Nazywani też smolakami, smolarzmi lub po prostu czarnuchami. Jest ich wielu, ale najczęściej żyją samotnie. Pośród dzikich lasów pędzą niemalże pustelnicze życie. Za dom służy im stary wyniszczony barak bardzo często nie ocieplony. Najczęściej jedynym towarzyszem jest pies, który wiernie dzieli los swego pana. Czasem przez kilka zimowych miesięcy, kiedy ostatnia łączność ze światem zostaje zerwana jest to jedyne stworzenie, do którego można
"gębę otworzyć" - opowiada Stanisław Zbucki. Do najbliższego sklepu najczęściej mają po kilka kilometrów, tak więc zakupy robią co kilka dni. W lecie, kiedy przechodzą nieopodal turyści, traktują ich jako kolejną atrakcję. Nierzadko robią sobie z nami fotografie, by po powrocie do domu móc powiedzieć, że w środku lasu,
na małej polanie, spotkali czarnego pustelnika. Traktują nas jakbyśmy ludźmi nie byli. - ciągnie dalej Stanisław. Powyższy opis to nie życie ludzi w jednym z tropikalnych krajów Afryki czy Ameryki Południowej, choć wskazywałby na to ich "kolor" skóry. Tak w skrócie wygląda życie ludzi, którzy poświęcili je pracy przy wypale węgla drzewnego. Jedną z takich osób jest Pan Stanisław, który zgodził się przedstawić historię swojego życia.
Stanisław Zbucki urodził się w Szczecinie, pochodził ze średnio zamożnej rodziny, uczył się w miejscowym technikum elektronicznym. Jego ojciec bardzo często szukał ucieczki w alkoholu. Cierpiała na tym cała rodzina, przede wszystkim on, małe dziecko, nad którym ojciec znęcał się fizycznie. Wreszcie nie wytrzymał i w wieku 18 lat postanowił uciec z domu. Od tamtego czasu jego kontakt z rodziną urwał się na zawsze. Koleje losu zaprowadziły go w Bieszczady, gdzie zaciągał się do różnych prac, by w końcu zająć się wypalaniem węgla drzewnego. Tym samym podzielił los wypalaczy węgla drzewnego w Bieszczadach. Mania grilowania jaka opętała początkowo zachodnią Europę, a teraz i Polskę, dała zatrudnienie jemu i wielu mu podobnym. Do jego obowiązków należy zapełnianie ciężkimi belami jednego
z dużych, metalowych pieców, które następnie podpala. Muszę cały czas pilnować, by drzewo nie zapaliło się, bo wtedy wszystko na nic. Piec "pali się" przez kilka godzin, czasami nie można spać przez całą noc. - wyjaśnia Stanisław.
Jest to ciężka praca. Pozbawiła życia już nie jednego. Znany jest przypadek śmierci małżeństwa, które w ten sposób zarabiało na życie. Pewnego dnia mężczyzna wszedł na piec, by otworzyć górną pokrywę, pośliznął się i wpadł do niego, żona, która stała na dole widziała to, długo nie czekając wyszła na piec, nachyliła się nad włazem, z którego wydobywał się trujący dwutlenek węgla. Wystarczyło kilka wdechów, by kobieta straciła przytomność i podzieliła los męża. Pozostałości ich ciał znaleziono dopiero po kilku dniach.
Ja też kilka razy o mało się nie udusiłem, skończyłbym pewnie jak tych dwoje - dodaje Zbucki. Najbliższy sklep znajduje się 4 kilometry dalej, dlatego na zakupy chodzą zaledwie 2 lub 3 razy w miesiącu, a kiedy spadnie śnieg, to tylko raz. Często jedzenie przywożą nam odbiorcy węgla, którzy są tu przeważnie raz na dwa tygodnie.
W lecie jeszcze da się wytrzymać, można pójść na grzyby, maliny, znaleźć poroża, za sprzedaż których będą pieniądze na piwo - mówi z uśmiechem na twarzy Stanisław. Prawie 25 lat nie widział swojego ojca i stracił kontakt z kimkolwiek z rodziny. Przyznaje, że najcięższe dla niego są święta, które zazwyczaj spędza sam lub z kolegą, który ma wypał kilka kilometrów dalej. Gdy zasoby drewna przeznaczonego do wypału kończą się, przenoszą mnie w inne miejsce. Jestem takim koczownikiem, nigdzie nie mogę zagrzać miejsca - dodaje Stanisław.
Mimo tych wszystkich mankamentów pan Stanisław pozytywnie wypowiada się
o swojej pracy. Nigdy nie żałował tego co robi. Cieszy się każdym dniem. Przywykł już do rozstania z najbliższymi, jak i do samotnego życia. Teraz nie widzi siebie w innej roli, jest przekonany, że przeznaczenie rzuciło go w te strony, bo dla Bieszczadów został stworzony.Daniel Binik
Imię i nazwisko pojawiające się w artykule zostało zmienione na prośbę rozmówcy.
|