje, że to ostatni, to widzę następny! Brakuje mi powietrza. Ale kręcę. Spada mi łańcuch. Jacek pomaga mi go założyć. Usiłuje nadrobić stratę do grupy. Szumi mi w uszach. Ale jadę, jeszcze jadę. I o dziwo, że każdy następny podjazd zdobywam!!! Żeby nie wiem jak był stromy. Dziewczyny z naszej grupy dzielnie pedałują, ale jak tracą siły, to pomagają im Darek i Jacek. Ci co się poddali zawsze mogą pojechać w karetce. Ale takich jest niewielu. Wszystkich w kompleksy wpędza brat Andrzej jadący na Jubilacie! Kręci tak, że nawet młodzież "wymięka". Nie wiem jakim cudem, ale dojeżdżam do Kalwarii Zebrzydowskiej. Kwaterujemy się w domu pielgrzyma. Odszorowuję się w łaźni za 5 złotych (ale czystej i z ciepłą wodą). jestem jak nowo narodzona. Jest piękne słoneczne popołudnie. Dystans dzienny był tak obmyślony, by dać nam wytchnąć i złapać oddech. Piorę strój kolarski mam pewność, że wyschnie i tym razem i nie będę jechała w mokrym. Dostajemy pyszny obiad, wybornie smakuje w plenerze i po takim wysiłku. Mamy mszę w kaplicy. Później idziemy przed ołtarz do Klasztoru. Dociera do mnie myśl: padam z nóg! Ale wszyscy mówią, że jak teraz usiądę to koniec - kwas mlekowy mnie unieruchomi. Pożyczam Ben-Gay (maść dla sportowców) nacieram się i "pachnę" jak cała apteka. I tak nie mogę się ruszać! Zostaję wyciągnięta, właściwie wciągnięta za ręce na drogi kalwaryjskie. Każdy krok sprawia mi ból. Po godzinie rozbijania zakwasów, uciekając przed straszliwymi komarami zjawiamy się na dziedzińcu kalwarii. Jest tam cała masa pielgrzymów. Nasz grupa jeszcze pokaźna, no i jeszcze rozśpiewana, a to dzięki Agnieszce, która nie dość, pedałuje na równi z mężczyznami to jeszcze świetnie gra na gitarze. Odpadam. Nie utrzymam się ani chwili dłużej w pozycji pionowej. Idę spać.



V DZIEŃ

KALWARIA ZEBRZYDOWSKA - ZAWIERCIE 100 km

Kalwaria Zebrzydowska - kierunek Bielsko Biała - Barwałd - Klecza - Wadowice - kierunek Oświęcim - Tomice - Radocza - Graboszyce - Rudze - Zator - kierunek Oświęcim - kierunek Chrzanów - Podolsze - Jankowice - Babice - Babice - kierunek Mysłowice - Wygiełzów - kierunek Chrzanów - Płaza - Bolęcin -kierunek Chrzanów - kierunek Trzebinia - Piła Kościelecka - Trzebinia - kierunek Olkusz - Myślachowice - Myślachowice - kierunek Olkusz - Lgota - Niesułowice - Niesułowice - Żurada - Olkusz - kierunek Wrocław [E 40] - kierunek Zawiercie - Klucze - kierunek Zawiercie - Ryczówek - Ogrodzieniec - kierunek Zawiercie - kierunek Myszków, Katowice - Zawiercie



Już prawie się przyzwyczaiłam, że budzę się o jakiejś niemożliwej godzinie! 5 00, jeju! Czy ja w ogóle jestem wstanie zejść z kolejnego piętrowego łóżka?! Jestem! Ale z bólem. Na szczęście jest rześki poranek, wszyscy krzątają się już wyuczonym rytmem. Młodzieńcy lat 14-16 dopieszczają jakimiś smarami swoje rowery, Witek jak zwykle grzeje na turystycznym palniku wodę na kawę i krzyczy, czy chcę się załapać. - Jasne, że chcę! - odpowiadam i lecę po aluminiowy kubek (z którego kawa smakuje średnio i parzy wargi) ale to zawsze zbawienna kofeina. Znów paprykarz i ryba z jarzynami w oleju! Ale się zabezpieczyłam! Mam Czirios i mleko! Wszyscy mi zazdroszczą, dzielę się. Zapijam to wszystko "Pluszem" od Gaby... zagryzam bananem i chyba wracają mi siły. W każdym razie, zaczynam wierzyć, że wsiądę jednak dzisiaj na rower.

Po codziennej modlitwie, opuszczamy Kalwarię. Przed Wadowicami łączymy się w jedną grupę. Na ulicach duży ruch. Jedziemy z przodu. Oglądam się za siebie. Widok tylu rowerzystów robi niesamowite wrażenie. Piszczą hamulce. Słyszę, że za mną jest Janusz z Łodzi - ma tak charakterystycznie "śpiewające" hamulce, że nie musze się odwracać. Po prostu słyszę. Mam nadzieję, że ani ja nikomu, ani ktoś mnie nie wjedzie w rower. Naprawdę to cud, ze jeszcze nikt nikogo nie potrącił. W Wadowicach idziemy do Domu Papieża w którym mieści się obecnie jego muzeum. Jego stare narty, mnóstwo zdjęć, przedmioty osobiste. Wydaje się być bliższy. Zwykły - niezwykły człowiek...

Mamy trochę czasu, idziemy oczywiście na słynne kremówki, ja zaspokajam kofeinowy nałóg prawdziwą pyszną Lawazzą z pianką. Smakuje wybornie! Niesułowice, Ryczówek... krótkie przystanki... wszyscy już zaczynają mówić, że ta pielgrzymka za szybko mija, że moglibyśmy tak jechać dłużej. Dojeżdżamy do szkoły w Zawierciu. Na zapadniętej studzience scentrowałam sobie tylne koło. Proszę Leszka i Piotra z serwisu, aby zobaczyli co jest nie tak. Uwijają się z usterką raz dwa. Jestem usmarowana smarem z łańcucha dokumentnie (codziennie zresztą prawą łydkę załatwiałam na czarno - nie mam osłon, a zawsze jakoś zapominałam o łańcuchu). Tym razem przeszłam już samą siebie. Cała noga czarna. Jęczę o wodę. Jak zwykle musi to trochę potrwać. Dyrektorka szkoły, która nas gości, podchodzi do mnie i mówi: - "Niech pani przyjdzie do mnie do mieszkania i skorzysta z łazienki". Biegnę po ręcznik. Woda jest prawie zimna, ale za to jest wanna! Nie wierzę własnemu szczęściu. Kobieta mówi do mnie: "Może pani siedzieć w łazience, jak długo pani chce!" To były najpiękniejsze słowa jakie usłyszałam w tym dniu! To ostatni wspólny wieczór. Ksiądz Mariusz potrafi porwać ludzi, żartuje, komentuje całą wyprawę. Dziękuje wszystkim za wkład w organizację i uczestnictwo. Atmosfera robi się prawie rodzinna. Niesamowita sprawa - kilkadziesiąt jeszcze niedawno obcych sobie ludzi teraz nie czuje się obco. W sumie to cud, bo w czasach dzisiejszego zabiegania, braku czasu i osłabienia wszystkich więzi międzyludzkich taka chwila jak ta jest WYJĄTKOWA. Rozmawiamy jeszcze długo w nocy, mimo, że wszystkim kleją się oczy ze zmęczenia.



VI DZIEŃ

ZAWIERCIE - CZĘSTOCHOWA 70 km

Rozmiar: 41333 bajtówZawiercie -- kierunek Katowice, Myszków - kierunek Św. Anna - Żarki - Zawada - Czatachowa - Złoty Potok - Janów - kierunek Częstochowa - Piasek - Przymiłowice - Olsztyn - kierunek Brzyszów - Kusięta - kierunek Częstochowa - Jasna Góra - Srocko - kierunek Mstów - wjazd na ALEJE JASNOGÓRSKIE - JASNA GÓRA - POKŁON MARYJI - EUCHARYSTIA - APEL JASNOGÓRSKI



5 00 budzik!!! Wstajemy, cała sala gimnastyczna plecaków, karimat i innych szpargałów. Szybko się zbieramy. I wkrótce sala jest już tylko pustą salą! Zadziwiające. Tylko drabinki, ławeczki i kosze. Ostatnie śniadanie... paprykarz... My szczęściarze mamy znów mleko i Cini-Minis... pycha! Jest chłodny ranek, ale komary już grasują. Uciekamy z ogródka gospodarzy. Pakujemy resztę bagaży. Krzyś, brat księdza Mariusza zapowiada przez megafon, która grupa ma wyruszać.

Jeszcze dłuższy przystanek w Olsztynie. Wspinamy się na malownicze ruiny zamku ze "Szlaku Orlich Gniazd". Panorama z ze szczytu ruin jest wspaniała. Jeszcze ostatnie zdjęcia. Ruszamy dalej. W Mirowie mamy przystanek na obiad i przebranie się w białe koszulki na uroczysty wjazd do Częstochowy. I faktycznie, gdy wjeżdżamy tacy biali na Aleje Jasnogórskie to ludzie przystają, niektórzy machają rękami, pytają skąd jedziemy. Podjeżdżamy pod samą Jasną Górę. Dziękujemy za wszystko. Później jeszcze zdjęcie grupowe. Idziemy się przebrać. Nie ma miejsca w Domu Pielgrzyma, rozbijamy namioty. prysznice są. Ładne, czyste (ofiara dowolna).
Przed Jasnogórski Obraz wchodzimy przed zakrystię. Czarna Madonna ma tak przenikliwy, smutny wzrok. Dobrze jest BYĆ tam i pomyśleć: nad sobą, nas bliskimi i o bliskich. I przede wszystkim podziękować...

Każdy z nas powinien być apostołem. "Idźcie i nauczajcie" to wezwanie również do mnie. I przecież chcę się dzielić dobrem. Łk 11, 5-8 Dalej mówił do nich "Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam co mu podać. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: Nie naprzykrzaj mi się! drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu ile potrzebuje.


Dedykuję mojemu Przyjacielowi


Josz


foto: Adam Śmiałek



Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 5