O dłuższym spaniu można było już tylko pomarzyć. Tego trzeciego, jak
i poprzednich, poranka, Aniołek dawał koncert od pierwszego kura. Przez
okno było widać, jak przycisnąwszy włóczkową czapką uszy, zatkane
słuchawkami odtwarzacza, zabiera się ostro do profilowania spalinówką
klocków, które z wieczora przyklamrował sobie rzędem do ułożonych na
podwórku kantówek. Dzisiaj miał lecieć „Bies 12”. Grubszy materiał na
czwórki i siódemki podobno był jeszcze za wilgotny. Jerzy Jurek,
początkujący dziennikarz, został tutaj litościwie zesłany przez swoją
szefową, kiedy tylko bąknął o urlopie. Okazało się, że jego macierzysty
magazyn damski, na poły, co prawda holenderski, potrzebuje ciekawego
reportażu wakacyjnego z Polski „C” bardziej niż on wypoczynku. Słowem,
wysłano go „na ogórki”. Jak na razie, rozpaczliwe miotanie się
samochodem po okolicy w przebraniu turysty, nie rokowało znalezienia
owcy z trzema głowami, udomowionego misia, ani też świeżego lądowiska
UFO w kapuście. Ruch turystyczny tego roku był minimalny i nikt w
górach zaginąć, jak na złość, też nie chciał. Pozostało jeszcze
dziesięć dni do odwrotu i zanosiło się na to, że Jerzy Jurek spędzi je
wsłuchując się rankami w rzeźbienie swego gospodarza a wieczorami w
trzytaśmowy repertuar muzyczny ogródka piwnego, przy kiosku
uniwersalnym, całodobowym.
Hono, pomocnik Aniołka, ubijał już bosymi piętami pierwsze metry
asfaltu, dźwigając plecak z opakowaniami zwrotnymi, kiedy Jurek dogonił
go, bo po zaopatrzenie jakieś też iść musiał. Hono odburknął coś na
powitanie, co i tak było u niego szczytem elokwencji. Razem lawirowali
szosą miedzy krowimi plackami, świeżutkimi – bo krowy przeganiano tędy
na pastwiska nieco wcześniej. Ruchu na szosie nie było szczególnego,
ale na poboczu parkowały już dwa samochody z angielską rejestracją. Ich
pasażerowie naradzali się nad rozłożoną, na masce jednego z nich, mapą.
– Co ci dewizowcy strzelają o tej porze roku? – Jurek usiłował nawiązać z Hono rozmowę.
– A zwierza! - rozpaplał się Hono.
Jurka przyhamowały w marszu jakieś wyjątkowo rozległe bryzgi na
szosie i porobiło się jakoś tak, że Hono, który nie zwracał uwagi na
takie przyziemności, pierwszy zrównał się z maską Landrovera.
– Ecxuse me... Is there a post - office anywhere near? – jeden z Angliczan wyszczerzył się przyjaźnie do tubylca.
– Post! Post... Post-office!
Hono wytupał sobie najpierw dokładnie krówską kupę spomiędzy paluchów nożnych i bez zająknienia, grzecznie odparł:
– Of course! You must turn back to the bus stop. It’s less than five minutes walk from here!
– Thanks very much! – częstowało go otwartą paczką Morrisów.
– May I take for my friend too? – Hono nie popuścił okazji. Jak częstowało, to chyba wiedziało co robiło.
– Sure, please, please!
Jerzy Jurek, nie zdążywszy się nawet wtrącić, słuchał tego dialogu
jak zaczarowany. Powiało Mrożkiem. Coś tu było nie tak. Przecież to był
ten sam Hono, do którego pan Aniołek nie zwracał się inaczej jak „chono
tu Hono”, ten sam, którego jedyną, podobno, specjalnością było
obrabianie dłutkiem ślepków i pazurków Aniołkowych biesów.
– Panie Hono... – zaczął z namaszczeniem Jurek – but what is your true name?
- In this village – Hono... In different – Kede ... or
backwards... - Hono wcisnąwszy mu w rękę papierosa, zanurkował do
przydrożnego rowu, w którym błyszczała aluminiowa puszka po piwie. Nie
było dane Jurkowi dokończyć kwestii, bo do samego kiosku Hono vel Kede
szedł rowem, co rusz wyławiając z pokrzyw cenne pojemniki, które od
razu miażdżył zrogowaciałą piętą.
Całodobowość kiosku uniwersalnego, do którego tak doczłapali,
polegała na tym, że kabelek przerzucony niedbale po koronach drzewek w
sadzie, transmitował do domu właściciela sygnał, że oto zjawił się
klient, któremu zabrakło musztardy, mąki lub czegoś do picia. Na pewno
nie zdarzały się tu jednak takie budzenia po musztardę lub mąkę. Jerzy
Jurek nabył najpotrzebniejsze produkty i nawet nie zauważył jak Hono
rozmył mu się pośród nielicznych, ale prawie identycznych jak on
klientów. Wymanewrował się ze stadka psów, wyczekujących przed kioskiem
na swych właścicieli i ruszył do domu, bo w czczych kiszkach grać mu
już zaczynało. Mijany budyneczek, który fascynował go od przyjazdu,
stał dzisiaj otworem. Nietypowo, bo godziny otwarcia „Biblioteki
Gminnej” były każdego dnia inne, wieczorne, ale za to dokładnie
rozpisane na drzwiach. Starsza pani, na pewno bibliotekarka, trzepała
na trawie jakieś chodniki.
– Pracowicie dzień pani zaczyna! – zagaił.
– A robię porządki, bo sąsiadce placówkę przekazuję... Syn mnie
zaprosił na wakacje do miasta! – z dumą zwierzyła się bibliotekarka.
– Będzie można na książki zerknąć? – zaryzykował Jurek.
– Już kończę! Ale jeśli pan zechce coś wypożyczyć, to jako przyjezdny tylko za kaucją! – ostrzegła.
– Oczywiście. Ma się rozumieć! Ja tu u pana Aniołka...
– Aha...U doktora... – bibliotekarka najwyraźniej ugryzła się w język.
Jerzemu Jurkowi zatrzepotało radośnie serce. Czyżby to było TO?
Temat wiejskich znachorów bywał niezmiernie rzadko eksploatowany; raz,
że takowi w ogóle nie istnieli, a dwa, żeby im darmowej reklamy nie
robić.
– O, tutaj ma pan klasykę... Dzieci raczej ją pożyczają, dlatego
takie to zniszczone. Tutaj ostatnie arlekiny, ale kilka, bo jakoś nie
idą... Tutaj fachowe...
Jurek z politowaniem omiatał wzrokiem chude półki z książczynami obłożonymi
w przeźroczystą folię.
– A w tamtym pokoiku? Te regałki? – przez uchylone drzwi
wiodące na zaplecze, z którego pochodziły najwyraźniej trzepane
chodniki, majaczyła Jurkowi amfilada oszklonych szafek.
– Och, to takie różne, jeszcze nie zinwentaryzowane... Godzin mam
za mało... Miejscowi pozbywają się niepotrzebnych książek, oddają stare
wydania, czasami ktoś z przyjezdnych po przeczytaniu ofiaruje... Nic
specjalnego w sumie. Kiedyś to pójdzie do przodu, udostępnimy... O, tę
ściankę mają wyburzyć... – bibliotekarka zaczynała trochę pływać w
tłumaczeniach.
Jerzy Jurek zrobił dwa duże kroki po wilgotnej podłodze i odważnie
sięgnął po pierwszy z brzegu tom. Była to „A History of Poland” Oskara
Haleckiego, nowojorskie wydanie z czterdziestego trzeciego. Dolny brzeg
książki był zaplamiony atramentem. Jurek oczom nie wierzył. Słyszał
kiedyś o tym dziele na studiach. Obok, grzecznie stały prawie wszystkie
tytuły Jasienicy, Kosidowskiego – półka niżej; Saganka w oryginale,
Plutarch, Sofokles, Hamsun, Steinbeck, Mein Kampf, Borges po
hiszpańsku... Byron oczywiście po angielsku...
– Gdzie ja jestem? W Bibliotece Narodowej? – rzucił Jurek w przestrzeń.
– Przesadza pan... – bibliotekarka stała tuż za nim. – U nas
książek się nie wyrzuca. Makulatury już nie skupują... Za komuny
zaglądał tu taki specjalny samochód...
– No tak, ale te tytuły, ten zestaw...
– I sam pan widzi – groch z kapustą! Ale będę musiała pana
przeprosić. Do ogródka muszę, bo synowi obiecałam bobu nałuskać. Niech
pan zaglądnie wieczorem, to coś sobie pan wybierze do poduszki. Dobrze?
– A znajdę coś Dino Buzzatiego? – Jurek zaserwował podstępnego haka.
– Gdzieś tu mam „Pustynię Tatarów”... Włoskiego to pan chyba nie
zna? Znajdą się tu może jakieś jego sztuki teatralne w oryginale, takie
starocie...
Jerzy Jurek był ugotowany. Prędzej spodziewałby się znaleźć perłę w
cytrynie niż "takie starocie” w sercu Bieszczad. Aniołkowa piła
milczała. Jurek wślizgnął się do domu bocznym wejściem prowadzącym
bezpośrednio do jego pokoju. Pan Aniołek miał chyba gości. Pod narożnym
oknem, na plastikowych fotelikach siedziało z nim dwóch miejscowych
zgredów. Przez firankę Jurek próbował odczytać markę wina, którym się
częstowali. Połowę etykietki zajmował damski biust. Resztę można było
sobie dośpiewać.
– No i gdzie ja teraz taki jesion wynajdę? – rozmowa najwyraźniej kręciła się wokół drzewnego materiałoznawstwa.
– A ta stara komoda u Adamusów?
– No nie żartuj sobie! Sam kornik! Oglądałem... – każde słowo
było doskonale słyszalne w Jurkowym pokoju, który będąc ubogim w
sprzęty rezonował pustką. Topiony serek na wiejskim chlebie i maślanka
prosto z worka zaabsorbowały Jurka
i owszem, ale nie na tyle, żeby nagle nie wyłowił z podokiennej dyskusji dziwnego zgrzytu.
– A jak kto kocha takie organowe aksamity, no to lu!
Stradivarius! Elmann na nim gra, Francescatti, Milsterin, Morini... Ale
jak ktoś szuka potęgi brzmienia, jak Wieniawski, Sauret i Ysave, to
wybiera Guarneriego. Ja tam, tak jak Fritz Kreisler, mogę i na jednych,
i na drugich!
– No a jak ci się podobał Gibson, na którym grał Huberman dopóki go nie spuścił Ricciemu?
Gdyby nie topione lepiszcze, szczęka Jurka dotknęłaby podłogi.
Przetkał się maślanką i zerknął zza firanki. Prawie nic się nie
zmieniło. Inna była tylko nalepka na butelce; zamiast cycków – dwie
ciupagi. Nikt nie przybył. Urosła tylko w popielniczce sterta petów. Na
stoliku ktoś położył beret, bo go chyba przypociło od alpagi. Pan
Aniołek przybijał pieczątki na małych karteluszkach.
– Tu ci zapisałem Damian... Ten zinnax co osiem godzin jedna!
Jerzy Jurek zaczął gorączkowo zastanawiać się, jaki właściwie smak
ma jego serek. Paprykowy? Czosnkowy? Grzybowy? Stradivariusowy? Była to
typowa reakcja obronna organizmu. Nad czymś trzeba się było natychmiast
zastanowić. Niestety brak było jakiegoś logicznego klajstru, żeby
wszystko to do kupy posklejać.
W dwie godziny potem, w akcie desperacji, odpalił swego malucha i
wrócił pod kiosk. Słone paluszki i piwo z promocji, marki nieznanej,
miało mu pomóc w odnalezieniu się w rzeczywistości, która zaczęła
trącić piątym wymiarem. Większość stolików była już obsadzona przez
pierwszą, popołudniową zmianę kawoszy piwa. Niektórzy pracowali na
akord.
– Czy będzie się można przysiąść? – padło kulturalne pytanie trącące odrobinkę obcym akcentem.
Jego przypadkowy kompan miał około siedemdziesięciu lat i dłonie
pokręcone artretyzmem. Sączył sobie piwo z gwinta i zakąszał,
przypuszczalnie wędzonym, krowim serem w kształcie brykietu, który
wysupłał z szarego jak jego cera papieru. Posługiwał się dość
oryginalnym kozikiem.
– Cóż to za nożyk dziwny? Można? – zainteresował się Jurek, aby w końcu zejść jak najprędzej na ziemię.
– A proszę, proszę! To "Arbolito"!
– Arbolito to po hiszpańsku drzewko. Tam pan ma logo
wytłoczone... Takie tylko w Solingen robią na rynek
południowoamerykański. Nie do zdarcia!
– Gdzież pan to nabył? – Jurek próbował wygalać sobie przedramię.
– O... pamiętam doskonale! U Mosconiego. Belgrano sto sześćdziesiąt osiem.
– Belgrano? Gdzie to jest?
– Jak to gdzie? Jedna taka ulica jest w San Isidro! – Kozik
wrócił do właściciela, który wytarł go sobie z Jurkowych włosów o
spodnie.
Było dość. Jurek z trudem dowlókł się do zaparkowanego byle jak
samochodu, bo czuł, że lada chwila wykona zwał napleczny, całkowity i
da się lizać psom, które tylko na to czekały. Po południu zdrzemnął
się, co nieco na zwolnionych przez zagadkowych skrzypków
ogrodowych mebelkach, potem skrobnął kilka pocztówek z portretami
koni huculskich, które kupił w kiosku. Wieczorem zamknął dokładnie okna
i uszczelnił staniolem po serku dziurkę od klucza, w obawie przed
komarami, na które był uczulony. Zasnął, wsłuchując się w nie wiedzieć
skąd dobiegające dźwięki pianina, które nadawało jakieś mazurki Chopina.
Nim pan Aniołek uruchomił z rana piłę, Jerzy Jurek poszedł na całość.
– Cóż to za syrena tak wyła w nocy, panie d o k t o r z e? Jakiś wypadek?
– Nie, nic takiego. Przyjeżdżają tu czasem po specjalistę. O, tam
mieszka, pod tą fioletową blachą. Jest neurochirurgiem. Panie r e d a k
t o r z e! Jakby panu kiedy rękę obcięło...Byle nie prawą... Bo ja – to
nie! To nie moja branża...
– Zaraz, zaraz! Skąd pan wie, że ja...
– Ha! Dobre pytanie! A te akumulatorki, które pan już dwa dni
ładuje, to do golarki czy, jak się nie mylę, do dyktafonu? A list,
który pan wrzucił do skrzynki pierwszego dnia, to na jaką redakcję był
adresowany? Hę?
– No tak... Wszystko jasne. Ale niech mi pan wyjaśni, jeżeli już
gramy w otwarte karty, gdzie ja jestem? Co to za społeczność? Gdzie się
nie obrócę, to trafiam na przedziwnych ludzi... Ta bibliotekarka też...
Miejscowi...
– Miejscowi, proszę pana, to albo już w glebie, albo też na
bardzo, bardzo dalekim wschodzie. Sami nawet mogą nie wiedzieć gdzie.
Jeśli żyją... A my, cóż my?.. My to może będziemy, jak pan to nazwał,
społecznością. Kiedyś...
– A ja tak szukałem jakiegoś tematu...
– No i właśnie! Miałbym prośbę do pana... Ale najpierw niech pan
rzuci okiem na tę galeryjkę pod okapem. Ma pan tu wszystkie wzory moich
wyrobów. Jak je nie zwać... No bliżej, bliżej... Widzi pan, o tu w
łapce tego biesa malusieńki skalpel? To Docent. Mówiliśmy już o nim. A
ta „piątka” ze skrzypkami? To Damian, rewelacyjny lutnik i zarazem
skrzypek. Z Włoch do niego przyjeżdżają... „Trójeczka” z piersiami i
szalkową wagą, to taki żart, damski bies... Nasza bibliotekarka, była
prokurator.
O! A tu, ten mały biesik w okularach, w domyśle ciemnych, to pan
Andrzej, emerytowany pułkownik kontrwywiadu. Miał fajkę, ale mu się
ułamała... Nie wiem czy go pan poznał... Mniejsza z tym. On poznał
pana. Oto bies z czekanem! Nie, to nie siekierka! To jeden z naszych
najsłynniejszych alpinistów. Nie wychodzi prawiez domu, gęba jak bez
skóry, cała odmrożona... Bies z gęsim piórem...Tak jest! Pisarza też
mamy, ale nie powiem jak się nazywa, bo by mi nie darował, a dobry
bimber pędzi! Mówić dalej, czy sam się pan detali u reszty dopatrzy?
Hono ma dryg do takich duperelków! Sam siebie nigdy nie uwiecznił w ten
sposób, a jest inżynierem odlewnikiem. Odlewa się czasem. Tyle mu
zostało!
– No, ale wracając do mojej prośby... Bylibyśmy wdzięczni, gdyby
pan nie pisał o tym, co pan już wie. Znajdziemy panu jakiś temat.
Rozgłos i popularność to piasek
w tryby resztek naszego żywota. Pójdzie pan na to? A tak nawiasem
mówiąc, to nie nazywam się Aniołek, tylko Engelman...Przyplątał się
jakiś Szwajcar w rodzinie o tak niestrawnym nazwisku. Tu za takimi nie
przepadają... Hono też miał imię swego czasu bardzo niepopularne...
– Właściwie, to i ja nie nazywam się Jurek... Piszę tylko pod
takim pseudonimem. Robię przecież w prasie kobiecej... Piękny zgryz
teraz będę miał! Przecież to aż się prosi!
– Ale my prosimy pana bardziej! Strzelę panu za to, do wyjazdu,
małego, miastowego biesa z dużym ołówkiem, albo mikrofonikiem. Hono
chętnie wydłubie. Wejdzie pan do ferajny! Hono – honorowo, ma się
rozumieć! Zaczernimy go bejcą i woskiem a nie pastą do butów, żeby panu
w domu nie śmierdział... Zgoda?
– No zgoda, zgoda, ale ja się chyba pochoruję... Muszę o tym
napisać! Nawet gdyby tylko dla siebie... No, dla pana, dla Hono, dla
bibliotekarki, Damiana... O, podsunie pan to może temu tajemniczemu
pisarzowi! Już mam nawet koncepcję! Takie krótkie opowiadanie...
Pozmieniam imiona, nazwiska i pokręcę topografię. Nikt i nigdy się nie
dowie gdzie byłem! Wiem już, jaki to będzie miało tytuł! Domyśla się
pan, doktorze, jaki?
|