Z cyklu: Ludzie i ich pasje
Zamiast wstępu. Z zawodu lekarz weterynarii i w zasadzie to nazwisko jest zawsze kojarzone z wykonywaną przez niego pracą. Jednak nie ogranicza się tylko do wykonywania usług weterynaryjnych i niczego poza tym. Dla zwierząt robi znacznie więcej. Od kilku lat walczy o utworzenie schroniska dla bezdomnych zwierząt, uważając słusznie, że jeżeli przez nieodpowiedzialność ludzi zostały na bruku, to trzeba stworzyć im godziwe warunki przeżycia. Zwierzęta czują ból, głód i pragnienie, a kiedy nie mają choć w minimalnym stopniu zapewnionego jedzenia, często wyrządzają ludziom szkody. W mieście takim jak Lesko, kiedy chce się być wzorem dla okolicznych miejscowości, musi ono zostać wybudowane, wcześniej czy później.
A jeżeli chodzi o pasje... Jest jednym z niewielu kolekcjonerów, którzy tak dużo czasu i energii poświęcają swojemu hobby. Chęć zbierania i gromadzenia przedmiotów tkwi w każdym, jednak nie każdy je rozwija. Zaczął jako chłopak w podstawówce od zbierania znaczków. Z czasem doszły monety, broń biała (bagnety, szable) i broń palna. Znaczki szybko przestały go interesować, monety zostały na dłużej i pewno trwałby przy nich do dzisiaj, gdyby nie odkrył pocztówek i starych dokumentów, szczególnie dotyczących miejscowości bieszczadzkich - Leska i okolic, Ustrzyk, Baligrodu i całego terenu. Monety zaśniedziały i posegregowane leżą spokojnie w schowku, tylko od czasu do czasu ktoś się nimi zainteresuje, jak choćby teraz kiedy oddał je na wystawę zorganizowaną w pomieszczeniach biblioteki przez p. Janusza Rabieja. Bardzo się cieszy, że ludzie będą mogli poznać bliżej temat dotyczący pieniądza w historii Polski. Szkoda tylko, że wartość zbiorów numizmatycznych tak bardzo straciła na wartości (prawie dziesięciokrotnie). Wie również, że dla prawdziwego zbieracza nie wartość jest sprawą nadrzędną, lecz chęć posiadania jakiejś kolekcji. Wśród swoich monet i banknotów ma kilka bardzo rzadkich "okazów". Broń biała, choć pociągała go niezmiernie, też jest już sprawą przeszłości, a świadczy o tym choćby taki fakt, że gdy bardzo potrzebuje pieniędzy na pocztówki, to sprzedaje kolejny egzemplarz z kolekcji. Kiedyś powziął nawet myśl, że przekaże cały zbiór broni dla muzeum miasta Leska, ale musi to być muzeum z prawdziwego zdarzenia, a nie sala na strychu biblioteki. Zna mnóstwo ludzi, którzy postąpiliby tak samo, ale z powodów jak wyżej nie oddadzą pokaźnych kolekcji w nieodpowiednie miejsce. Jako Izba Pamięci może funkcjonować, ale krótko. Sanok ma muzeum, Ustrzyki mają, a Lesku nie jest potrzebne, tak jakby to miasto nie miało swojej bogatej historii za sobą. Już duża ilość dokumentów dotyczących naszego grodu wyjechała do innych muzeów i tam stanowią ozdobę ich zbiorów. Wierzy w to, że i w Lesku na nowo dadzą o sobie znać wielcy społecznicy, którym to miasto leżało na sercu jak hr. Krasicki, R. Barański, Śliżyński, Tomasik, Bajorek i inni, że minie czas ludzi, dla których liczy się tylko pieniądz i zyski. Kolejną pasją, którą też ma za sobą, jest fotografowanie. W czasie studiów i tuż po, jego fotogramy trafiały na wystawy, gdzie były prezentowane. Szczególnie był dumny ze zdjęć wykonanych podczas zawodów jeździeckich, a udało mu się uchwycić sytuacje, o jakich marzą zawodowi fotograficy. I pocztówka. Ten rodzaj pasji owładnął nim bez reszty. Na stare pocztówki i dokumenty wyda ostatni grosz. Zaczął dawno temu, jeszcze za życia leskiego fotografa Jana Krzywowiązy. Pierwsze karki dostał właśnie od niego. Mówi: "Wtedy miałem, aby mieć, nie wiązałem z tym wielkich planów kolekcjonerskich". Jak widać, na początku nic nie zapowiadało, że zostanie jej wierny na zawsze. Im bardziej "wchodził" w temat, tym bardziej go pociągał, a dotarcie do tych najbardziej rzadkich okazało się bardzo trudne i kosztowne. Kiedy dość często bywał na giełdach staroci związanych z poprzednimi pasjami, wpadały mu w oko ładne pocztówki dotyczące przede wszystkim Leska, ale nie tylko. Przypomniał sobie, że już coś ma i tak pojawiała się jedna, druga aż, uzbierało się 212 do chwili obecnej. Zakłada ten rok zamknąć zebraniem 220. Będzie to trudne, ale wierzy, że się uda. Co dwa tygodnie wyjeżdża na giełdy do Rzeszowa, Krakowa, Gdańska czy Lwowa. Nieraz sami kolekcjonerzy dają mu znać, że coś dla niego mają. Stali bywalcy szperają swoimi kanałami w różnych miejscach, a gdy znajdą, to wiedzą, że jest taki "frajer", który to kupi. 100 zł. za kartkę to dopiero początek targu. Sam na własnej skórze się przekonał, że licytuje się łatwo, ale potem trzeba zapłacić i tu jest ten "ból". We Lwowie, gdy znajdą coś z Leska, to z daleka już dają sygnały, że jest coś extra dla niego. I tak to się kręci. Takich poważnych zbieraczy kartek pocztowych jak p. Paweł jest w Polsce wielu. Wszyscy pozostają ze sobą w stałym kontakcie. Teraz nastał czas dla zbierania judaików, a jemu do zbiorów brakuje pocztówki z synagogą w Lesku, już nawet wie, gdzie taka się znajduje, ale kolekcjoner p. Jerzy Zieliński z Krakowa zażyczył sobie na wymianę synagogę z Krosna, której obydwaj bezskutecznie szukają. W tym miejscu chciałby się zwrócić do mieszkańców Leska i okolic, by przejrzeli stare strychy, zakamarki w domach, szczególnie tych starych i poszukali starych pamiątek. "Zamiast palić starymi szpargałami, oddajcie je swoim dzieciom do szkolnych izb pamięci" - apeluje. W ten sposób będą się uczyć historii swojego miejsca zamieszkania, historii swojej małej ojczyzny. Najgorsze jest jednak to, że różni cwaniacy wyłudzają pamiątki dotyczące naszego regionu i sprzedają je gdzieś w Krakowie czy Warszawie, a to powinno pozostać w miejscach, których dotyczy.
Na dzień dzisiejszy najdroższe są pocztówki z miejscowości, których już nie ma na mapie, a kiedyś tętniły życiem. Do nich należą: - Sianki, Chmiel, Beniowa, Wola Michowa, Krościenko. Kilka z nich już ma, resztę - wierzy w to mocno - kiedyś "trafi". W tej chwili jest na najlepszej drodze do wydania w formie albumu zbioru pocztówek. Wcześniejsze starania rozpoczęte w 1999 r. nie spotkały się z większym zainteresowaniem ze strony władz lokalnych, dlatego musiał czekać na lepszą okazję. Odniósł wtedy wrażenie, że osoby, które mogą podjąć decyzję, nie są zainteresowane historią tego regionu. Po wydrukowaniu tego albumu rozpoczną się prace nad wydaniem następnej pozycji dotyczącej bieszczadzkich drewnianych cerkiewek, których kiedyś było tu wiele. W planie ma jeszcze napisanie historii opartej na starej pocztówce.
Już dziś życzymy naszemu gościowi powodzenia w tych przedsięwzięciach.
Dziękujemy za podzielenie się swoimi spostrzeżeniami z Czytelnikami "Echa Bieszczadów". J.S.
|