Aniołkowe Biesy - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Aniołkowe Biesy


2004-12-12 11:53:34 ostatnio zmieniony: 2004-12-13 13:06:29
Krzysztof Wiktorowicz  


O dłuższym spaniu można było już tylko pomarzyć. Tego trzeciego, jak i poprzednich, poranka, Aniołek dawał koncert od pierwszego kura. Przez okno było widać, jak przycisnąwszy włóczkową czapką uszy, zatkane słuchawkami odtwarzacza, zabiera się ostro do profilowania spalinówką klocków, które z wieczora przyklamrował sobie rzędem do ułożonych na podwórku kantówek. Dzisiaj miał lecieć „Bies 12”. Grubszy materiał na czwórki i siódemki podobno był jeszcze za wilgotny. Jerzy Jurek, początkujący dziennikarz, został tutaj litościwie zesłany przez swoją szefową, kiedy tylko bąknął o urlopie. Okazało się, że jego macierzysty magazyn damski, na poły, co prawda holenderski, potrzebuje ciekawego reportażu wakacyjnego z Polski „C” bardziej niż on wypoczynku. Słowem, wysłano go „na ogórki”. Jak na razie, rozpaczliwe miotanie się samochodem po okolicy w przebraniu turysty, nie rokowało znalezienia owcy z trzema głowami, udomowionego misia, ani też świeżego lądowiska UFO w kapuście. Ruch turystyczny tego roku był minimalny i nikt w górach zaginąć, jak na złość, też nie chciał. Pozostało jeszcze dziesięć dni do odwrotu i zanosiło się na to, że Jerzy Jurek spędzi je wsłuchując się rankami w rzeźbienie swego gospodarza a wieczorami w trzytaśmowy repertuar muzyczny ogródka piwnego, przy kiosku uniwersalnym, całodobowym.


Hono, pomocnik Aniołka, ubijał już bosymi piętami pierwsze metry asfaltu, dźwigając plecak z opakowaniami zwrotnymi, kiedy Jurek dogonił go, bo po zaopatrzenie jakieś też iść musiał. Hono odburknął coś na powitanie, co i tak było u niego szczytem elokwencji. Razem lawirowali szosą miedzy krowimi plackami, świeżutkimi – bo krowy przeganiano tędy na pastwiska nieco wcześniej. Ruchu na szosie nie było szczególnego, ale na poboczu parkowały już dwa samochody z angielską rejestracją. Ich pasażerowie naradzali się nad rozłożoną, na masce jednego z nich, mapą.


–  Co ci dewizowcy strzelają o tej porze roku? – Jurek usiłował nawiązać z Hono rozmowę.
–  A zwierza! - rozpaplał się Hono.

Jurka przyhamowały w marszu jakieś wyjątkowo rozległe bryzgi na szosie i porobiło się jakoś tak, że Hono, który nie zwracał uwagi na takie przyziemności, pierwszy zrównał się z maską Landrovera.


–  Ecxuse me... Is there a post - office anywhere near? – jeden z Angliczan wyszczerzył się przyjaźnie do tubylca.
–  Post! Post... Post-office!    

Hono wytupał sobie najpierw dokładnie krówską kupę spomiędzy paluchów nożnych i bez zająknienia, grzecznie odparł:


–  Of course! You must turn back to the bus stop. It’s less than five minutes walk from here!
–  Thanks very much! – częstowało go otwartą paczką Morrisów.
–  May I take for my friend too? – Hono nie popuścił okazji. Jak częstowało, to chyba wiedziało co robiło.
–  Sure, please, please!

Jerzy Jurek, nie zdążywszy się nawet wtrącić, słuchał tego dialogu jak zaczarowany. Powiało Mrożkiem. Coś tu było nie tak. Przecież to był ten sam Hono, do którego pan Aniołek nie zwracał się inaczej jak „chono tu Hono”, ten sam, którego jedyną, podobno, specjalnością było obrabianie dłutkiem ślepków i pazurków Aniołkowych biesów.


–  Panie Hono... – zaczął z namaszczeniem Jurek – but what is your true name?
-  In this village – Hono... In different – Kede ... or backwards... - Hono wcisnąwszy mu w rękę papierosa, zanurkował do przydrożnego rowu, w którym błyszczała aluminiowa puszka po piwie. Nie było dane Jurkowi dokończyć kwestii, bo do samego kiosku Hono vel Kede szedł rowem, co rusz wyławiając z pokrzyw cenne pojemniki, które od razu miażdżył zrogowaciałą piętą.

Całodobowość kiosku uniwersalnego, do którego tak doczłapali, polegała na tym, że kabelek przerzucony niedbale po koronach drzewek w sadzie, transmitował do domu właściciela sygnał, że oto zjawił się klient, któremu zabrakło musztardy, mąki lub czegoś do picia. Na pewno nie zdarzały się tu jednak takie budzenia po musztardę lub mąkę. Jerzy Jurek nabył najpotrzebniejsze produkty i nawet nie zauważył jak Hono rozmył mu się pośród nielicznych, ale prawie identycznych jak on klientów. Wymanewrował się ze stadka psów, wyczekujących przed kioskiem na swych właścicieli i ruszył do domu, bo w czczych kiszkach grać mu już zaczynało. Mijany budyneczek, który fascynował go od przyjazdu, stał dzisiaj  otworem. Nietypowo, bo godziny otwarcia „Biblioteki Gminnej” były każdego dnia inne, wieczorne, ale za to dokładnie rozpisane na drzwiach. Starsza pani, na pewno bibliotekarka, trzepała na trawie jakieś chodniki.


–  Pracowicie dzień pani zaczyna! – zagaił.
–  A robię porządki, bo sąsiadce placówkę przekazuję... Syn mnie zaprosił na wakacje do miasta! – z dumą zwierzyła się bibliotekarka.
–  Będzie można na książki zerknąć? – zaryzykował Jurek.
–  Już kończę! Ale jeśli pan zechce coś wypożyczyć, to jako przyjezdny tylko za kaucją!  – ostrzegła.
–  Oczywiście. Ma się rozumieć! Ja tu u pana Aniołka...
–  Aha...U doktora... – bibliotekarka najwyraźniej ugryzła się w język.

Jerzemu Jurkowi zatrzepotało radośnie serce. Czyżby to było TO? Temat wiejskich znachorów bywał niezmiernie rzadko eksploatowany; raz, że takowi w ogóle nie istnieli, a dwa, żeby im darmowej reklamy nie robić.


–  O, tutaj ma pan klasykę... Dzieci raczej ją pożyczają, dlatego takie to zniszczone. Tutaj ostatnie arlekiny, ale kilka, bo jakoś nie idą... Tutaj fachowe...

Jurek z politowaniem omiatał wzrokiem chude półki z książczynami obłożonymi
w przeźroczystą folię.

–  A w tamtym pokoiku? Te regałki? – przez uchylone drzwi  wiodące na zaplecze, z którego pochodziły najwyraźniej trzepane chodniki, majaczyła Jurkowi amfilada oszklonych szafek.
–  Och, to takie różne, jeszcze nie zinwentaryzowane... Godzin mam za mało... Miejscowi pozbywają się niepotrzebnych książek, oddają stare wydania, czasami ktoś z przyjezdnych po przeczytaniu ofiaruje... Nic specjalnego w sumie. Kiedyś to pójdzie do przodu, udostępnimy... O, tę ściankę mają wyburzyć... – bibliotekarka zaczynała trochę pływać w tłumaczeniach.

Jerzy Jurek zrobił dwa duże kroki po wilgotnej podłodze i odważnie sięgnął po pierwszy z brzegu tom. Była to „A History of Poland” Oskara Haleckiego, nowojorskie wydanie z czterdziestego trzeciego. Dolny brzeg książki był zaplamiony atramentem. Jurek oczom nie wierzył. Słyszał kiedyś o tym dziele na studiach. Obok, grzecznie stały prawie wszystkie tytuły Jasienicy, Kosidowskiego – półka niżej; Saganka w oryginale, Plutarch, Sofokles, Hamsun, Steinbeck, Mein Kampf, Borges po hiszpańsku... Byron oczywiście po angielsku...


–  Gdzie ja jestem? W Bibliotece Narodowej? – rzucił Jurek w przestrzeń.
–  Przesadza pan... – bibliotekarka stała tuż za nim. – U nas książek się nie wyrzuca. Makulatury już nie skupują... Za komuny zaglądał tu taki specjalny samochód...
–  No tak, ale te tytuły, ten zestaw...
–  I sam pan widzi – groch z kapustą! Ale będę musiała pana przeprosić. Do ogródka muszę, bo synowi obiecałam bobu nałuskać. Niech pan zaglądnie wieczorem, to coś sobie pan wybierze do poduszki. Dobrze?
–  A znajdę coś Dino Buzzatiego? – Jurek zaserwował podstępnego haka.
–  Gdzieś tu mam „Pustynię Tatarów”... Włoskiego to pan chyba nie zna? Znajdą się tu może jakieś jego sztuki teatralne w oryginale, takie starocie...

Jerzy Jurek był ugotowany. Prędzej spodziewałby się znaleźć perłę w cytrynie niż "takie starocie” w sercu Bieszczad. Aniołkowa piła milczała. Jurek wślizgnął się do domu bocznym wejściem prowadzącym bezpośrednio do jego pokoju. Pan Aniołek miał chyba gości. Pod narożnym oknem, na plastikowych fotelikach siedziało z nim dwóch miejscowych zgredów. Przez firankę Jurek próbował odczytać markę wina, którym się częstowali. Połowę etykietki zajmował damski biust. Resztę można było sobie dośpiewać.


–  No i gdzie ja teraz taki jesion wynajdę? – rozmowa najwyraźniej kręciła się wokół drzewnego materiałoznawstwa.
–  A ta stara komoda u Adamusów?
–  No nie żartuj sobie! Sam kornik! Oglądałem... – każde słowo było doskonale słyszalne w Jurkowym pokoju, który będąc ubogim w sprzęty rezonował pustką. Topiony serek na wiejskim chlebie i maślanka prosto z worka zaabsorbowały Jurka
i owszem, ale nie na tyle, żeby nagle nie wyłowił z podokiennej dyskusji dziwnego zgrzytu.
–  A jak kto kocha takie organowe aksamity, no to lu! Stradivarius! Elmann na nim gra, Francescatti, Milsterin, Morini... Ale jak ktoś szuka potęgi brzmienia, jak Wieniawski, Sauret i Ysave, to wybiera Guarneriego. Ja tam, tak jak Fritz Kreisler, mogę i na jednych, i na drugich!
–  No a jak ci się podobał Gibson, na którym grał Huberman dopóki go nie spuścił Ricciemu?

Gdyby nie topione lepiszcze, szczęka Jurka dotknęłaby podłogi. Przetkał się maślanką i zerknął zza firanki. Prawie nic się nie zmieniło. Inna była tylko nalepka na butelce; zamiast cycków – dwie ciupagi. Nikt nie przybył. Urosła tylko w popielniczce sterta petów. Na stoliku ktoś położył beret, bo go chyba przypociło od alpagi. Pan Aniołek przybijał pieczątki na małych karteluszkach.


–  Tu ci zapisałem Damian... Ten zinnax co osiem godzin jedna!

Jerzy Jurek zaczął gorączkowo zastanawiać się, jaki właściwie smak ma jego serek. Paprykowy? Czosnkowy? Grzybowy? Stradivariusowy? Była to typowa reakcja obronna organizmu. Nad czymś trzeba się było natychmiast zastanowić. Niestety brak było jakiegoś logicznego klajstru, żeby wszystko to do kupy posklejać.


W dwie godziny potem, w akcie desperacji, odpalił swego malucha i wrócił pod kiosk. Słone paluszki i piwo z promocji, marki nieznanej, miało mu pomóc w odnalezieniu się w rzeczywistości, która zaczęła trącić piątym wymiarem. Większość stolików była już obsadzona przez pierwszą, popołudniową zmianę kawoszy piwa. Niektórzy pracowali na akord.


–  Czy  będzie się można przysiąść? – padło kulturalne pytanie trącące odrobinkę obcym akcentem.

Jego przypadkowy kompan miał około siedemdziesięciu lat i dłonie pokręcone artretyzmem. Sączył sobie piwo z gwinta i zakąszał, przypuszczalnie wędzonym, krowim serem w kształcie brykietu, który wysupłał z szarego jak jego cera papieru. Posługiwał się dość oryginalnym kozikiem.


–  Cóż to za nożyk dziwny? Można? – zainteresował się Jurek, aby w końcu zejść jak najprędzej na ziemię.
–  A proszę, proszę! To "Arbolito"!
–  Arbolito to po hiszpańsku drzewko. Tam pan ma logo wytłoczone... Takie tylko w Solingen robią na rynek południowoamerykański. Nie do zdarcia!
–  Gdzież pan to nabył? – Jurek próbował wygalać sobie przedramię.
–  O... pamiętam doskonale! U Mosconiego. Belgrano sto sześćdziesiąt osiem.
–  Belgrano? Gdzie to jest?
–  Jak to gdzie? Jedna taka ulica jest w San Isidro! – Kozik wrócił do właściciela, który wytarł go sobie z Jurkowych włosów o spodnie.

Było dość. Jurek z trudem dowlókł się do zaparkowanego byle jak samochodu, bo czuł, że lada chwila wykona zwał napleczny, całkowity i da się lizać psom, które tylko na to czekały. Po południu zdrzemnął się, co nieco  na zwolnionych przez zagadkowych skrzypków ogrodowych mebelkach, potem  skrobnął kilka pocztówek z portretami koni huculskich, które kupił w kiosku. Wieczorem zamknął dokładnie okna i uszczelnił staniolem po serku dziurkę od klucza, w obawie przed komarami, na które był uczulony. Zasnął, wsłuchując się w nie wiedzieć skąd dobiegające dźwięki pianina, które nadawało jakieś mazurki Chopina.


Nim pan Aniołek uruchomił z rana piłę, Jerzy Jurek poszedł na całość.

–  Cóż to za syrena tak wyła w nocy, panie  d o k t o r z e? Jakiś wypadek?
–  Nie, nic takiego. Przyjeżdżają tu czasem po specjalistę. O, tam mieszka, pod tą fioletową blachą. Jest neurochirurgiem. Panie r e d a k t o r z e! Jakby panu kiedy rękę obcięło...Byle nie prawą... Bo ja – to nie! To nie moja branża...
–  Zaraz, zaraz! Skąd pan wie, że ja...
–  Ha! Dobre pytanie! A te akumulatorki, które pan już dwa dni ładuje, to do golarki czy, jak się nie mylę, do dyktafonu? A list, który pan wrzucił do skrzynki pierwszego dnia, to na jaką redakcję był adresowany? Hę?
–  No tak... Wszystko jasne. Ale niech mi pan wyjaśni, jeżeli już gramy w otwarte karty, gdzie ja jestem? Co to za społeczność? Gdzie się nie obrócę, to trafiam na przedziwnych ludzi... Ta bibliotekarka też... Miejscowi...
–  Miejscowi, proszę pana, to albo już w glebie, albo też na bardzo, bardzo dalekim wschodzie. Sami nawet mogą nie wiedzieć gdzie. Jeśli żyją... A my, cóż my?.. My to może będziemy, jak pan to nazwał, społecznością. Kiedyś...
–  A ja tak szukałem jakiegoś tematu...
–  No i właśnie! Miałbym prośbę do pana... Ale najpierw niech pan rzuci okiem na tę galeryjkę pod okapem. Ma pan tu wszystkie wzory moich wyrobów. Jak je nie zwać... No bliżej, bliżej... Widzi pan, o tu w łapce tego biesa malusieńki skalpel? To Docent. Mówiliśmy już o nim. A ta „piątka” ze skrzypkami? To Damian, rewelacyjny lutnik i zarazem skrzypek. Z Włoch do niego przyjeżdżają... „Trójeczka” z piersiami i szalkową wagą, to taki żart, damski bies... Nasza bibliotekarka, była prokurator.

O! A tu, ten mały biesik w okularach, w domyśle ciemnych, to pan Andrzej, emerytowany pułkownik kontrwywiadu. Miał fajkę, ale mu się ułamała... Nie wiem czy go pan poznał... Mniejsza z tym. On poznał pana. Oto bies z czekanem! Nie, to nie siekierka! To jeden z naszych najsłynniejszych alpinistów. Nie wychodzi prawiez domu, gęba jak bez skóry, cała odmrożona... Bies z gęsim piórem...Tak jest! Pisarza też mamy, ale nie powiem jak się nazywa, bo by mi nie darował, a dobry bimber pędzi! Mówić dalej, czy sam się pan detali u reszty dopatrzy? Hono ma dryg do takich duperelków! Sam siebie nigdy nie uwiecznił w ten sposób, a jest inżynierem odlewnikiem. Odlewa się czasem. Tyle mu zostało!

–  No, ale wracając do mojej prośby... Bylibyśmy wdzięczni, gdyby pan nie pisał o tym, co pan już wie. Znajdziemy panu jakiś temat. Rozgłos i popularność to piasek
w tryby resztek naszego żywota. Pójdzie pan na to? A tak nawiasem mówiąc, to nie nazywam się Aniołek, tylko Engelman...Przyplątał się jakiś Szwajcar w rodzinie o tak niestrawnym nazwisku. Tu za takimi nie przepadają... Hono też miał imię swego czasu bardzo niepopularne...
–  Właściwie, to i ja nie nazywam się Jurek... Piszę tylko pod takim pseudonimem. Robię przecież w prasie kobiecej... Piękny zgryz teraz będę miał! Przecież to aż się prosi!
–  Ale my prosimy pana bardziej! Strzelę panu za to, do wyjazdu, małego, miastowego biesa z dużym ołówkiem, albo mikrofonikiem. Hono chętnie wydłubie. Wejdzie pan do ferajny! Hono – honorowo, ma się rozumieć! Zaczernimy go bejcą i woskiem a nie pastą do butów, żeby panu w domu nie śmierdział... Zgoda?
–  No zgoda, zgoda, ale ja się chyba pochoruję... Muszę o tym napisać! Nawet gdyby tylko dla siebie... No, dla pana, dla Hono, dla bibliotekarki, Damiana... O, podsunie pan to może temu tajemniczemu pisarzowi! Już mam nawet koncepcję! Takie krótkie opowiadanie... Pozmieniam imiona, nazwiska i pokręcę topografię. Nikt i nigdy się nie dowie gdzie byłem! Wiem już, jaki to będzie miało tytuł! Domyśla się pan, doktorze, jaki?



Strona główna serwisu   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3