Polowanie - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Polowanie


2004-10-14 14:54:18 ostatnio zmieniony: 2004-10-16 15:55:34
Marek Tumanowicz  


Olszanica leży na trasie z Leska do Ustrzyk Dolnych. Działał tam w latach 80-ych bardzo prężny oddział organizacji gospodarczej zwanej Gminna Spółdzielnia "Samopomoc Chłopska". Prowadził dwupiętrowy dom towarowy z prawdziwego zdarzenia i piekarnię słynącą swymi wyrobami.
Jest też w Olszanicy pięknie odrestaurowany pałac ze starym parkiem i stawem rybnym, w którym wtedy mieścił się ośrodek wypoczynkowy ministerstwa Sprawiedliwości. Tym pałacem administrował także olszanicki GS.

Na czele całej tej organizacji handlowej stał niezwykle dynamiczny facet o nazwisku Steniak, imienia niestety nie zapamiętałem.
To był kawał przystojniaka, luzak jakich mało, a do tego, albo przede wszystkim, człek niebywale dowcipny. Sypał kawałami i anegdotami z życia wziętymi. Oto jedna z nich.
Pracowałem wtedy w nadleśnictwie. Często gościliśmy dewizowych myśliwych. Często i bardzo chętnie. Za odstrzał jelenia karpackiego braliśmy kupę szmalu i to nie w złotówkach bynajmniej. Kiedyś zapowiedział się Niemiec. Uprzedził z góry, że będzie miał cholernie mało czasu. Prosi, żeby na niego czekać i od razu iść w góry. Noto nadleśniczy - opowiadał Steniak - wyznaczył na dyżur mnie i jeszcze jednego.
- Macie tu chłopaki warować non stop, a jak tylko szwab przyjedzie, prowadźcie go na tę polankę gdzie stoi ambona.
Niemiec zapowiedział, że pojawi się między poniedziałkiem a środą. Zapowiadał się dość długi dyżur. Przesiedzieliśmy do środy, popijając umiarkowanie. Zrobił się wieczór. No to - myślimy sobie - na pewno już nie przyjedzie. A skoro tak, poszliśmy na całość i po małej godzince byliśmy nawaleni jak ruski plecak.

Nagle coś zaszurało na podjeździe, po oknach przeleciało światło reflektorów, miękko plasnęły drzwi samochodu. Wyglądam, a tu widok jak z koszmarnego snu: stoi merc na szwabskich znakach a z niego gramoli się facet ciągnąc za sobą futerał z giwerą. Przyjechał nasz dewizowiec, a my z kumplem ledwo ciepli. Cóż było robić. Ponieważ kolega leżał jak kłoda - ja zebrałem się w sobie, łeb pod kran, miętówka w dziób i ruszam witać. Tamten radosny jak szczygieł. Klepie mnie po ramieniu, ręce zaciera, szwargoce jak szalony. Wychodzi na to, że ruszamy natychmiast. Noc ciepła, księżycowa, taka jak należy.

Idziemy leśną ścieżką ostro pod górę. Do polany jakie 3 - 4 kilometry. Czuję, że za chwilę zdechnę. Żołądek podchodzi do gardła, słono w gębie, ani chybi będę rzygał. - Endschuldigen Sie bitte - bełkocę i w krzaki. Zerwało mnie zdrowo ale trochę ulżyło. I tak jeszcze dwa razy, zanim doszliśmy na tę cholerną polanę. Ja na miękkich nogach i z okiem zamglonym - mój Niemiec świeżutki jak skaut. Patrzymy, a tu widok jak z landszaftu pt. jeleń na rykowisku: na środku polany, jakieś 100 metrów od nas, stoi piękny byk osrebrzony światłem księżyca. Myśliwy złożył się i po kilku sekundach jeleń już nie żył. Facet odtańczył taniec zwycięstwa, wyściskał mnie i zaczął wtykać w rękę zwitek marek.
- Za co? - bronię się niemrawo. To był szczęśliwy zbieg okoliczności.
- Jaki tam zbieg okoliczności - pieje z zachwytu Niemiec. Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby ktoś tak doskonale wabił jelenia!
Dopiero po chwili dotarło do mnie - kończył swą opowieść prezes GS - co zaszło. Jelenia wabi się właśnie wydając odgłosy podobne do dźwiękowych efektów rzygania.

Nigdy przedtem ani potem nie zarobiłem tyle szmalu za... trzy pawie.
Wyruszyłem kiedyś, wespół z przyjaciółmi, w rejs po Solinie na pokładzie motorowego jachtu, jaki był wtedy w dyspozycji dyrekcji zapory. Nieoceniony prezes Steniak zadbał o katering, głównie w płynie, a że dzień był dżdżysty, nie opuszczaliśmy prawie wygodnej kabiny bankietowej. Po dwu godzinach przybiliśmy do nabrzeża nieopodal zapory. Schodziliśmy wąskim trapem kiedy nasza przyjaciółka Jola upuściła okulary. Poszły w wodę jak kamień, tuż przy betonowym nabrzeżu. Szkoda się stała niemała; te okulary miały plastikowe, super lekkie szkła i kosztowały w tamtych czasach bardzo drogo. Wydobyć ich nie było jak, bowiem zalew liczył sobie w tym miejscu kilkanaście metrów głębokości. Cóż, stało się.
Nazajutrz kupiliśmy w Lesku jakieś szkła zastępcze i zapomnieliśmy o całym incydencie.
Wiosną następnego roku zameldował się w moim redakcyjnym pokoju dziennikarz pełniący funkcję riserczera. Do obowiązków takiego faceta należało między innymi analizowanie prasy, łącznie z głównymi tytułami czasopism terenowych; chodziło o wyławianie tego, co pisze się o DTV, a także namierzanie ciekawych, godnych naszej anteny tematów. Analizując "Nowiny Rzeszowskie" natknął się na moje nazwisko. A tam, w dziale ogłoszeń, było napisane coś mniej więcej takiego: "Informuje się red. Marka Tumanowicza z Warszawy, że okulary utopione przez jego żonę latem zeszłego roku w Solinie są do odebrania w wiadomym miejscu, w Olszanicy, za wykupem." Od razu wiedziałem, że to ogłoszenie mógł dać tylko Steniak. Nie zgadzał się tylko jeden szczegół: okulary uroniła w toń jeziora nie moja żona, a nasza przyjaciółka Jola Dyjecińska.
W lipcu, po zainstalowaniu się w Dwerniku, pojechaliśmy do Olszanicy. Wysokość wykupu ustaliliśmy na 0,75 wyborowej. Prezes powitał nas szerokim uśmiechem. Z szuflady biurka wyjął okulary. - Też jako żywo, te same. Po stwierdzeniu autentyczności znaleziska zajęliśmy się wykupem. Naszej radości w niczym nie umniejszał fakt, że okulary nie nadawały się już do niczego. Drobiny piasku z dna Soliny dotkliwie porysowały plastikowe soczewki.
Okulary leżały tam od lata do wiosny, to jest 10 miesięcy. W maju odbywał się rutynowy przegląd dna zbiornika solińskiego na podejściu do zapory. Steniak dogadał się z jednym z płetwonurków, aby ten rozejrzał się dokładniej u stóp betonowego nabrzeża. I w ten sposób okulary Joli, po niemal roku spędzonym na dnie Soliny, wróciły do właścicielki.

Później straciłem kontakt z prezesem Steniakiem. Słyszałem, że wyemigrował do USA i doskonale sobie tam radzi. Szkoda, że wyjechał. Tak mało dzisiaj u nas ludzi z prawdziwie błyskotliwą fantazją.


Strona główna serwisu   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3