Olszanica leży na trasie z Leska do Ustrzyk Dolnych. Działał tam w
latach 80-ych bardzo prężny oddział organizacji gospodarczej zwanej
Gminna Spółdzielnia "Samopomoc Chłopska". Prowadził dwupiętrowy dom
towarowy z prawdziwego zdarzenia i piekarnię słynącą swymi wyrobami.
Jest też w Olszanicy pięknie odrestaurowany pałac ze starym parkiem i
stawem rybnym, w którym wtedy mieścił się ośrodek wypoczynkowy
ministerstwa Sprawiedliwości. Tym pałacem administrował także
olszanicki GS.
Na czele całej tej organizacji handlowej stał niezwykle dynamiczny facet o nazwisku Steniak, imienia niestety nie zapamiętałem. To
był kawał przystojniaka, luzak jakich mało, a do tego, albo przede
wszystkim, człek niebywale dowcipny. Sypał kawałami i anegdotami z
życia wziętymi. Oto jedna z nich. Pracowałem wtedy w nadleśnictwie.
Często gościliśmy dewizowych myśliwych. Często i bardzo chętnie. Za
odstrzał jelenia karpackiego braliśmy kupę szmalu i to nie w złotówkach
bynajmniej. Kiedyś zapowiedział się Niemiec. Uprzedził z góry, że
będzie miał cholernie mało czasu. Prosi, żeby na niego czekać i od razu
iść w góry. Noto nadleśniczy - opowiadał Steniak - wyznaczył na dyżur
mnie i jeszcze jednego.
- Macie tu chłopaki warować non stop, a jak tylko szwab przyjedzie, prowadźcie go na tę polankę gdzie stoi ambona. Niemiec
zapowiedział, że pojawi się między poniedziałkiem a środą. Zapowiadał
się dość długi dyżur. Przesiedzieliśmy do środy, popijając
umiarkowanie. Zrobił się wieczór. No to - myślimy sobie - na pewno już
nie przyjedzie. A skoro tak, poszliśmy na całość i po małej godzince
byliśmy nawaleni jak ruski plecak.
Nagle coś zaszurało na podjeździe, po oknach przeleciało światło
reflektorów, miękko plasnęły drzwi samochodu. Wyglądam, a tu widok jak
z koszmarnego snu: stoi merc na szwabskich znakach a z niego gramoli
się facet ciągnąc za sobą futerał z giwerą. Przyjechał nasz dewizowiec,
a my z kumplem ledwo ciepli. Cóż było robić. Ponieważ kolega leżał jak
kłoda - ja zebrałem się w sobie, łeb pod kran, miętówka w dziób i
ruszam witać. Tamten radosny jak szczygieł. Klepie mnie po ramieniu,
ręce zaciera, szwargoce jak szalony. Wychodzi na to, że ruszamy
natychmiast. Noc ciepła, księżycowa, taka jak należy.
Idziemy leśną ścieżką ostro pod górę. Do polany jakie 3 - 4
kilometry. Czuję, że za chwilę zdechnę. Żołądek podchodzi do gardła,
słono w gębie, ani chybi będę rzygał. - Endschuldigen Sie bitte -
bełkocę i w krzaki. Zerwało mnie zdrowo ale trochę ulżyło. I tak
jeszcze dwa razy, zanim doszliśmy na tę cholerną polanę. Ja na miękkich
nogach i z okiem zamglonym - mój Niemiec świeżutki jak skaut. Patrzymy,
a tu widok jak z landszaftu pt. jeleń na rykowisku: na środku polany,
jakieś 100 metrów od nas, stoi piękny byk osrebrzony światłem księżyca.
Myśliwy złożył się i po kilku sekundach jeleń już nie żył. Facet
odtańczył taniec zwycięstwa, wyściskał mnie i zaczął wtykać w rękę
zwitek marek.
- Za co? - bronię się niemrawo. To był szczęśliwy zbieg okoliczności.
- Jaki tam zbieg okoliczności - pieje z zachwytu Niemiec. Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby ktoś tak doskonale wabił jelenia! Dopiero
po chwili dotarło do mnie - kończył swą opowieść prezes GS - co zaszło.
Jelenia wabi się właśnie wydając odgłosy podobne do dźwiękowych efektów
rzygania.
Nigdy przedtem ani potem nie zarobiłem tyle szmalu za... trzy pawie. Wyruszyłem
kiedyś, wespół z przyjaciółmi, w rejs po Solinie na pokładzie
motorowego jachtu, jaki był wtedy w dyspozycji dyrekcji zapory.
Nieoceniony prezes Steniak zadbał o katering, głównie w płynie, a że
dzień był dżdżysty, nie opuszczaliśmy prawie wygodnej kabiny
bankietowej. Po dwu godzinach przybiliśmy do nabrzeża nieopodal zapory.
Schodziliśmy wąskim trapem kiedy nasza przyjaciółka Jola upuściła
okulary. Poszły w wodę jak kamień, tuż przy betonowym nabrzeżu. Szkoda
się stała niemała; te okulary miały plastikowe, super lekkie szkła i
kosztowały w tamtych czasach bardzo drogo. Wydobyć ich nie było jak,
bowiem zalew liczył sobie w tym miejscu kilkanaście metrów głębokości.
Cóż, stało się.
Nazajutrz kupiliśmy w Lesku jakieś szkła zastępcze i zapomnieliśmy o całym incydencie. Wiosną
następnego roku zameldował się w moim redakcyjnym pokoju dziennikarz
pełniący funkcję riserczera. Do obowiązków takiego faceta należało
między innymi analizowanie prasy, łącznie z głównymi tytułami czasopism
terenowych; chodziło o wyławianie tego, co pisze się o DTV, a także
namierzanie ciekawych, godnych naszej anteny tematów. Analizując
"Nowiny Rzeszowskie" natknął się na moje nazwisko. A tam, w dziale
ogłoszeń, było napisane coś mniej więcej takiego: "Informuje się red.
Marka Tumanowicza z Warszawy, że okulary utopione przez jego żonę latem
zeszłego roku w Solinie są do odebrania w wiadomym miejscu, w
Olszanicy, za wykupem." Od razu wiedziałem, że to ogłoszenie mógł dać
tylko Steniak. Nie zgadzał się tylko jeden szczegół: okulary uroniła w
toń jeziora nie moja żona, a nasza przyjaciółka Jola Dyjecińska. W
lipcu, po zainstalowaniu się w Dwerniku, pojechaliśmy do Olszanicy.
Wysokość wykupu ustaliliśmy na 0,75 wyborowej. Prezes powitał nas
szerokim uśmiechem. Z szuflady biurka wyjął okulary. - Też jako żywo,
te same. Po stwierdzeniu autentyczności znaleziska zajęliśmy się
wykupem. Naszej radości w niczym nie umniejszał fakt, że okulary nie
nadawały się już do niczego. Drobiny piasku z dna Soliny dotkliwie
porysowały plastikowe soczewki. Okulary leżały tam od lata do
wiosny, to jest 10 miesięcy. W maju odbywał się rutynowy przegląd dna
zbiornika solińskiego na podejściu do zapory. Steniak dogadał się z
jednym z płetwonurków, aby ten rozejrzał się dokładniej u stóp
betonowego nabrzeża. I w ten sposób okulary Joli, po niemal roku
spędzonym na dnie Soliny, wróciły do właścicielki.
Później straciłem kontakt z prezesem Steniakiem. Słyszałem, że
wyemigrował do USA i doskonale sobie tam radzi. Szkoda, że wyjechał.
Tak mało dzisiaj u nas ludzi z prawdziwie błyskotliwą fantazją.
|