Latem umęczona suszą woda, kurczy się z pragnienia i obnaża coraz
więcej brukowiny swego łożyska a szum Rzeki jest słyszalny tylko
najgłuchszą nocą. Odległość rzutu kamieniem, o ile nie zerwie się wiatr
i nie zaszurszura w przybrzeżnych leszczynach, zakochanych w resztkach
wilgoci, jest dystansem, z którego przeciętnie czyste ucho jeszcze ten
szum wyłapie. Jednak wystarczy znaleźć się gdzieś wyżej, na jednym z
brzegów Rzeki, aby akustyka nabrała soczystości. Drzewa i krzewy,
obsiadłe wodopój, już nie tłumią poszelestu cieczy a stoki po obu
stronach wręcz przyklaskują mu miękkim rezonansem. Słychać go z bardzo
daleka. Ktoś, kto koczuje nieco dłużej na kamienistych plażach, lub na
jednej z mnogich wysepek, z czasem, pozornie, przestaje ten poszelest
słyszeć. Przyzwyczaja się do niego jak do szmeru własnej krwi w
tętnicach. Mówią wtedy o takim: „Temu to już Rzeka w krew weszła”. I
wtedy każdy trzask drewniany, stuk kamienia trąconego racicą lub
pazurem, plusk ryby szczupakiem przerażonej, brzmi jak gong. Wyrywa się
z monotonnego tła i niesie daleko po wodzie. Posiadując nocą nad Rzeką
nie sposób dać się podejść znienacka. Nienacek nie wchodzi w grę, w
ogóle. Ucho, choć nie zwierzęce, wyłapuje subtelne zmiany w barwie i
natężeniu pomruku wody, kiedy tylko coś obcego znajdzie się w pobliżu
najbliższego pobliża. Zawsze z intruza powstaje ekran, pomruk ten
odbijający, lub kurtyna, która go nagle przytłumia. A ucho jest mądre.
Mądrym młoteczkiem na mądrym kowadełku kute na cztery, najcichsze łapy.
Z mózgiem jest za pan brat i caluśkiemu spać nigdy nie pozwoli. Razem
śpiocha potrafią obudzić o ile tenże nie przymulił się jakimś
dezodorantem domowego pędu i nie opatulił sobie łebiny szmaciakami lub
psiworem. Lepiej przecież dać się co nieco komarzycom ciężarnym possać,
niż zebrać całusy od lochy, napalonej na kartoflane strużyny,
bezmyślnie w krzaki wygrużone. Komarzycom wystarcza raz a dobrze, byle
do połogu, z lochami zaś to do końca, tak naprawdę, nigdy nie wiadomo. Meandry
Rzeki, niezależnie od tego ile akurat wody by nie niosła, zawsze
wywijają pokoślawione łamańce, byle najkrótszą trasą i po największym
spadzie, utorować sobie świtu ku światu. Siłą rzeczy, wszystkie drogi w
dorzeczu, nie chcąc się upadlać stromiznami, trzymają się Rzeki jak
kamienie żółci. Za względną wygodę podróżowania po względnie płaskim,
płaci się jednak rozciągniętym kilometrażem. Kiedy dwa punkty na mapie
dzielą trzy kilometry w linii prostej, to drogowy przebieg na liczniku
toczydła lub w osobistym, anatomicznym krokomierzu, pokazuje bezlitosne
„sześć”. Przedwieczne, stare szlaki, zwane „końskimi drogami”, nie szły
na taką łatwiznę. Ścinały, jak strzelił, zakola Rzeki, nie bacząc na
karkołomne wzniesienia i spady, byle podróż krócej trwała, jakby się
gdzie komu śpieszyło. No, ale wiadomo, że kobyła uciągnie tam, gdzie
toczydło mechaniczne zaprycha się i zdechnie. Tym sposobem, na użytek
teren dobrze znających, powstał melanż dziergany z nowoczesnych,
smarkniętych asfaltem żwirówek i żłobionych koleinami tysięcy furmanek,
starych dróg. Prawie każdy zakręt czy serpentynę młodej, wypłaszczonej
stokówki, skraca teraz zarośnięta, lecz widoczna krecha, głęboko
rżniętej staruszki, która dogadzać już może tylko piechurom. Średnio
co drugi dzień powszedni Bolo pomieszkujący w kotlinie przytulonej
poprzecznie do Rzeki, przemierzał ową, tak rozkosznie urozmaiconą
trasę, dwukrotnie. Taki kurs był dlań spacerkiem, ale miło było czasem
załapać się na ciężarówkę wywożącą z lasu metry. Ładowacze upchani w
kabinie jak uliki, zawsze dysponowali najświeższymi wiadomościami, o
których w dzienniku nie usłyszysz. Jeszcze przed obowiązkowym
stawiennictwem za sklepem, było się już wiedzącym. Wiadomo było kto
wczoraj wysiadł z pekaesu, kto komu na hotelu po mordzie dał i czyja
wędzarnia dymi. Okazje zdarzały się jednak rzadko i jedynymi,
napotykanymi przez Bola pojazdami były zwykle samotne, zdezelowane
jednoślady, zaparkowane niedbale na poboczach. Mijane, też mimochodem
donosiły kto wybrał się aktualnie na ryby, kto pałęta się po lesie z
flaszką i pustą kobiałką na grzyby a kto zapomniał jak się tu znalazł,
co zdradzała kilkudniowa warstwa kurzu na siodełku. Od dwóch
tygodni, przy brodzie na Rzece, Bolo spotykał się osobiście ze swojskim
zapachem palonej olchy. Odgrzebując ukryte w łopianach wodery na swoim
brzegu, czy też chowając je na drugim, główkował nad pochodzeniem
cuchu. Wypały przeniosło już dawno w inne okolice, swoje domowe
palenisko miał za dwoma pagórami a miejscowi rybacy raczej schładzali
niż podgrzewali. Pożarów lasów w tym sezonie też nie planowano, bo
ochotnicy ze wsi rozsypali się po świecie w poszukiwaniu przyzwoitej,
byle jakiej pracy. Pożary nikogo już nie interesowały. Mglistymi
rankami, będąc niedobudzonym i śpiesząc się po zaopatrzenie, Bolo
odsuwał od siebie kiełkujący pod czapką pomysł zlokalizowania
tajemniczego ogniska. Gdy wracał, ze słońcem w plecy objuczone
plecakiem, w którym topił się smalec i grzało piwo, był zbyt złachany i
z reguły zbyt kopnięty, aby zainteresować się sprawą konkretnie.
Odkładał ją, jak wiele innych, na bliżej nieokreślone, wyluzowane dni. Awarie
samotnej linii energetycznej, która zasilała Bolowe gospodarstwo,
zdarzały się niezwykle rzadko, a tylko Bolo był do niej podpięty. Była
reliktem z czasów pełnego rozkwitu, kiedy zamierzano budować tutaj to
tartaki, to chlewnie, wilcze fermy bądź hotele, a psińco z tego wyszło.
Linia, będąca fundamentem tych mrzonek, pozostała, robiąc obecnie za
chichot historii oraz jedyne błogosławieństwo tego odludzia. Po każdym
kolejnym rozwodzie pozostawało w obejściu trochę lodówek, pralek,
bojlerów, sokotrzepakowyżymaczek i starych telewizorów, bez których, na
obecny czas, chwilowo samotny Bolo, nie wyobrażał sobie życia.
Najbardziej nie wyobrażał go sobie bez zestawu anten satelitarnych,
które były mu lufcikiem na świat i dostarczały jako takiej rozrywki, do
czasu pojawienia się następnej rezydentki, konkubiny, ostatecznie żony.
Nastał jednak kolejny, czarny dzień, kiedy po powrocie z zakupów, chcąc
ulokować flaszki w jednej z lodówek, wdepnął z poślizgiem w kałużę
rozwodnionej, baraniej krwi, sączącej się przez całą kuchnię ku
sypialni. Jamniki niskopienne, grzecznie w domu pana oczekujące,
zrobiły co mogły i trochę schłeptały, ale i tak odwilż była na całym
froncie. Nawet mrożonki w zamrażarce sztywność zdążyły utracić, na
wątpliwą korzyść papkowatości i Bolo oczyma duszy widział już swoje
obiady na kilka dni do przodu. Nim zapadły kompletne ciemności,
wzorowym gospodarzem będąc, pognał z latarką do obory, a za nim Zoil i
Momus, radośnie po drodze uwalniając się od mrożonej lemoniady na
baraninie. Po ciemku majstrować przy wymionach dla Bola pierwszyzną nie
było, więc dojenie Maliny poszło migiem, tylko w drodze powrotnej dwa
razy omal wiadra nie ulał, bo światło nad oborą i przed domem dalej
milczało. Kolacja na zimno, choć przy świecach, atrakcjami nie
obfitowała. Pod kuchnią palić za późno już było, wtrząchnąć przyszło
byle co w postaci żeberek z zimnego rosołu wyłowionych, mimo piątku.
Głowa sama, co chwilę obyrtała się ku ciemnemu ekranowi większego
telewizora, jak chorągiewka na wietrze a dom zaczynał, jak zwykle w
takich okolicznościach, straszyć. Podłoga skrzypiała nawet pod psią
łapą, o szybę postukiwał kabel anteny, ścienny zegar wściekł się
najwyraźniej, werblując coraz głośniej a w ścianie lekkopustawej myszy
zaczęły grać w berka kucanego. Z trumiennej zamrażarki, przeznaczonej
na uboje, a zajmującej pół sionki, Bolo wygrzebał niechcący, spod
twardego jeszcze mielonego dla psów, butelkę leczniczego spirytusu.
Ciepłych zakupów nie tykał, bo nie chciał sobie przełyku poparzyć. Z
trudem wcelował dziobkiem czajniczka w szyjkę butelki i przybarwił
sobie drinka esencją, ale raczej z przyzwyczajenia. Koloru i tak nie
widział. Kultura, mimo ćmy, jakaś musiała być. Ledwo przysiadł na ganku
a już miał na kolanach swoją sforę, walczącą o cieplejsze miejsce w
centrum. Musiał więc szybko upić ze szklanki i zionąć w psie mordy, aby
się kolesi pozbyć. Na księżyc było jeszcze za wcześnie, tylko
na zachodzie poświtywało wspomnienie po słońcu. Cisza dzwoniła w
uszach, bo dom zapadł w letarg. Na bagnach odezwał się od czasu do
czasu derkacz, Malina zabrzękła dzwonkiem na wspomnienie pieszczot, i
tyle. Z lasu dawno już wszyscy zjechali i nic nie było łaskawe
popiłować silnikiem. Rzeki nie było słychać, bo ostatnio ledwo się
śliniła. Gdyby jego „była”, nie była łaskawa zabrać ze sobą samochodu,
to na pewno prułby już Bolo z powrotem do wsi, która teraz jawiła mu
się rozjarzoną światłami metropolią, kipiącą nocnym życiem. W cztery
świata strony, wszędzie było za daleko, więc wymyślił Bolo, ale dopiero
po drugiej szklance, że mały spacer, bynajmniej źle, w tak
skomplikowanej sytuacji, mu nie zrobi. Wskoczył w sportowe gumiaki, bo
rosa już spadła i wsunął za pazuchę butelkę piwa, aby się trochę
schłodziła na wolnym powietrzu. Jamniki otrzymały krotką dyspozycję;
„Ku dzikom!”, co doskonale rozumiały i trzymały od tego momentu mordy
na kłódkę. W terenie latarek nie było tu w modzie używać, chyba, że się
przyjezdnym było. Bolo nie był, więc bez światła, ale jak po sznurku,
podążył wyprzedzany psią szpicą, łąkami w kierunku Rzeki. Celował
bezbłędnie w najwyższe nad nią wzgórze, z którego widać ją było od
zakola, do zakola. Jamniki buszowały po pokosie, kłapiąc zębami w
nadziei na byle gryzonia. Stojąc w punkcie, który za dnia niewątpliwie
można było nazwać widokowym, sącząc letnie piwo, daremnie Bolo wysilał
wzrok wypatrując bodaj iskierki ognia. Mała to była satysfakcja, ale
była. Tam też światła nie mieli, bynajmniej. Noc miał Bolo
koszmarną, zwłaszcza, że zwykł był sypiać przy włączonym telewizorze, w
którym non stop uwijały się niezmordowane cycówy. Do świtu kibicował
kroplom dudniącym w lodówce, nie mogącym dogonić nawet co piątego tyku
zegara. Zoil i Momus też były nieswoje, wierciły się w nogach łóżka i
co chwilę startowały do sionki, podnosząc alarm po byle nietoperzym
bąku. Sobotni ranek bez „Teleranka”, manualne golenie w ciemnej
łazience nad zanikającą strużką zimnej wody, krojony nożem chleb z
roztopionym masłem i mozół rozpalania pod kuchnią, tak zdeguściły Bola
niesmacznie, że koło południa zaczął czaić się do dezercji z placówki.
Szczęściem żywizna, w postaci Maliny i stadka owiec, miała własny napęd
i z obory nie trzeba było wypychać jej na pastwisko. Listwy na bramkę
stały sobie cierpliwie pod okapem szopki, bo blat heblarki mógł teraz
służyć jedynie do stawiania pasjansa. W warsztaciku było teraz tak
ciemno, że nie dałoby się trafić do elektrycznej wiertarki, choćby ją
chcieć tylko pogłaskać. Można by było posłuchać radyjka w samochodzie,
ale teraz, to kto inny już go sobie słuchał. Takiego pecha Bolo dawno
już nie miał, nie licząc oczywiście ataku kichawki przy pawiu
posylwestrowym. Jamniki pamiętały nosami wczorajszą trasę, więc śmiało
wyprzedziły pana, który zdecydował się zerknąć jeszcze raz na Rzekę,
tym razem za dnia. Zdziwił się Bolo mile, bo ognia, rozumie się, nie
było widać, ale z przybrzeżnych zarośli, przy górnym zakolu, unosiła
się wyraźna, niebieska mgiełka. Jak na skrzydłach, dreptanym slalomem
zbiegł do Rzeki, klucząc między kępami leszczyn i jamnikami w psim
siódmym niebie. Woda tak opadła, że wodery były zbędne, a konusy gończe
tylko dwa razy straciły przyczepność do dna. Na drugim brzegu padła
sakramentalna komenda opiewająca dziki i myśliwska trójka ruszyła
wzdłuż Rzeki, nie wchodząc do wody ani w zarośla. Przed zakolem brzeg
strzępiło kilka skałek z piaskowca i to zza nich ciągnął, wyczuwalny
już od brodu, dymek. Bolo cmoknął na jamniki i starając się ni kamienia
nie ruszyć, ostrożnie podszedł do grzędy, zapuszczając za nią żurawia.
Na karimatach, pępkami ku słońcu, opalała się para mieszana, ale
osobno. Wszystkie cztery oczodoły miała ta para obłożone zielonymi
listkami, co miało przypuszczalnie chronić orzęsienie przed spłowieniem.
– A, to pan... Dzień dobry! – nie podnosząc się,
pierwszy odezwał się
mężczyzna.
– To dzisiaj bez woderów? Ale za to z obstawą...
– Tyż dzieńdobry! – Bolowi coś tu nie pasowało. –
Skąd pan wie, że bez woderów i z obstawą? Przez liście co widać?
– Widziałem już pana kiedyś, jak pan przed zmierzchem
usiłował w drugi brzeg wcelować! – Jasnowidz podparł się na łokciach i
strzepnął liście z powiek. – No dobra, ale tera pan nic nie widział?
– Bo i po co? Chodzą czasem ludzie przez bród, ale
tylko pan używa kija przy przeprawie i dzisiaj też pan użył... Woderami
z kolei, inaczej pan pluszcze... A obstawa tak ziaje, jakby maraton zaliczyła! – Znakiem tego, nie widział pan a słyszał? – Dalej nie pasowało, bo to z osiemdziesiąt metra było, jak strzelił.
– Czasami więcej się słyszy niż widzi! – Odezwała się
wreszcie partnerka jasnowidza, dalej nie chwaląc się kolorem oczu. To,
czym się chwaliła i tak wystarczało... – Noga
basiory! – huknął Bolo na jamniki, zaczynające wścibiać nosy do naczyń,
rozłożonych wokół małego paleniska, na którym coś pyrkotało w nierdzewce.
– To ognisko, to ja z kolei po węchu znam od dawna.
Ale jak to sie stało, że myśmy wcześniej okoliczności nie mieli?
– My przyjeżdżamy tutaj tylko na weekendy a pan wtedy
na pewno w domu odpoczywa. Specjalnie się z tego miejsca nie ruszamy,
więc spotkać się było trudno. Nawet pana nie odwiedziliśmy, choć
blisko... – A skąd wiadomo że blisko? – Bolo miał dość zagadek. – No wie pan, dzikich kogutów to w przyrodzie chyba nie ma! – Mężczyzna w końcu zdecydował się lekko uśmiechnąć.
– Zdecydowanie! Pirat to swoja chłopaka! – Bolo za
późno się połapał, że to żart taki był. – To ja zapraszam, jak
najbardziej, czym chata bogata, w każdej chwili... Język mu się nieco
zaguzał, bo syrena w bikini podniosła się wreszcie z legowiska,
pozwalając opaść swobodnie listkom, ale tylko listkom. Jej
bladobłękitne, obojętne oczy, przy rudych włosach robiły niepokojące
wrażenie. Pomiąchała trochę łychą w kociołku, pogłaskała Zoila i
Momusa, które zaczęły chlastać ją jęzorami po łydkach i zległa z
powrotem.
– Dziękujemy! Ale samochód zostawiać samopas?.. – Ki samochód znowu? – nowe zaskoczenie nastąpiło. – O tam, w przecince trzymamy, pod zieloną plandeką, żeby nie kusił...
– W tym to ja minimalny problem widze! - Bolo już
miał rozwiązanie, po prawdzie, nie pierwszy raz stosowane. – Ja tu
państwu zostawie swoją bejsbolke a państwo ją położy na tej
plandece. Ma troche taki, przepraszam za wyrażenie, damski kolor, więc
wszyscy ją tu znają. Samochodu nikt palcem nie ruszy! I wtedy można
spokojnie do mnie, choćby jutro! – No nie wiem, może... Żona chciała jutro na jeżyny... – Przecie jutro niedziela! – zaargumentował Bolo, jakby to był argument i przyłożył na dokładkę; – A jeżyn to u mnie za szambem – kiście! Nikt
się jakoś dziwnie nie odezwał, więc aprobata była bezdyskusyjna.
Wracając, starał się iść na palcach i kosturem w dno Rzeki nie walić,
bo zdał sobie sprawę, że ździebełko łubudubu to on, swoją osobą
niegodną, jednak czyni. Nijako było, ostatnich być może gości tego
sezonu, płoszyć. Dom nie przywitał go ze zbytnim entuzjazmem. Dalej
było ciemno i głucho. Już się zabierał do rozdmuchania pod kuchnią, gdy
gruchnęło energią. Równo o drugiej minut dwadzieścia. Zawarczały
agregaty lodówek, zawył silnik hydroforu w piwnicy i zabulgotał bojler.
Migać zaczęły zielone wyświetlacze i czerwone diody łączności ze
światem. Jamniki poweselały i zajęły stanowisko na fotelu, więc musiał
włączyć im byle ruchawkę na ekranie. Rąk teraz brakowało do zaległych
czynności. Zaczęło się, na czterech fajerkach, smażenie i gotowanie
rozmrożonych mięs. Poszedł w ruch odkurzacz, żeby jutrzejsi goście
psimi kłakami się nie oblenili. Ściery, którymi krwisty potop wczoraj
usuwał, też w pralce trzeba było przepłukać, żeby się nie
zaśmierdziały. Ruszyła więc i pralka. Dom dygotał, tętnił i
dobrze, że nie stepował. Pod wieczór, zważywszy nieprzespaną
noc, był umęczony jakby z wyrębu wrócił. Sobotnią kąpiel z pianką
odłożył do jutra i zwalił się do wyra, psom pozostawiając na uciechę
program dla dorosłych w języku obcym. Zasnął, roztrząsając problem
jutrzejszego poczęstunku, ale nie wymyślił nic nowego. Wiadomo było
tylko, że nie poda piwa z wódką, żeby na początek na chama nie wyjść,
nieobytego. Gdyby nie jamniki, które opiły się na wycieczce Rzeki,
chyba na zapas, spałby dłużej. Miały swoje sposoby, aby go obudzić,
więc musiał się zwlec i szczakieli wypuścić na pole. Dzień zapowiadał
się nieszczególny. Słońce było przymglone, ewidentnie wrześniowe, upału
nie wróżyło, ot, w sam raz na konsumpcję w towarzystwie. Obrządził
lokatorów obory, sypnął kurom, żeby je móc policzyć, ale lis
przypuszczalnie był gdzieś na łajdactwie, bo nic nie brakowało. Do
południa wszystko, łącznie z Bolem, lśniło wypucowane a na pokojach
hulał świeży wiatr, bo musowo trzeba było wygonić przeciągiem zapach
smażeniny. Goście mogli przyjść lada chwila, albo za pięć godzin. Nie
istniał tu zwyczaj precyzowania się w czasie, bo warunki były
nieprzewidywalne i byle ulewa czy porcja niestrawnych grzybów, mogła
plany pokrzyżować. Bolo, by czasu oczekiwania nie zmitrężyć, nalał
sobie schłodzonego wstępniaka i wzniósł toast na cześć bohaterskich
energetyków, którzy mu wstydu oszczędzili. Drugiego już nie zdążył
wykonać, bo psy czujne, jak należy, jazgot podniosły, co oznaczać mogło
tylko jedno. I rzeczywiście, okrężną, tą najłatwiejszą ścieżką od
Rzeki, nadciągała wczoraj poznana para. Z dziesięciu metrów psy poznały
znajomych i zamilkły. On szedł przodem a jego syrena o dwa kroki w
tyle. Co chwilę zatrzymywali się i on najwyraźniej coś jej objaśniał,
bo obracali się raz w lewo, raz w prawo. Dla Bola była to scena
opatrzona, gdyż każdy nowy zatrzymywał się tu po drodze, aby ogarnąć
wzrokiem tak rozległe okoliczności przyrody. – Czekamwitam i Bolo jestem! – gospodarzowi wypadało ujawnić w końcu ksywę. – A to Zoil i Momus po babce rodem z Gdyni!
– Żonie na imię Olga, ja jestem Paweł a żółwia
zostawiliśmy w domu! – Gość zdał pierwszy egzamin, jakby wiedział, że
nazwiskami było tutaj w dobrym tonie lecieć dopiero po wielu
hajżywejach. Bolowi udało się złapać syrenę za rękę i cmoknąć we wiotką kiść. Zaczął zagarniać parę na ganek.
– Ostrożnie, Olu! Schodki... – bąknął Paweł, jakby
Ola nie mogła zdjąć ciemnych okularów. Sam miał podobne, więc było
możebne, że oboje byli objęci programem ochrony podrażnionych powiek. – Prosze dalej! Dalej! Na salony! – Nie, nie! Dziękujemy! Może potem...Najpierw ochłoniemy...O tu, na werandzie będzie bardzo przyjemnie! Bolowi nie wypadało być nachałem, więc machnął jakąś onucą po ławce i usadził na niej gości frontem w przestrzeń. – Jakąś kawe, herbatke dla pani? – Może małą kawę... – odezwała się wreszcie Olga, jakby lekko nieobecna.
– Właśnie, a propos!.. – zaskoczył jej mąż –
przynieśliśmy jakieś wino, jeszcze z domu, bo tu w sklepie tylko...
– Wspaniale! I a propos aproposa – wpadł mu w słowo
Bolo. – To może żonie zostawimy winko, bo u mnie dziś zupełnie
przypadkowo, pełna gama alkoholi; naleweczki, żubróweczka, dla
koneserów sąsiedzki bimberek... – O, panie
Bolesławie, źle się składa. Żonie w ogóle nie wolno, wie pan, zdrowie,
a ja prowadzę brykę. Jutro o świcie wyjeżdżamy!
– No to klops! – jęknął Bolo – z kolei ja wina ciężko
traktuje. Ale wymyślimy jakiś konsensus! Może pan spróbuje chociaż
troche tego czerwonego a ja sobie zrobie jakiegoś lekkiego drinka i
bedzie grało! – Dał nura do kuchni i klnąc na abstynentów całego
świata, wyjął z lodówki dwie flaszki czystej. Jedną z nich przelał do
plastiku po mineralnej, złapał korkociąg i paterę z suchym pokarmem
deserowym. Za drugim nawrotem skompletował szkło, zalał kawę i zmachany
pacnął w bujak naprzeciw gości. – Nie wspominał pan o kotach – stwierdziła Olga. Nie lubią się z jamnikami? – Zdecydowanie nie! Dlatego wychodzą w nocy. A pokazał sie który? – Nie, ale coś pomiaukuje pod dachem, tu za mną. Chyba młode...
– No tak, wykot był w planie! Dobrze, że pani
usłyszała. Będe musiał więcej mleka wystawiać. Ale przecie nie tylko
koty piją! – obsłużył gościa i zgrabnie zmiksował sobie czystą z
mineralną. – Haj żywe! Za szczęśliwy powrót do
domu! – zawinszował. Pretekst był na miejscu. Gość upił kroplę wina,
posłodził żonie kawę, jakby jej cukier wydzielał i rozglądnął się wokół panoramicznie.
– Wie pan, myśmy już tu kiedyś byli. Tylko bardzo
dawno temu. Tego domu jeszcze nie było, łąki były bardziej zarośnięte
jałowcem, no i nie było tych słupów. Strasznie szpecą... Tak! Na pewno
tu byliśmy. Stały jeszcze węgły przedwojenne... –
To możliwe, bo dom ma kilkanaście lat a łąki przeżyły
kiedyś rekultywacje, tylko powoli sie odradzają. – Bolo
rozwinął temat rekultywacji, dewastacji, melioracji i swej, z tego
powodu, sumarycznej frustracji. Wszystko po to, aby nie usłyszeć
jakiegoś niewygodnego pytania o swoją pojedynczość. Goście byli jednak
niezwykle taktowni i popytywali tylko o przyrodnicze duperele, o ruch
turystyczny i prognozy pogody długoterminowe a jeśli o historię, to
bardzo odległą. Nieustannie zachwycali się a to spokojem, a to ciszą i
brakiem hałasu miastowego. Co na jedno wychodziło. – O tak, spokój to ja tu mam, że wściec sie można! Zwłaszcza jesienią
i zimą... Co innego w szczycie! Zawsze jest tu ze dwadzieścia osób.
Ogniska, imprezy lecą. Głośniki im czasami na ganek wystawiam i
nagłaśniam z magnetofonu. – Haj żywe! – nie
odpuszczał Bolo tempa. – Po sezonie to mi zostaje tylko telewizja i
chrupanie w stawach. Żywej duszy! Bo jak mokro i ślisko to z żadnej
strony samochodem tu nie dojedzie, a jak dojedzie to już nie wyjedzie.
Bywało... – Kto to tak, każdej niedzieli jeździ
za rzeką na motorowerze, dwa, trzy razy dziennie? – spytała Olga. – O
właśnie teraz... Na tym motorowerze... Inne przejeżdżają tylko w jedną
stronę i to rzadko... – A to Bożek! Nasz gajowy.
Patroluje trase, we wolne dni zwłaszcza. Płoszy amatorów surowca
darmowego. Psi los ma... I żone. Znacie ją państwo na pewno. Sklepuje
we wsi. Zachodzą tu czasem w sezonie, ale tylko jak sie coś dzieje...
Jakie imieniny albo konkretny banket gastronomiczny.
– Posłuchaj Paweł, słuchaj! – Olga zadarła głowę. –
Obce kruki! – Rzeczywiście, wysoko nad nimi żeglowała para czarnych
ptaków, prawie nie poruszając skrzydłami. – Obce? Jakże to? – zainteresował się Bolo.
– Chyba przelotne, powoli już migrują na południe. Ta
pańska para, która tu gdzieś gniazduje, zupełnie inaczej rozmawia,
chrapliwiej... I zwykle w tę stronę nie latają – wyjaśniła Olga. – No to znakiem tego mam własne kruki! – ucieszył się właściciel. – I haj żywe im! – nie omieszkał.
– Nie tylko kruki pan ma. Ma pan pustułki, derkacze,
sowy, nawet osobistego lisa... To tylko te najgłośniejsze... – Skąd pani wie o Ryżym? – to było interesujące. – Bo szczeknie sobie od czasu do czasu, jakby kozła sarny udawał. – Nie zachodzi pani tutaj a tyle mojego inwentarza zna! Jakim sposobem? – To tak raczej ze słyszenia... Osobiście nie za bardzo...
– Otóż, wie pan – jął wyjaśniać Paweł – żona jest,
bardziej, że tak powiem, słuchowcem. Przy niej nauczyłem się też
korzystać z tego zmysłu... Dlatego tu przyjeżdżamy... Poczytać sobie
przyrodę. W korycie rzeki jest względnie cicho, biały szum nie
przeszkadza. W wolne dni na stokówce nie ma ruchu, tylko czasem ten
Bożek popyrka. Pilarze piłami też nie wyją... Wypróbowaliśmy wiele
miejsc i na tym zakolu jest najspokojniej. Sam pan nas tylko na węch
znalazł, bo między sobą rozmawiamy szeptem, nie rąbiemy drewna i
dlatego nawet łanie się do nas przyzwyczaiły... Podchodzą, ale tylko
jak leżymy. Czasami wydra nas nocą obudzi... – No to haj żywe i zdrowie wydr!
– Podobny toast kiedyś już słyszałem... Jeszcze jak
nie znałem Oli. Poznaliśmy się zresztą w tym rejonie, na szlaku... – Teraz wiem, dlaczego odwiedzacie państwo te okolice. A kiedy następny raz? – Na pewno za tydzień, bo rykowisko się zaczyna. Policzymy panu wszystkie byki!
– Osobiście nie bede niepokoił, ale w sobote
oczekuje! Pani Olgo, pani to do kawy na pewno jakaś śmietanka tutejsza
sie przyda, albo świeże jaje... – Wpadniemy, wpadniemy bez wykładania przynęty! Teraz nawet bez pomocy męża bym tu trafiła!
– Panie Bolesławie! Niech to będzie strzemienny, bo
się zbieramy. Dzień coraz krótszy! Jak pan to mówi: – Haj żywe! – Pod sobote!
Jamniki uparły się odprowadzić gości, więc pomachujący na ganku Bolo,
musiał świsnąć na palcach, aby je przywołać. Paweł też zareagował i
odwróciwszy się, krzyknął: – A co z czapeczką? – A na słupek ją bele jaki przy drodze! Bele nie na zakrencie!
Wypadało pokibicować im w odwrocie, aż nie znikną z pola widzenia. Na
rozwidleniu ścieżek Olga zrobiła jednak dziwny manewr. Postępując za
mężem, skręciła niespodzianie w lewo, w kierunku obory. Nie zdążyła
zrobić kilku kroków, jak Paweł złapał ją za rękę i sprowadził na
właściwą trasę. Jeszcze raz mu pomachali. –
Aż, krucafuks! – jęknął Bolo i osunął się na bujak, przytłoczony nagłą
iluminacją. Zaczął składać fakty do kupy; to pierwsze, obojętne
spojrzenie Olgi, te ciemne okulary, ostrożne wchodzenie po schodach,
słodzenie kawy z pomocnikiem i ten słuch niesamowity... – Aleś Bolo gamoń! Gamoń! Gamoń! – mógł sobie już na głos pozwolić. Dotarło
do niego, jakiego zmysłu brakowało Oldze. Z pół godziny tak siedział,
pociągał mineralną i dumał. Wszedł wreszcie do mieszkania, wyłączył
mamroczący coś telewizor, przerzucił hebel hydroforu, zamknął dokładnie
za sobą drzwi kuchenne i wyszarpnął z gniazdka wtyczkę zamrażarki w
sionce. Bujak z ganku zaniósł przed dom, niedaleko, pod dziką gruszkę.
Usiadł na nim, psów z kolan nie zganiał, bo były bardzo spokojne i
zamknął oczy. Cisza panowała prawie idealna. Słońce wbiło się już do
połowy za horyzont. Delikatnie mruczał tylko transformator na słupie.
Za domem spadły z drzewa dwa jabłka. Sapnęła ciężko, jak to krowy
potrafią, Malina w oborze. W tarninie uwijały się jeszcze mysikróliki.
Pomiaukiwały cieniutko kocięta na strychu. Odezwał się gdzieś kruk.
Własny? Obcy? Nim zmorzył go sen, zrozumiał, że wcale nie
jest taki ostatni „pojedynczy”, że bardziej pojedynczy są ci, którzy
nie potrafią słuchać. I czuł, że w jego życiu coś się zmieniło.
|