Jeśli dzieciństwo wspominane po latach jawi się jako okres ustawicznej szczęśliwości, to szczyt radosnych i miłych sercu chwil przypadał niewątpliwie na czas Świąt Bożego Narodzenia. W latach powojennych dla nas dzieci, okres ten dzięki feriom szkolnym trwał aż 12 dni, bo od dnia wigilijnego do uroczystości Trzech Króli. Nadejście świątecznych ferii było oczekiwane z utęsknieniem na długo przedtem i było wypełnione co raz bardziej niecierpliwym odliczaniem tygodni i dni. Ogrom emocji rozpierających młode serca będzie bardziej zrozumiały, jeżeli się weźmie pod uwagę warunki ówczesnego życia. Kto dziś uwierzy, że z wojennej zawieruchy Lesko wyszło z zaledwie niespełna 900 mieszkańcami? Było to ponadto miejsce gdzieś na krańcach cywilizowanego świata, gdzie wpływy zewnętrzne docierały bardzo wolno. W żadnym domu nie stało owo pudło ze szklanym ekranem - prawdziwy pożeracz czasu. Codzienność leskiej społeczności była, może poza nielicznymi wyjątkami, szara i siermiężna. Co tu gadać - było biednie. Przeciętna rodzina miała co najmniej troje dzieci i z reguły niepracującą matkę. Przy mniej niż skromnych zarobkach ojców rodzin, dzieci były kształcone i jakoś nigdzie nie widać było wyraźnych znamion nędzy. Tylko z pozoru żartem będzie stwierdzenie, że tamten czas obfitował w nigdy nie poznanych noblistów z ekonomii. Gdy wreszcie "w centrali" odkryto Bieszczady, z ich utrudnieniami codziennego życia, gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych, Rząd przyznał wszystkim tu pracującym
10% zwyżkę do poborów, czyli tzw. dodatek bieszczadzki. Myślę, że te szczególne uwarunkowania przyczyniły się do tego, że w Lesku jeszcze długo po wojnie, praktykowane były bożonarodzeniowe zwyczaje i misteria, jakby żywcem przeniesione z dawnych czasów. Czuję się zobowiązany do ich przypomnienia, gdyż reprezentuję już chyba ostatnie pokolenie uczestników i obserwatorów tamtych zdarzeń. Przedświąteczny okres wyzwalał takie cechy, jak inwencja, pomysłowość i zaradność. Młodzież męska kombinowała, jak by tu zdobyć choinkę. Pamiętam wyprawy do lasu po pas w kopnym śniegu, z których wracało się z pięknymi jodełkami. Dziewczyny szykowały z bibuły lub słomy ozdoby choinkowe. Na początku lat pięćdziesiątych pojawiły się
w Lesku ekipy, które remontowały linię telefoniczną, zbudowaną w czasie wojny przez Niemców w celu połączenia Berlina ze sztabem ich wojsk, rozlokowanym w Winnicy koło Kijowa. Kabel ten dosłownie przecina teren Leska i przechodzi na przykład wzdłuż ulicy Piotra Kmity. Jego remont był związany z wymianą niektórych odcinków. Odrzuty
były przez nas skrzętnie wykorzystywane. Miał on około 3 cm średnicy i ołowianą powłokę. Wewnątrz natomiast, znajdowały się aluminiowe przewody zaizolowane różnokolorowymi plastykowymi spiralkami. Właśnie te spiralki: czerwone, żółte, niebieskie , zielone i białe, były budulcem dla wielu pomysłowych ozdóbek na choinkę.
Ołów odstawialiśmy do punktu skupu złomu. Przecież nic się nie mogło zmarnować Nie będę się rozwodzić nad magią wigilijnej nocy z jej wieczerzą i pasterką.
Te sprawy są mniej więcej podobnie opisywane w licznych okolicznościowych, świątecznych wspomnieniach i artykułach prasowych. Tyle tylko, że relacje te sprawiają wrażenie, że dotyczą czasów i zwyczajów zgoła już historycznych.
Ja natomiast mogę wywołać z pamięci widziane na własne oczy izby wymoszczone słomą lub przystrojone snopkami do wieczerzy wigilijnej. Albo, przywołać wspomnienie mego Ojca, który przed przystąpieniem do wieczerzy wychodził
do obory, aby podzielić się opłatkiem ze zwierzętami domowymi. Dla młodych chłopców właściwa świąteczna aktywność zaczynała się bladym świtem w dzień Wigilii tzw. chodzeniem po winszowaniu. Wędrówki od domu do domu owocowały zastaniem otwartych drzwi lub wpuszczeniem takiegoż kolędnika do mieszkania po uporczywym pukaniu. Wtedy zaspani domownicy wysłuchiwali świątecznych życzeń, obdarowując rannego przybysza jakąś nieznaczną kwotą pieniężną.
Cóż mogli innego zrobić, jeżeli świątecznym życzeniom towarzyszyła np. ttaka przemowa :
"Jestem mały kolędniczek,
Przyszedłem tutaj po pierniczek,
Jeśli się będziecie ze mnie śmiać
to mi musicie dużo pieniędzy dać".
Oczywiście, były też powinszowania sformułowane bardziej misternie. Sam stosowałem jakiś wierszyk wyuczony z kartki świątecznej, jaką otrzymała moja babcia od znajomego z Chicago. Niestety - zapomniałem jego treści. Chodzenie "po winszowaniu" było kontynuowane w poranek pierwszego dnia świąt oraz w dzień noworoczny.
Życzenia noworoczne były wypełnione nieco odmienną zawartością. Chyba najbardziej lapidarny przykład poetycznej zwięzłości przedstawiało takie oto noworoczne życzenie:
"Sroka na dachu,
szabla przy boku,
życzę Państwu szczęścia, zdrowia i pomyślności
w Nowym Roku.
Wieczorami, grupki młodzieży chodziły od domu do domu, wyśpiewując pod oknami różne kolędy. W nagrodę gospodarze ofiarowywali albo jakieś łakocie, albo datki pieniężne. Wyższy stopień przygotowania reprezentowali kolędnicy, chodzący z gwiazdą. Była ona zrobiona z ażurowego, drewnianego szkieletu, którego każde z pięciu ramion, oklejone było różnokolorową bibułą i osadzone na tyczce. W środku gwiazdy umieszczano palącą się świeczkę i za pomocą pociągnięć sznurkiem wprowadzano bęben gwiazdy w ruch wirowy. Widok takiej tęczy barw w ciemności za oknem sprawiał dzieciom gospodarzy niemałą frajdę. Nasza paczka chłopców z Polany chodziła natomiast " z rolą". Tak się wtedy mówiło. Być może była to daleka analogia do spektaklu teatralnego ? Przecież każdy z nas był poniekąd "aktorem", przeistaczając się w Heroda, ordynansa, Żyda, śmierć, lub diabła. Teksty, wygłaszane przez poszczególne postacie, zawdzięczaliśmy pamięci niektórych starszych mieszkańców Polany. Stroje tworzyliśmy sami. Taka np. maska śmierci była sporządzona z masy papierowej, pomalowanej po zaschnięciu białą emalią. Największy problem mieliśmy ze zdobyciem odpowiedniej ilości złocistych i srebrzystych papierków do wyklejenia korony króla Heroda, jego berła i innych insygniów. Najlepiej do tego celu nadawały się opakowania po cukierkach czekoladowych, ale trudno je było pozyskać w czasach, gdy dostępnym smakołykiem były landrynki. Z opresji uratował nas pewien kolega, przybyły aż z Poznania z odpowiednim zapasem złocistej cynfolii, która trafiła w nasze ręce w ramach jakiegoś handlu wymiennego. Mieszka on w Lesku i może po przeczytaniu tego tekstu przypomni sobie tamto zdarzenie.
Z "rolą" chodziło się już po zmierzchu. Dzieciaki niekiedy płakały ze strachu na widok dzikiego diabła z widłami i wijącym się ogonem czy też przeraźliwie białej śmierci, potrząsającej kosą.
Najbardziej dramatycznym momentem spektaklu była chwila, gdy królowi Herodowi, bezskutecznie proszącemu o litość,
śmierć ścina głowę, a diabeł widłami wyrzuca jego ciało na dwór. Brzmiało to tak:
Herod: Daruj mi rok!
Śmierć: Nie !
Herod: Daruj mi dzień!
Śmierć: Nie!
Herod: Godzinę!
Śmierć: Nie !
Herod: Ach, ginę, na piekło szatana !!!
Przez kilka lat mieliśmy monopol w Lesku na "chodzenie z rolą". Aż tu nagle, ni stąd ni zowąd, w trakcie wędrówki przez miasto, w śnieżnej zadymce, blisko Rynku nasza trupa spotyka się oko w oko ze swoimi sobowtórami. Takie same korony Herodów, lampasy ordynansów, kalesony i prześcieradła śmierci. jednym słowem podróbka i konkurencja. Starły się wtedy ze szczękiem : kosa z widłami, berło z szablą, a korony stoczyły się w śnieg. Zwycięzców nie sądzą. Nie było już odtąd prób wyrugowania nas z działalności "na niwie artystycznej". Dzisiaj zadaje sobie pytanie, czy moi koledzy z tamtego zespołu, których los rzucił w większości poza Lesko, wspominają tamte czasy. Czy doktor nauk historycznych pamięta jak to przystrojony w lampasy i akselbanty, z szablą przy boku bronił króla Heroda ? Czy pułkownik Wojska Polskiego zapomniał już, jak uśmiercał niecnego króla Heroda błyszcząc kalesonami i prześcieradłem narzuconym na plecy ? To samo pytanie kieruję do brygadiera Państwowej Straży Pożarnej, który ongiś, zamaszyście miotając ogonem, widłami spychał króla Heroda w ognie piekielne. Koledzy! Czy nie warto byłoby się spotkać w Lesku i powspominać dawne, dobre czasy ? Jeden z nas już opuścił ten ziemski padół. A czas leci nieustępliwie! Najbardziej " profesjonalny" poziom prezentowała grupa "chodząca z szopką", czyli drewnianą skrzynią w kształcie jakiejś budowli, przemieszczaną z miejsca na miejsce za pomocą uchwytów - jak lektyka. Daleko jej było do wyszukanych konstrukcji i pełnych przepychu szopek krakowskich. Z przodu posiadała rozsuwaną, sukienną kurtynę, a w tylnej ścianie otwór, który umożliwiał lalkarzowi prowadzenie akcji przedstawienia.Jak wiem z opowiadań, szopka ta wraz z lalkami przedstawiającymi króla Heroda, śmierć, diabła, dziada i babę, itp, była w użyciu już dobrych parę pokoleń
przedtem, a jej powstania spokojnie można datować na co najmniej na połowę XIX wieku. Przedstawienia odgrywano przy pogaszonym oświetleniu w mieszkaniu, a samą scenę rozjaśniała świeczka paląca się wewnątrz szopki. Muszę tu oddać hołd lalkarzowi, który prawdziwie po mistrzowsku animował lalki i udzielał im swego głosu. Był to prawdziwy artysta w swoim fachu. Jego koledzy oprócz przenoszenia szopki z domu do domu, wykonywali różne przyśpiewki towarzyszące spektaklowi. W podstawowy wątek przedstawienia, czyli historię rzezi niewiniątek i ukarania króla Heroda wplecione były elementy ludowe, wprost z życia codziennego, jak np. zatargi między dziadem i babą, którym towarzyszyła taka oto przyśpiewka ( na nutę krakowiaka) :
"A dziadziuś babusi, hej, podchlebiać się musi, hej, podchlebiać się musi,
bo babunia dla dziadunia, ścieraneczkę dusi... itd.
Inną bożonarodzeniową atrakcja byli przebierańcy. Ukazanie się takiego osobnika w miejscu publicznym wywoływało pojawienie się wokół niego gawiedzi, która starała się odgadnąć, kto naprawdę kryje się pod przebraniem. Mistrzem w tej dziedzinie był mój Ojciec, który pewnego razu zaprezentował się w przebraniu do złudzenia imitującym kobietę dźwigającą na swych plecach mężczyznę.Muszę tu też wspomnieć o zwyczaju robienia sąsiadom i znajomym w nocy po pasterce różnych psikusów. Z moich czasów najgłośniejszym takim wyczynem było ustawienie na kalenicy dachu stodoły kompletnego wozu drabiniastego. To wszystko odbywało się nie tak dawno jeszcze i trochę żal, że zostało zastąpione nasiadówkami przed telewizorem. Już tylko gdzieniegdzie w Polsce, te stare, świąteczne zwyczaje nie poszły w całkowite zapomnienie. Są jeszcze ludzie, którzy starają się je kultywować. W Lewinie Brzeskim. małym miasteczku na Opolszczyźnie co roku odbywa się konkurs na najlepszy spektakl bożonarodzeniowy, pod nazwą "Herody". Najbliższy będzie nosić nazwę "Herody 2001". O dziwo. o możliwość uczestnictwa w tym konkursie zabiega wiele zespołów, często z odległych stron. Nawet nie marzę, aby podobne przedsięwzięcie było organizowane w Lesku. Ale, czy nie można by utrwalić na taśmie spektaklu leskiej szopki? Dawni wykonawcy żyją w Lesku i mam nadzieję, że zachowała się sama szopka. Czy Dom Kultury nie mógłby pojąć się organizacji takiego przedstawienia "ku pamięci potomnych"?A czyż sama szopka nie powinna znaleźć się w jakichś zbiorach? Jest rzeczą niezrozumiałą i wstydliwą, że miasto, posiadające jedną z najpełniej i najlepiej spisaną historię nie zadbało chociażby o zorganizowanie lokalnej izby pamięci. Wystarczyłoby kilka pokoików, a o pozyskanie eksponatów na pewno nie trzeba by się martwić. Jest tu duże pole do działania dla Towarzystwa Miłośników Ziemi Leskiej.
Tadeusz Filar
Opole.
|