Tłumacze ciszy - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Tłumacze ciszy


2004-12-12 11:58:25 ostatnio zmieniony: 2004-12-19 20:40:43
Krzysztof Wiktorowicz  


Latem umęczona suszą woda, kurczy się z pragnienia i obnaża coraz więcej brukowiny swego łożyska a szum Rzeki jest słyszalny tylko najgłuchszą nocą. Odległość rzutu kamieniem, o ile nie zerwie się wiatr i nie zaszurszura w przybrzeżnych leszczynach, zakochanych w resztkach wilgoci, jest dystansem, z którego przeciętnie czyste ucho jeszcze ten szum wyłapie. Jednak wystarczy znaleźć się gdzieś wyżej, na jednym z brzegów Rzeki, aby akustyka nabrała soczystości. Drzewa i krzewy, obsiadłe wodopój, już nie tłumią poszelestu cieczy a stoki po obu stronach wręcz przyklaskują mu miękkim rezonansem. Słychać go z bardzo daleka. Ktoś, kto koczuje nieco dłużej na kamienistych plażach, lub na jednej z mnogich wysepek, z czasem, pozornie, przestaje ten poszelest słyszeć. Przyzwyczaja się do niego jak do szmeru własnej krwi w tętnicach. Mówią wtedy o takim: „Temu to już Rzeka w krew weszła”. I wtedy każdy trzask drewniany, stuk kamienia trąconego racicą lub pazurem, plusk ryby szczupakiem przerażonej, brzmi jak gong. Wyrywa się z monotonnego tła i niesie daleko po wodzie. Posiadując nocą nad Rzeką nie sposób dać się podejść znienacka. Nienacek nie wchodzi w grę, w ogóle. Ucho, choć nie zwierzęce, wyłapuje subtelne zmiany w barwie i natężeniu pomruku wody, kiedy tylko coś obcego znajdzie się w pobliżu najbliższego pobliża. Zawsze z intruza powstaje ekran, pomruk ten odbijający, lub kurtyna, która go nagle przytłumia. A ucho jest mądre. Mądrym młoteczkiem na mądrym kowadełku kute na cztery, najcichsze łapy. Z mózgiem jest za pan brat i caluśkiemu spać nigdy nie pozwoli. Razem śpiocha potrafią obudzić o ile tenże nie przymulił się jakimś dezodorantem domowego pędu i nie opatulił sobie łebiny szmaciakami lub psiworem. Lepiej przecież dać się co nieco komarzycom ciężarnym possać, niż zebrać całusy od lochy, napalonej na kartoflane strużyny, bezmyślnie w krzaki wygrużone. Komarzycom wystarcza raz a dobrze, byle do połogu, z lochami zaś to do końca, tak naprawdę, nigdy nie wiadomo.


Meandry Rzeki, niezależnie od tego ile akurat wody by nie niosła, zawsze wywijają pokoślawione łamańce, byle najkrótszą trasą i po największym spadzie, utorować sobie świtu ku światu. Siłą rzeczy, wszystkie drogi w dorzeczu, nie chcąc się upadlać stromiznami, trzymają się Rzeki jak kamienie żółci. Za względną wygodę podróżowania po względnie płaskim, płaci się jednak rozciągniętym kilometrażem. Kiedy dwa punkty na mapie dzielą trzy kilometry w linii prostej, to drogowy przebieg na liczniku toczydła lub w osobistym, anatomicznym krokomierzu, pokazuje bezlitosne „sześć”. Przedwieczne, stare szlaki, zwane „końskimi drogami”, nie szły na taką łatwiznę. Ścinały, jak strzelił, zakola Rzeki, nie bacząc na karkołomne wzniesienia i spady, byle podróż krócej trwała, jakby się gdzie komu śpieszyło. No, ale wiadomo, że kobyła uciągnie tam, gdzie toczydło mechaniczne zaprycha się i zdechnie. Tym sposobem, na użytek teren dobrze znających, powstał melanż dziergany z nowoczesnych, smarkniętych asfaltem żwirówek i żłobionych koleinami tysięcy furmanek, starych dróg. Prawie każdy zakręt czy serpentynę młodej, wypłaszczonej stokówki, skraca teraz zarośnięta, lecz widoczna krecha, głęboko rżniętej staruszki, która dogadzać już może tylko piechurom.

Średnio co drugi dzień powszedni Bolo pomieszkujący w kotlinie przytulonej poprzecznie do Rzeki, przemierzał ową, tak rozkosznie urozmaiconą trasę, dwukrotnie. Taki kurs był dlań spacerkiem, ale miło było czasem załapać się na ciężarówkę wywożącą z lasu metry. Ładowacze upchani w kabinie jak uliki, zawsze dysponowali najświeższymi wiadomościami, o których w dzienniku nie usłyszysz. Jeszcze przed obowiązkowym stawiennictwem za sklepem, było się już wiedzącym. Wiadomo było kto wczoraj wysiadł z pekaesu, kto komu na hotelu po mordzie dał i czyja wędzarnia dymi. Okazje zdarzały się jednak rzadko i jedynymi, napotykanymi przez Bola pojazdami były zwykle samotne, zdezelowane jednoślady, zaparkowane niedbale na poboczach. Mijane, też mimochodem donosiły kto wybrał się aktualnie na ryby, kto pałęta się po lesie z flaszką i pustą kobiałką na grzyby a kto zapomniał jak się tu znalazł, co zdradzała kilkudniowa warstwa kurzu na siodełku.

Od dwóch tygodni, przy brodzie na Rzece, Bolo spotykał się osobiście ze swojskim zapachem palonej olchy. Odgrzebując ukryte w łopianach wodery na swoim brzegu, czy też chowając je na drugim, główkował nad pochodzeniem cuchu. Wypały przeniosło już dawno w inne okolice, swoje domowe palenisko miał za dwoma pagórami a miejscowi rybacy raczej schładzali niż podgrzewali. Pożarów lasów w tym sezonie też nie planowano, bo ochotnicy ze wsi rozsypali się po świecie w poszukiwaniu przyzwoitej, byle jakiej pracy. Pożary nikogo już nie interesowały. Mglistymi rankami, będąc niedobudzonym i śpiesząc się po zaopatrzenie, Bolo odsuwał od siebie kiełkujący pod czapką pomysł zlokalizowania tajemniczego ogniska. Gdy wracał, ze słońcem w plecy objuczone plecakiem, w którym topił się smalec i grzało piwo, był zbyt złachany i z reguły zbyt kopnięty, aby zainteresować się sprawą konkretnie. Odkładał ją, jak wiele innych, na bliżej nieokreślone, wyluzowane dni.

Awarie samotnej linii energetycznej, która zasilała Bolowe gospodarstwo, zdarzały się niezwykle rzadko, a tylko Bolo był do niej podpięty. Była reliktem z czasów pełnego rozkwitu, kiedy zamierzano budować tutaj to tartaki, to chlewnie, wilcze fermy bądź hotele, a psińco z tego wyszło. Linia, będąca fundamentem tych mrzonek, pozostała, robiąc obecnie za chichot historii oraz jedyne błogosławieństwo tego odludzia. Po każdym kolejnym rozwodzie pozostawało w obejściu trochę lodówek, pralek, bojlerów, sokotrzepakowyżymaczek i starych telewizorów, bez których, na obecny czas, chwilowo samotny Bolo, nie wyobrażał sobie życia. Najbardziej nie wyobrażał go sobie bez zestawu anten satelitarnych, które były mu lufcikiem na świat i dostarczały jako takiej rozrywki, do czasu pojawienia się następnej rezydentki, konkubiny, ostatecznie żony. Nastał jednak kolejny, czarny dzień, kiedy po powrocie z zakupów, chcąc ulokować flaszki w jednej z lodówek, wdepnął z poślizgiem w kałużę rozwodnionej, baraniej krwi, sączącej się przez całą kuchnię ku sypialni. Jamniki niskopienne, grzecznie w domu pana oczekujące, zrobiły co mogły i trochę schłeptały, ale i tak odwilż była na całym froncie. Nawet mrożonki w zamrażarce sztywność zdążyły utracić, na wątpliwą korzyść papkowatości i Bolo oczyma duszy widział już swoje obiady na kilka dni do przodu.

Nim zapadły kompletne ciemności, wzorowym gospodarzem będąc, pognał z latarką do obory, a za nim Zoil i Momus, radośnie po drodze uwalniając się od mrożonej lemoniady na baraninie. Po ciemku majstrować przy wymionach dla Bola pierwszyzną nie było, więc dojenie Maliny poszło migiem, tylko w drodze powrotnej dwa razy omal wiadra nie ulał, bo światło nad oborą i przed domem dalej milczało. Kolacja na zimno, choć przy świecach, atrakcjami nie obfitowała. Pod kuchnią palić za późno już było, wtrząchnąć przyszło byle co w postaci żeberek z zimnego rosołu wyłowionych, mimo piątku. Głowa sama, co chwilę obyrtała się ku ciemnemu ekranowi większego telewizora, jak chorągiewka na wietrze a dom zaczynał, jak zwykle w takich okolicznościach, straszyć. Podłoga skrzypiała nawet pod psią łapą, o szybę postukiwał kabel anteny, ścienny zegar wściekł się najwyraźniej, werblując coraz głośniej a w ścianie lekkopustawej myszy zaczęły grać w berka kucanego. Z trumiennej zamrażarki, przeznaczonej na uboje, a zajmującej pół sionki, Bolo wygrzebał niechcący, spod twardego jeszcze mielonego dla psów, butelkę leczniczego spirytusu. Ciepłych zakupów nie tykał, bo nie chciał sobie przełyku poparzyć. Z trudem wcelował dziobkiem czajniczka w szyjkę butelki i przybarwił sobie drinka esencją, ale raczej z przyzwyczajenia. Koloru i tak nie widział. Kultura, mimo ćmy, jakaś musiała być. Ledwo przysiadł na ganku a już miał na kolanach swoją sforę, walczącą o cieplejsze miejsce w centrum. Musiał więc szybko upić ze szklanki i zionąć w psie mordy, aby się kolesi pozbyć.

Na księżyc było jeszcze za wcześnie, tylko na zachodzie poświtywało wspomnienie po słońcu. Cisza dzwoniła w uszach, bo dom zapadł w letarg. Na bagnach odezwał się od czasu do czasu derkacz, Malina zabrzękła dzwonkiem na wspomnienie pieszczot, i tyle. Z lasu dawno już wszyscy zjechali i nic nie było łaskawe popiłować silnikiem. Rzeki nie było słychać, bo ostatnio ledwo się śliniła. Gdyby jego „była”, nie była łaskawa zabrać ze sobą samochodu, to na pewno prułby już Bolo z powrotem do wsi, która teraz jawiła mu się rozjarzoną światłami metropolią, kipiącą nocnym życiem. W cztery świata strony, wszędzie było za daleko, więc wymyślił Bolo, ale dopiero po drugiej szklance, że mały spacer, bynajmniej źle, w tak skomplikowanej sytuacji, mu nie zrobi. Wskoczył w sportowe gumiaki, bo rosa już spadła i wsunął za pazuchę butelkę piwa, aby się trochę schłodziła na wolnym powietrzu. Jamniki otrzymały krotką dyspozycję; „Ku dzikom!”, co doskonale rozumiały i trzymały od tego momentu mordy na kłódkę. W terenie latarek nie było tu w modzie używać, chyba, że się przyjezdnym było. Bolo nie był, więc bez światła, ale jak po sznurku, podążył wyprzedzany psią szpicą, łąkami w kierunku Rzeki. Celował bezbłędnie w najwyższe nad nią wzgórze, z którego widać ją było od zakola, do zakola. Jamniki buszowały po pokosie, kłapiąc zębami w nadziei na byle gryzonia. Stojąc w punkcie, który za dnia niewątpliwie można było nazwać widokowym, sącząc letnie piwo, daremnie Bolo wysilał wzrok wypatrując bodaj iskierki ognia. Mała to była satysfakcja, ale była. Tam też światła nie mieli, bynajmniej.

Noc miał Bolo koszmarną, zwłaszcza, że zwykł był sypiać przy włączonym telewizorze, w którym non stop uwijały się niezmordowane cycówy. Do świtu kibicował kroplom dudniącym w lodówce, nie mogącym dogonić nawet co piątego tyku zegara. Zoil i Momus też były nieswoje, wierciły się w nogach łóżka i co chwilę startowały do sionki, podnosząc alarm po byle nietoperzym bąku. Sobotni ranek bez „Teleranka”, manualne golenie w ciemnej łazience nad zanikającą strużką zimnej wody, krojony nożem chleb z roztopionym masłem i mozół rozpalania pod kuchnią, tak zdeguściły Bola niesmacznie, że koło południa zaczął czaić się do dezercji z placówki. Szczęściem żywizna, w postaci Maliny i stadka owiec, miała własny napęd i z obory nie trzeba było wypychać jej na pastwisko. Listwy na bramkę stały sobie cierpliwie pod okapem szopki, bo blat heblarki mógł teraz służyć jedynie do stawiania pasjansa. W warsztaciku było teraz tak ciemno, że nie dałoby się trafić do elektrycznej wiertarki, choćby ją chcieć tylko pogłaskać. Można by było posłuchać radyjka w samochodzie, ale teraz, to kto inny już go sobie słuchał. Takiego pecha Bolo dawno już nie miał, nie licząc oczywiście ataku kichawki przy pawiu posylwestrowym. Jamniki pamiętały nosami wczorajszą trasę, więc śmiało wyprzedziły pana, który zdecydował się zerknąć jeszcze raz na Rzekę, tym razem za dnia. Zdziwił się Bolo mile, bo ognia, rozumie się, nie było widać, ale z przybrzeżnych zarośli, przy górnym zakolu, unosiła się wyraźna, niebieska mgiełka. Jak na skrzydłach, dreptanym slalomem zbiegł do Rzeki, klucząc między kępami leszczyn i jamnikami w psim siódmym niebie. Woda tak opadła, że wodery były zbędne, a konusy gończe tylko dwa razy straciły przyczepność do dna. Na drugim brzegu padła sakramentalna komenda opiewająca dziki i myśliwska trójka ruszyła wzdłuż Rzeki, nie wchodząc do wody ani w zarośla. Przed zakolem brzeg strzępiło kilka skałek z piaskowca i to zza nich ciągnął, wyczuwalny już od brodu, dymek. Bolo cmoknął na jamniki i starając się ni kamienia nie ruszyć, ostrożnie podszedł do grzędy, zapuszczając za nią żurawia. Na karimatach, pępkami ku słońcu, opalała się para mieszana, ale osobno. Wszystkie cztery oczodoły miała ta para obłożone zielonymi listkami, co miało przypuszczalnie chronić orzęsienie przed spłowieniem.


–    A, to pan... Dzień dobry! – nie podnosząc się, pierwszy odezwał się mężczyzna.             – To dzisiaj bez woderów? Ale za to z obstawą...
–    Tyż dzieńdobry! – Bolowi coś tu nie pasowało. – Skąd pan wie, że bez woderów  i z obstawą? Przez liście co widać?
–    Widziałem już pana kiedyś, jak pan przed zmierzchem usiłował w drugi brzeg wcelować! – Jasnowidz podparł się na łokciach i strzepnął liście z powiek.
–    No dobra, ale tera pan nic nie widział?
–    Bo i po co? Chodzą czasem ludzie przez bród, ale tylko pan używa kija przy przeprawie i dzisiaj też pan użył... Woderami z kolei, inaczej pan pluszcze...

A obstawa tak ziaje, jakby maraton zaliczyła!

–    Znakiem tego, nie widział pan a słyszał? – Dalej nie pasowało, bo to
z osiemdziesiąt metra było, jak strzelił.
–    Czasami więcej się słyszy niż widzi! – Odezwała się wreszcie partnerka jasnowidza, dalej nie chwaląc się kolorem oczu. To, czym się chwaliła i tak wystarczało...
–    Noga basiory! – huknął Bolo na jamniki, zaczynające wścibiać nosy do naczyń, rozłożonych wokół małego paleniska, na którym coś pyrkotało
w nierdzewce.
–    To ognisko, to ja z kolei po węchu znam od dawna. Ale jak to sie stało, że myśmy wcześniej okoliczności nie mieli?
–    My przyjeżdżamy tutaj tylko na weekendy a pan wtedy na pewno w domu odpoczywa. Specjalnie się z tego miejsca nie ruszamy, więc spotkać się było trudno. Nawet pana nie odwiedziliśmy, choć blisko...
–    A skąd wiadomo że blisko? – Bolo miał dość zagadek.
–    No wie pan, dzikich kogutów to w przyrodzie chyba nie ma! – Mężczyzna
w końcu zdecydował się lekko uśmiechnąć.
–    Zdecydowanie! Pirat to swoja chłopaka! – Bolo za późno się połapał, że to żart taki był. – To ja zapraszam, jak najbardziej, czym chata bogata, w każdej chwili... Język mu się nieco zaguzał, bo syrena w bikini podniosła się wreszcie z legowiska, pozwalając opaść swobodnie listkom, ale tylko listkom. Jej bladobłękitne, obojętne oczy, przy rudych włosach robiły niepokojące wrażenie. Pomiąchała trochę łychą
w kociołku, pogłaskała Zoila i Momusa, które zaczęły chlastać ją jęzorami po łydkach i zległa z powrotem.                                                                                         
–    Dziękujemy! Ale samochód zostawiać samopas?..
–    Ki samochód znowu? – nowe zaskoczenie nastąpiło.
–    O tam, w przecince trzymamy, pod zieloną plandeką, żeby nie kusił...
–    W tym to ja minimalny problem widze! - Bolo już miał rozwiązanie, po prawdzie, nie pierwszy raz stosowane. – Ja tu państwu zostawie swoją bejsbolke
a państwo ją położy na tej plandece. Ma troche taki, przepraszam za wyrażenie, damski kolor, więc wszyscy ją tu znają. Samochodu nikt palcem nie ruszy! I wtedy można spokojnie do mnie, choćby jutro!
–    No nie wiem, może... Żona chciała jutro na jeżyny...
–    Przecie jutro niedziela! – zaargumentował Bolo, jakby to był argument
i przyłożył na dokładkę; – A jeżyn to u mnie za szambem  – kiście!

Nikt się jakoś dziwnie nie odezwał, więc aprobata była bezdyskusyjna. Wracając, starał się iść na palcach i kosturem w dno Rzeki nie walić, bo zdał sobie sprawę, że ździebełko łubudubu to on, swoją osobą niegodną, jednak czyni. Nijako było, ostatnich być może gości tego sezonu, płoszyć. Dom nie przywitał go ze zbytnim entuzjazmem. Dalej było ciemno i głucho. Już się zabierał do rozdmuchania pod kuchnią, gdy gruchnęło energią. Równo o drugiej minut dwadzieścia. Zawarczały agregaty lodówek, zawył silnik hydroforu w piwnicy i zabulgotał bojler. Migać zaczęły zielone wyświetlacze i czerwone diody łączności ze światem. Jamniki poweselały i zajęły stanowisko na fotelu, więc musiał włączyć im byle ruchawkę na ekranie. Rąk teraz brakowało do zaległych czynności. Zaczęło się, na czterech fajerkach, smażenie i gotowanie rozmrożonych mięs. Poszedł w ruch odkurzacz, żeby jutrzejsi goście psimi kłakami się nie oblenili. Ściery, którymi krwisty potop wczoraj usuwał, też w pralce trzeba było przepłukać, żeby się nie zaśmierdziały. Ruszyła więc i pralka. Dom dygotał, tętnił  i dobrze, że nie stepował.

Pod wieczór, zważywszy nieprzespaną noc, był umęczony jakby z wyrębu wrócił. Sobotnią kąpiel z pianką odłożył do jutra i zwalił się do wyra, psom pozostawiając na uciechę program dla dorosłych w języku obcym. Zasnął, roztrząsając problem jutrzejszego poczęstunku, ale nie wymyślił nic nowego. Wiadomo było tylko, że nie poda piwa z wódką, żeby na początek na chama nie wyjść, nieobytego. Gdyby nie jamniki, które opiły się na wycieczce Rzeki, chyba na zapas, spałby dłużej. Miały swoje sposoby, aby go obudzić, więc musiał się zwlec i szczakieli wypuścić na pole. Dzień zapowiadał się nieszczególny. Słońce było przymglone, ewidentnie wrześniowe, upału nie wróżyło, ot, w sam raz na konsumpcję w towarzystwie. Obrządził lokatorów obory, sypnął kurom, żeby je móc policzyć, ale lis przypuszczalnie był gdzieś na łajdactwie, bo nic nie brakowało. Do południa wszystko, łącznie z Bolem, lśniło wypucowane a na pokojach hulał świeży wiatr, bo musowo trzeba było wygonić przeciągiem zapach smażeniny. Goście mogli przyjść lada chwila, albo za pięć godzin. Nie istniał tu zwyczaj precyzowania się w czasie, bo warunki były nieprzewidywalne i byle ulewa czy porcja niestrawnych grzybów, mogła plany pokrzyżować. Bolo, by czasu oczekiwania nie zmitrężyć, nalał sobie schłodzonego wstępniaka i wzniósł toast na cześć bohaterskich energetyków, którzy mu wstydu oszczędzili. Drugiego już nie zdążył wykonać, bo psy czujne, jak należy, jazgot podniosły, co oznaczać mogło tylko jedno. I rzeczywiście, okrężną, tą najłatwiejszą ścieżką od Rzeki, nadciągała wczoraj poznana para. Z dziesięciu metrów psy poznały znajomych i zamilkły. On szedł przodem a jego syrena o dwa kroki w tyle. Co chwilę zatrzymywali się i on najwyraźniej coś jej objaśniał, bo obracali się raz w lewo, raz w prawo. Dla Bola była to scena opatrzona, gdyż każdy nowy zatrzymywał się tu po drodze, aby ogarnąć wzrokiem tak rozległe okoliczności przyrody.


–    Czekamwitam i Bolo jestem! – gospodarzowi wypadało ujawnić w końcu ksywę.
–    A to Zoil i Momus po babce rodem z Gdyni!
–    Żonie na imię Olga, ja jestem Paweł a żółwia zostawiliśmy w domu! – Gość zdał pierwszy egzamin, jakby wiedział, że nazwiskami było tutaj w dobrym tonie lecieć dopiero po wielu hajżywejach. Bolowi udało się złapać syrenę za rękę
i cmoknąć we wiotką kiść. Zaczął zagarniać parę na ganek.
–    Ostrożnie, Olu! Schodki... – bąknął Paweł, jakby Ola nie mogła zdjąć ciemnych okularów. Sam miał podobne, więc było możebne, że oboje byli objęci programem ochrony podrażnionych powiek.
–    Prosze dalej! Dalej! Na salony!
–    Nie, nie! Dziękujemy! Może potem...Najpierw ochłoniemy...O tu, na werandzie będzie bardzo przyjemnie!

Bolowi nie wypadało być nachałem, więc machnął jakąś onucą po ławce
i usadził na niej gości frontem w przestrzeń.

–    Jakąś kawe, herbatke dla pani?
–    Może małą kawę... – odezwała się wreszcie Olga, jakby lekko nieobecna.
–    Właśnie, a propos!.. – zaskoczył jej mąż – przynieśliśmy jakieś wino, jeszcze z domu, bo tu w sklepie tylko...
–    Wspaniale! I a propos aproposa – wpadł mu w słowo Bolo. – To może żonie zostawimy winko, bo u mnie dziś zupełnie przypadkowo, pełna gama alkoholi; naleweczki, żubróweczka, dla koneserów sąsiedzki bimberek...
–    O, panie Bolesławie, źle się składa. Żonie w ogóle nie wolno, wie pan, zdrowie, a  ja prowadzę brykę.  Jutro o świcie wyjeżdżamy!
–    No to klops! – jęknął Bolo – z kolei ja wina ciężko traktuje. Ale wymyślimy jakiś konsensus! Może pan spróbuje chociaż troche tego czerwonego a ja sobie zrobie jakiegoś lekkiego drinka i bedzie grało! – Dał nura do kuchni i klnąc na abstynentów całego świata, wyjął z lodówki dwie flaszki czystej. Jedną z nich przelał do plastiku po mineralnej, złapał korkociąg i paterę z suchym pokarmem deserowym. Za drugim nawrotem skompletował szkło, zalał kawę i zmachany pacnął w bujak naprzeciw gości.
–    Nie wspominał pan o kotach – stwierdziła Olga. Nie lubią się z jamnikami?
–    Zdecydowanie nie! Dlatego wychodzą w nocy. A pokazał sie który?
–    Nie, ale coś pomiaukuje pod dachem, tu za mną. Chyba młode...
–    No tak, wykot był w planie! Dobrze, że pani usłyszała. Będe musiał więcej mleka wystawiać. Ale przecie nie tylko koty piją! – obsłużył gościa i zgrabnie zmiksował sobie czystą z mineralną.
–    Haj żywe! Za szczęśliwy powrót do domu! – zawinszował. Pretekst był na miejscu. Gość upił kroplę wina, posłodził żonie kawę, jakby jej cukier wydzielał
i rozglądnął się wokół panoramicznie.
–    Wie pan, myśmy już tu kiedyś byli. Tylko bardzo dawno temu. Tego domu jeszcze nie było, łąki były bardziej zarośnięte jałowcem, no i nie było tych słupów. Strasznie szpecą... Tak! Na pewno tu byliśmy. Stały jeszcze węgły przedwojenne...
–    To możliwe, bo dom ma kilkanaście lat a łąki  przeżyły  kiedyś  rekultywacje,  tylko powoli sie odradzają. – Bolo rozwinął temat rekultywacji, dewastacji, melioracji
i swej, z tego powodu, sumarycznej frustracji. Wszystko po to, aby nie usłyszeć jakiegoś niewygodnego pytania o swoją pojedynczość. Goście byli jednak niezwykle taktowni i popytywali tylko o przyrodnicze duperele, o ruch turystyczny i prognozy pogody długoterminowe a jeśli o historię, to bardzo odległą. Nieustannie zachwycali się a to spokojem, a to ciszą i brakiem hałasu miastowego. Co na jedno wychodziło.
–    O tak, spokój to ja tu mam, że wściec sie można!  Zwłaszcza jesienią
i zimą... Co innego w szczycie! Zawsze jest tu ze dwadzieścia osób. Ogniska, imprezy lecą. Głośniki im czasami na ganek wystawiam i nagłaśniam
z magnetofonu.
–    Haj żywe! – nie odpuszczał Bolo tempa. – Po sezonie to mi zostaje tylko telewizja i chrupanie w stawach. Żywej duszy! Bo jak mokro i ślisko to z żadnej strony samochodem tu nie dojedzie, a jak dojedzie to już nie wyjedzie. Bywało...
–    Kto to tak, każdej niedzieli jeździ za rzeką na motorowerze, dwa, trzy razy dziennie? – spytała Olga. – O właśnie teraz... Na tym motorowerze... Inne przejeżdżają tylko w jedną stronę i to rzadko...
–    A to Bożek! Nasz gajowy. Patroluje trase, we wolne dni zwłaszcza. Płoszy amatorów surowca darmowego. Psi los ma... I żone. Znacie ją państwo na pewno. Sklepuje we wsi. Zachodzą tu czasem w sezonie, ale tylko jak sie coś dzieje... Jakie imieniny albo konkretny banket gastronomiczny.
–    Posłuchaj Paweł, słuchaj! – Olga zadarła głowę. – Obce kruki! – Rzeczywiście, wysoko nad nimi żeglowała para czarnych ptaków, prawie nie poruszając skrzydłami.
–    Obce? Jakże to? – zainteresował się Bolo.
–    Chyba przelotne, powoli już migrują na południe. Ta pańska para, która tu gdzieś gniazduje, zupełnie inaczej rozmawia, chrapliwiej... I zwykle w tę stronę nie latają – wyjaśniła Olga.
–    No to znakiem tego mam własne kruki! – ucieszył się właściciel.
–    I haj żywe im! – nie omieszkał.
–    Nie tylko kruki pan ma. Ma pan pustułki, derkacze, sowy, nawet osobistego lisa... To tylko te najgłośniejsze...
–    Skąd pani wie o Ryżym? – to było interesujące.
–    Bo szczeknie sobie od czasu do czasu, jakby kozła sarny udawał.
–    Nie zachodzi pani tutaj a tyle mojego inwentarza zna! Jakim sposobem?
–    To tak raczej ze słyszenia... Osobiście nie za bardzo...
–    Otóż, wie pan – jął wyjaśniać Paweł – żona jest, bardziej, że tak powiem, słuchowcem. Przy niej nauczyłem się też korzystać z tego zmysłu... Dlatego tu przyjeżdżamy... Poczytać sobie przyrodę. W korycie rzeki jest względnie cicho, biały szum nie przeszkadza. W wolne dni na stokówce nie ma ruchu, tylko czasem ten Bożek popyrka. Pilarze piłami też nie wyją... Wypróbowaliśmy wiele miejsc i na tym zakolu jest najspokojniej. Sam pan nas tylko na węch znalazł, bo między sobą rozmawiamy szeptem, nie rąbiemy drewna i dlatego nawet łanie się do nas przyzwyczaiły... Podchodzą, ale tylko jak leżymy. Czasami wydra nas nocą obudzi...
–    No to haj żywe i zdrowie wydr!
–    Podobny toast kiedyś już słyszałem... Jeszcze jak nie znałem Oli. Poznaliśmy się zresztą w tym rejonie, na szlaku...
–    Teraz wiem, dlaczego odwiedzacie państwo te okolice. A kiedy następny raz?
–    Na pewno za tydzień, bo rykowisko się zaczyna. Policzymy panu wszystkie byki!
–    Osobiście nie bede niepokoił, ale w sobote oczekuje! Pani Olgo, pani to do kawy na pewno jakaś śmietanka tutejsza sie przyda, albo świeże jaje...
–    Wpadniemy, wpadniemy bez wykładania przynęty! Teraz nawet bez pomocy męża bym tu trafiła!
–    Panie Bolesławie! Niech to będzie strzemienny, bo się zbieramy. Dzień coraz krótszy! Jak pan to mówi: – Haj żywe!
–    Pod sobote!

Jamniki uparły się odprowadzić gości, więc pomachujący na ganku Bolo, musiał świsnąć na palcach, aby je przywołać. Paweł też zareagował i odwróciwszy się, krzyknął:

–    A co z czapeczką?
–    A na słupek ją bele jaki przy drodze! Bele nie na zakrencie!

Wypadało pokibicować im w odwrocie, aż nie znikną z pola widzenia. Na rozwidleniu ścieżek Olga zrobiła jednak dziwny manewr. Postępując za mężem, skręciła niespodzianie w lewo, w kierunku obory. Nie zdążyła zrobić kilku kroków, jak Paweł złapał ją za rękę i sprowadził na właściwą trasę. Jeszcze raz mu pomachali.

–    Aż, krucafuks! – jęknął Bolo i osunął się na bujak, przytłoczony nagłą iluminacją. Zaczął składać fakty do kupy; to pierwsze, obojętne spojrzenie Olgi, te ciemne okulary, ostrożne wchodzenie po schodach, słodzenie kawy z pomocnikiem i ten słuch niesamowity...
–    Aleś Bolo gamoń! Gamoń! Gamoń! – mógł sobie już na głos pozwolić.

Dotarło do niego, jakiego zmysłu brakowało Oldze. Z pół godziny tak siedział, pociągał mineralną i dumał. Wszedł wreszcie do mieszkania, wyłączył mamroczący coś telewizor, przerzucił hebel hydroforu, zamknął dokładnie za sobą drzwi kuchenne i wyszarpnął z gniazdka wtyczkę zamrażarki w sionce. Bujak z ganku zaniósł przed dom, niedaleko, pod dziką gruszkę. Usiadł na nim, psów z kolan nie zganiał, bo były bardzo spokojne i zamknął oczy. Cisza panowała prawie idealna. Słońce wbiło się już do połowy za horyzont. Delikatnie mruczał tylko transformator na słupie. Za domem spadły z drzewa dwa jabłka. Sapnęła ciężko, jak to krowy potrafią, Malina w oborze. W tarninie uwijały się jeszcze mysikróliki. Pomiaukiwały cieniutko kocięta na strychu. Odezwał się gdzieś kruk. Własny? Obcy?


Nim zmorzył go sen, zrozumiał, że wcale nie jest taki ostatni „pojedynczy”, że bardziej pojedynczy są ci, którzy nie potrafią słuchać.

I czuł, że w jego życiu coś się zmieniło.


Strona główna serwisu   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Można inaczej - SOS w Lesku

2007-12-16 19:44:17

Od grudnia ubiegłego roku Ośrodek Wsparcia SOS w Lesku pomaga ofiarom przemocy. Aby robić to lepiej powstał pilotażowy program korekcyjno-edukacyjny dla osób stosujących przemoc.
więcej czytaj więcej

Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej
XXV Ogólnopolski Rajd Narcia...

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 2