W spisanej historii miasta Leska na temat cmentarzy napisano niewiele. Adam Fastnacht w "dziejach Leska do 1772 roku" na stronie 291 stwierdza:" obok kościoła znajdował się cmentarz otoczony murem, który zaczęto budować w 1550 roku. W murze tym były dwie furtki, jedna od strony miasta, druga od probostwa". Z kolei w swych "Dziejach Leska 1772" Józefa Budziaka na stronie 62 czytamy, że "W 1784 roku z polecenia Gubernium we Lwowie zmieniono dotychczasowy cmentarz rzymskokatolicki - istniejący w mieście przy kościele i przeniesiono go za miasto, gdzie znajduje się do dzisiaj. Wcześniej był tutaj przy cerkwi zamiejskiej tylko cmentarz grecko-katolicki, teraz założono wspólny..." Spróbuję skonfrontować powyższe informacje z moją wiedzą na ten temat, pozyskaną nie źródeł pisanych, lecz w drodze przekazu ustnego, zasłyszanego od starszego pokolenia w rodzinie. Odnośnie lokalizacji pierwszego rzymskokatolickiego cmentarza w Lesku mogę stwierdzenia "obok kościoła"-(A. Fastnacht) i "przy kościele"- (J. Budziak) uszczegółowić i wskazać konkretne jego położenie, a to dzięki następującemu zdarzeniu: Jeszcze do niedawna obok dzwonnicy leskiego kościoła stały dwa parterowe domy. Ten drugi w kolejności, z olbrzymią bramą, był gniazdem rodzinnym mojej Mamy. Teraz, po wywłaszczeniu i wyburzeniu zabudowań znajduje się tam pusty plac, przeznaczony pod budowę poczty, a ostatnio wykupiony przez parafię. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać przed taką oto dygresją: ten matczyny dom rodzinny to była dosyć niezwykła składanka budowli. Z frontu stał zwykły murowany, parterowy domek z końca XIX wieku, w środku jakiś lamus i warsztat, a z tyłu kolejny dom z oknami wychodzącymi na zabudowania gospodarcze i ogród. Od wielkiej frontowej, drewnianej bramy wiódł przez całą szerokość domostwa przejazd wyłożony kamiennymi płytami, umożliwiający transport nawet drabiniastemu wozowi załadowanemu snopami zboża. To wszystko, łącznie z przejazdem przykryte było jednym, ogromnym dachem. Najbardziej interesującym obiektem był ten domek znajdujący się z tyłu posesji. Składał się z dwóch mikroskopijnych izdebek: kuchni i alkowy. Do dzisiaj mam w oczach widok tych ścian pokrytych niezliczoną ilością warstw wapna po kolejnych bieleniach, oraz drobne okienka wychodzące w stronę ogrodu. Prawdziwy dom lalek. Ani chybi, domek ten pochodził z XVII wieku i był typowym mieszkaniem wynajmowanym komornikom, tj. mieszczanom nie mających własnego locum. Jeszcze w czasach młodości mojej Mamy mieszkali tam różni sublokatorzy, jakbyśmy dziś powiedzieli. No cóż, gdzieś bliżej Europy może potraktowano by tą budowlę jako zabytek, ale znajdował się w Lesku i dziś nie ma po nim śladu. W dzieciństwie często tam chodziłem i brałem udział w codziennej godpodarskiej krzątaninie wujka Piotra. Na zapleczu był sad i ogród zbiegający zboczem obok budynku ochronki. W sadzie stało kilka uli. Pewnego dnia wujek przywdział kapelusz pszczelarski z siatką chroniącą twarz i uzbroiwszy się w podkurzacz przystąpił do podbierania miodu. Mnie kazał trzymać się w bezpiecznej odległości stwierdzając, że jeżeli się zbytnio zbliżę, to rozwścieczone pszczoły tak mnie urządzą, że mogę się znaleźć na cmentarzu. Tu wskazał ręką na sąsiedni teren, należący do leskiego kościoła. Nie widząc żadnych krzyży i nagrobków, a tylko zwyczajne zboże zacząłem polemizować w przekonaniu, że wujek chce mnie po prostu nastraszyć. Dyskusja została zamknięta krótkim stwierdzeniem - tam był cmentarz, ale dawno temu. W ten oto sposób stałem się ostatnim chyba mieszkańcem Leska, któremu przekaz międzypokoleniowy pozostawił wiedzę o lokalizacji starego cmentarza. Uściślając, cmentarz ten był położony na zboczu terenu probostwa, zwanym przez niektórych "księżymi horbkami", u podnóża którego budowana jest teraz hala sportowa. Opierając się także na rodzinnych przekazach muszę sprostować stwierdzenie J. Budziaka, że po likwidacji tego pierwszego cmentarza w 1784 roku pochówki zostały natychmiast przeniesione na cmentarz obecny. Prawda jest taka, że przez blisko 100 lat zmarłych rzymskich katolików chowano na cmentarzu grecko-katolickim położonym na terenie wsi Huzele. Niestety nigdy nie postarałem się rozpytać o jego szczegółową lokalizację. Myślę, że pamięć o miejscu położenia tamtego cmentarza nie zaginęła jeszcze wśród mieszkańców Huzeli i taką informację da się uzyskać. Dopiero po zapełnieniu cmentarza na Huzelach przeniesiono pochówki wyznawców obu religii katolickich na teren obecnego. Łatwo to sprawdzić, ponieważ najstarszy pochówek na tym nowym miejscu dotyczy zmarłego w dniu 13.08.1873 roku Stanisława Feliksa Kopaszyna Cząsteckiego, jak informuje napis na nagrobku.
Tak więc obecny cmentarz znajduje się na terenie okalającym nie istniejącą już dawną cerkiew zamiejską. Nie byłoby w tym fakcie nic nadzwyczajnego, gdyby nie historia związana z lokalizacją tej cerkwi. Otóż została ona wybudowana około 1575 roku w miejscu dębu, na którego pniu miało się dokonać cudowne objawienie Matki Boskiej pastuszkom wypasającym tam swoją trzódkę. Wypisz, wymaluj, historia zbieżna z podobnymi objawieniami w Fatimie i Medjugorie, tylko że znacznie wcześniejsza i nie tak sławna w świecie. Stąd właśnie miejsce to cieszyło się znacznym kultem, nie tylko o zasięgu lokalnym. Ta pierwsza drewniana cerkiew istniała do drugiej wojny światowej, kiedy to na jej miejscu grekokatolicy zaczęli wznosić cerkiew murowaną, której nigdy nie dokończono. Z dziecinnych lat pamiętam, że budowla ta była niezwykle solidna. Posiadała szkielet żelbetowy, wypełniony grubym murem z cegły. Charakterystyczne były jej małe rozmiary, co stawiało ją raczej w rzędzie kaplic. Wielkością może równała się z mikroskopijnymi cerkiewkami na moskiewskim Kremlu. Gdzieś około 1950 roku, chyba ubiegając zamiary władz, proboszcz leskiej parafii rzymskokatolickiej (greckokatolicka już nie istaniała) podjął próbę ratowania tej cmentarnej cerkwi odprawiając w jej murach, można by powiedzieć, mszę ekumeniczną z udziałem wyznawców obu odłamów katolicyzmu. Ciekawość pognała na tą uroczystość również naszą bandę batiarów z Polany. Ksiądz celebrował mszę, a my w półmroku po kryjomu świętokradczymi rękami odłupywaliśmy z pnia dębu spróchniałe kawałki drewna - na pamiątkę? Ten pień, na którym miało miejsce objawienie, umiejscowiony był w samym środku cerkiewki i omurowany wokoło jakby studziennym kręgiem metrowej wysokości ponad posadzkę. Krótko po tym wydarzeniu władza kazała wysadzić mury cerkwi w powietrze. Do dzisiaj na jej miejscu widać zarysy fundamentów i stertę rozbitego wybuchem żelbetu. Obok ruin rosną dwa, chyba najstarsze w Lesku dęby, którym przydałyby się zabiegi pielęgnacyjne i lecznicze. Cóż można powiedzieć o tym leskim cmentarzu? Na pewno nie jest to nekropolia na miarę warszawskich Powązek czy lwowskiego Łyczakowa. Nie spoczywają tu sławni ludzie i nie ma też wytwornych grobowców, zdobionych rzeźbami, będącymi dziełami sztuki. Najciekawsza pod względem artystycznym jest chyba rzeźba na grobie zmarłej 25.09.1911r. "z Więckowskich Adeli Górkowej", położonym na północnym krańcu cmentarza. Symptomatyczny jest fakt, że na całym cmentarzu zaledwie dwa nagrobki posiadają napisy cyrylicą, podczas gdy chrześcijańska ludność Leska przed wojną dzieliła się mniej więcej w połowie na rzymskich i greckich katolików.
Na każdym polskim cmentarzu napisy nagrobne są odbiciem historii narodu, jego zmagań i klęsk. Nie inaczej jest w Lesku. Na leskiej nekropolii są np. groby symboliczne, poświęcone pamięci zmarłych nieraz w dalekich stronach. Do nich należy obelisk rodziny Moszczeńskich, nagrobek poświęcony adwokatowi dr Jerzemu Pietrzkiewiczowi z napisem: "zginął w Weimarze w 1942r. w obozie koncentracyjnym", nagrobek poświęcony Józefowi Baranowi z napisem: "ur. W Lesku 1910r. inżynier dróg kolejowych, porucznik rezerwy, saper, bronił ojczyzny w 1939r., zginął bez wieści na wschodzie - jego pamięci - bratankowie", a także nagrobek poświęcony Janowi Mikanikowi, ur. 27.01.1912r., z napisem: "zmarł w obozie w Archangielsku". Innego rodzaju jest napis na nagrobku rodziny Bajorków, poświęcony majorowi Janowi Andrzejowi Żbikowi, który zmarł w Miami Beach (USA) - kawaler orderu Virtuti Militari i Polonia Restituta, odznaczony dwukrotnie krzyżem walecznych, walczył w kampanii wrześniowej i pod Monte Cassino. Równie przebogate i bohaterskie losy wojenne prezentuje napis na nagrobku Mieczysława Rejmańskiego, ur. 27.05.1903r. "uczestnik walk pod Monte Cassino, odznaczony brązowym krzyżem zasługi z mieczami, krzyżem Monte Cassino, Medalem Wojska z Gwiazdą Italii i brytyjską Gwiazdą za wojnę 1939-45 - The War Medal 1939-45". Mało znanym faktem jest, że pierwszym żołnierzem poległym w II wojnie światowej był obywatel miasta Leska Wiktor Szwagiel, którego grób znajduje się na leskim cmentarzu. Zmobilizowany w ramach przygotowań do wojny, zginął w dniu 14.08.1939r. Jego śmierć jest związana z prawie nieznanym szerzej epizodem. Otóż pierwotny plan Hitlera wyznaczał datę ataku na Polskę na dzień 14 sierpnia 1939 roku. Rozkaz o odwołaniu ataku przez przypadek nie dotarł na wysuniętą placówkę wojsk niemieckich, mających zdobyć Przełęcz Jabłonkowską na Zaolziu (wtedy przyłączonym do Polski). Właśnie na tej przełęczy pełnił straż mieszkaniec naszego miasta i tam zginął. Innym, tragicznym w swej wymowie miejscem na leskim cmentarzu, jest rząd mogił obok ruin cerkwi, w których zostali pochowani członkowie konspiracyjnej organizacji Ukraińców, walczących o "samostijną" po włączeniu Leska do ZSRR. Rosjanie odkryli fakt istnienia tego podziemia i w bestialski sposób rozprawili się z jego uczestnikami. NKWD jednej nocy dokonała aresztowań i przeprowadziła "śledztwo" w piwnicach najokazalszego budynku przy leskich plantach. Skatowanych ludzi, których, o ile dobrze pamiętam było 13, skrępowano drutem kolczastym i wrzucono do dworskich stawów rybnych w Uhercach. Jak wynika z napisów na nagrobkach, śmierć więźniów nastąpiła w dniu 24.06.1941r., a więc dwa dni po inwazji hitlerowskich Niemiec na ZSRR. Wtedy na niektórych odcinkach frontu armia niemiecka wtargnęła już głęboko w terytorium zajęte przez Sowietów. Zbrodnia musiała mieć miejsce w czasie panicznej ucieczki Rosjan z Leska. Temat leskich cmentarzy katolickich muszę niestety zamknąć bulwersującą sprawą zniknięcia marmurowego nagrobka Eleonory Bish, siostry Kornela Makuszyńskiego. Mieszkała ona w małym drewnianym domku przy Polanie, na posesji państwa Baran. Pamiętam drobniutką staruszkę w czerni drepczącą co niedziela do kościoła. Zmarła w pierwszych latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Tylko pisownia nazwiska odróżniała ją od emerytowanej kierowniczki szkoły podstawowej w Lesku, Eleonory Bisch, leżącej również na tym cmentarzu. Kornel Makuszyński urodził się w pobliskim Stryju i niewątpliwie jego rodzina miała bliskie powiązania z Leskiem. Oprócz wzmiankowanej siostry, na leskim cmentarzu znajduje się wspólny grób Michała, Katarzyny, Walentego i Karoliny z Filarów oraz Julii Martyngier z Makuszyńskich. Zaznaczyć muszę, że nie jest mi znane jakiekolwiek pokrewieństwo z tymi rodzinami.
Na prawo od bramy starej części cmentarza stoi figura św. Jana. Pełni tu chyba pokutę. Niegdyś posadowiona była w kępie drzew, przy drodze wylotowej z Leska w kierunku Sanoka, mniej więcej w miejscu dawnej restauracji "Podzamcze", teraz pełniącej funkcję taniego marketu i stanowiła jeden ze znaczących punktów odniesienia przestrzennego w pejzażu Leska. Określenie : "koło św. Jana" było dla wszystkich wystarczającą wskazówką o jakie miejsce chodzi.
W związku z przebudową sieci drogowej figurę usunięto i przeniesiono, a raczej schowano na obecnym miejscu. W owym czasie bowiem "przewodnia siła narodu" niezbyt sprzyjała eksponowaniu symbolów kultu religijnego. Trudno zrozumieć, dlaczego to miejsce zsyłki stało się stałym locum figury, która zapewne zasługuje na lepszą ekspozycję.
Cmentarz wojskowy z okresu I wojny światowej.
Cmentarz ten i jego historia został szczegółowo opisany w majowym (2001) numerze Echa Bieszczadów.
Chciałbym tu tylko przypomnieć, że już po drugiej wojnie światowej cmentarz ten był znacznie zaniedbany. Nie było żadnej bramy ani ogrodzenia, w wśród wysokich traw ledwie rozróżnić można było zarysy mogił. Tylko na kilku z nich zachowały się ukośnie ścięte słupki nagrobne z nabitymi taśmami żelaznymi w kształcie krzyża. W 1952 lub następnym roku próbę uporządkowania cmentarza podjęła Pani Maria Hukowa - dyrektor Szkoły Podstawowej w Lesku. Byłem wśród gromady szkolnej dziatwy, która pod okiem nauczycielek starała się przywrócić jaki taki wygląd zbiorowym mogiłom przy pomocy szpadli i grabek. Zdaje się, że była to taka jednorazowa akcja serca bez poparcia władz lokalnych, jako że spoczywający tu żołnierze nie nosili na czapkach czerwonych gwiazd.
Teraz wspaniale odtworzony z nicości cmentarz daje świadectwo, jak wiele może zdziałać determinacja jednego człowieka. Trzeba mieć nie byle jaki charakter, aby samotnie podjąć tak wielkie wyzwanie i zakończyć dzieło niepodważalnym sukcesem. Doprawdy, Lesko może być dumne, że wśród jego mieszkańców znalazła się postać formatu Pana Stanisława Macieli.
Cmentarz wojskowy z okresu II wojny światowej.
Zapewne już tylko najstarsi wiekiem mieszkańcy Leska pamiętają, że ongiś był w mieście cmentarz żołnierzy radzieckich.
Jego istnienie było krótkotrwałe, niespełna dziesięcioletnie. Powstał w samym centrum miasta, na Plantach, obecnie nie wiedzieć czemu nazwanych Placem Konstytucji 3 Maja zamiast Placem Kościuszki, co nakazywałaby logika wynikająca z faktu istnienia na tym placu już od 1901 roku obelisku poświęconego pamięci Naczelnika. Rosjanie w zwycięskim pochodzie na Berlin mieli zwyczaj nie liczenia się z lokalnymi zwyczajami, estetyką i przepisami sanitarnymi, w wyniku czego w wielu polskich miejscowościach miejsca pochówku swoich poległych żołnierzy zlokalizowali w najbardziej eksponowanych miejscach, najlepiej w centralnych punktach. W tenże sposób "uhonorowane" zostało także Lesko. Cmentarzyk był niewielki, co najwyżej o powierzchni 1 ara, co wcale nie świadczy, że pochowano tam małą ilość poległych żołnierzy. Zbiorowe mogiły o różnych długościach były symetrycznie rozłożone przed kamienno - betonowym monumentem. Każda taka mogiła była oblicowana betonowym cokolikiem, a na środku posiadała betonową stellę nagrobną oznaczoną czerwoną gwiazdą. O ile pamiętam, tylko jeden pojedynczy grób zawierał napis z nazwiskiem jakiegoś lejtnanta. Reszta nie posiadała żadnych napisów ani wskazówek odnośnie ilości pochowanych poległych. Z pewnością były to miejsca zbiorowego pochówku szarej żołnierskiej anonimowej braci. W pierwszych latach pięćdziesiątych rząd polski podpisał stosowne uzgodnienia z rządem sowieckim, w wyniku których przystąpiono do likwidacji owych cmentarzy z centrów polskich miejscowości i przeniesienia pochówków na zbiorowe cmentarze wojskowe. Z prac ekshumacyjnych przy cmentarzu w Lesku z pamiętałem makabryczny widok robotnika siedzącego na pryźmie wydobytej z grobów ziemi, pomieszanej z piszczelami i czaszkami i z apetytem zajadającego kiełbasę trzymaną w czarnej od brudu ręce. A potem miejsce po cmentarzu splantowano i pozostawiono tylko kamienno - betonową bryłę monumentu ozdobionego pięcioramienną gwiazdą. Stoi do dziś przy zachodniej pierzei plant. Z frontu nie zawiera żadnych napisów i tylko ta pięcioramienna gwiazda może wskazywać na jego związek z ZSRR. Tylko bardziej uważny obserwator zauważy napisy cyrylicą na tylnej ścianie pomnika. O ile pamiętam, treść jednego z napisów brzmi : "Wielikaja sława gierojam otiecziestwiennoj wojny pawszim w bojach za swobodu i niezawisimost sowieckowo sojuza. Sława russkomu orużju".
Pomnik ten na trwale wpisał się już w obraz tego zakątka Leska i tak już winien pozostać jako trwałe świadectwo historii. Cmentarz żydowski w Lesku zwany był potocznie okopiskiem. Wiele napisał na jego temat A. Fastnacht w "Dziejach Leska do 1772 r.". Jest także wzmiankowany w licznych przewodnikach po Bieszczadach i temu podobnych materiałach. Ograniczę się więc tylko do przekazania paru spostrzeżeń na jego temat, zapamiętanych z czasów mojej młodości. Wtedy jeszcze wszystkie macewy stały prościutko wśród murawy i mchu. Było to krótko po holocauście. Patrząc na rzędy kamiennych nagrobków widziało się prawdziwą tęczę barw. Wszystkie ryte w kamieniu napisy i figury symboliczne były pomalowane różnokolorowymi farbami. Z biegiem czasu warunki atmosferyczne i brak konserwacji dopełniły dzieła i dziś widzimy tylko szary kamień piaskowca. Macewy w sposób wyraźny dzieliły się na dwa rodzaje: te leżące na zboczu, przy dzisiejszym wejściu na kirkut, stanowiły zwykłe bloki odłupanych kamiennych płyt, bez śladu jakiejkolwiek obróbki. Litery napisów na tych macewach były duże i okrągło pisane. Zaliczyć je trzeba do najstarszych obiektów. Natomiast wszystkie późniejsze nagrobki były już jednolite pod względem formy, z obrobionego kamienia i półkulistymi szczytami. Na całym cmentarzu znajdowało się zaledwie dwa, trzy bogatsze nagrobki z marmuru, w tym jeden z kutą w żelazie kratą stanowiącą rodzaj ogrodzenia. Był też jeden, jedyny nagrobek z napisami w języku polskim. Ostatni pochówek miał tu miejsce już po wojnie, gdy złożono tu prochy żydowskiej rodziny wymordowanej we wsi Rudenka. Kirkut był miejscem kaźni części żydowskiej ludności Leska w czasie wojny. Przypadek sprawił, że moja mama, będąc z wizytą u swoich krewnych Starakiewiczów "zza wału" z domu położonego przy murze kirkutu, była świadkiem egzekucji dokonywanej przez Niemców. Na stoku cmentarnego pagórka nachylonym w stronę miasta, nad wykopanym rowem, stał sznur mężczyzn i kobiet w czerni, którą w kilku miejscach zakłócały plamy czerwonych spódnic. Według mamy były to góralki, które Niemcy zgarnęli z mieszkań żydowskich, gdzie oferowały żywność na sprzedaż. Było to najbardziej wstrząsające przeżycie, jakiego Mama była świadkiem i nigdy więcej nie chciała na ten temat mówić. Podobno było kilka takich egzekucji. Latem 2000 roku chciałem ponownie zobaczyć leski kirkut, bądź co bądź jeden z najstarszych w Polsce. To, co tam ujrzałem, przynosi wstyd miastu a zwłaszcza jego władzom. Czyż nie można kilka razy w roku wysłać tam człowieka z siekierą i kosą? Jeżeli miasta na taki wysiłek nie stać, niech się zwróci do Fundacji Nissenbaumów w Warszawie. Tylko pozostanie nadal aktualne pytanie:
Jak tu czerpać korzyści z turystyki? Tadeusz Filar
|