Reportaż z wyprawy
Uczniowski Klub Sportowy "Baszta" od dłuższego czasu współpracuje z różnymi fundacjami. Dzięki tej współpracy oraz pomocy Centrum Informacji Turystycznej w Lesku powstała ścieżka przyrodniczo-dydaktyczna na wzgórzu "Baszta" i przewodnik rowerowy autorstwa p. Jacka Polakiewicza. Od czerwca 2001r. klub "Baszta" wspólnie z BTC w Ustrzykach Dolnych współuczestniczy w pracach Partnerstwa "Zielone Bieszczady", "Greenways Karpaty Wschodnie", których celem jest opracowanie dokumentacji opisującej ponad 600 km tras rowerowych w Bieszczadach. Partnerstwo skupia 8 miejscowych samorządów, 9 stowarzyszeń, 5 szkół, 2 firmy z ośmiu bieszczadzkich gmin oraz Park Narodowy. Celem ich pracy jest stworzenie markowego produktu turystycznego tzw. trasy dziedzictwa przyrodniczo - kulturowego "Greenways Karpaty Wschodnie" wspólnie ze stroną Ukraińską i Słowacką. Co rozumiemy pod pojęciem "Greenways"?. To produkty realizowane wzdłuż "zielonych korytarzy" (np. rzek, tradycyjnych historycznych tras handlowych, naturalnych ścieżek przyrodniczych itp.). Łączą one regiony atrakcyjne turystycznie oraz lokalne inicjatywy społeczne w celu rozwoju turystyki przyjaznej dla środowiska, ożywienia gospodarki lokalnej, promocji regionów - ich atrakcji przyrodniczych i kulturowych, pobudzenia współpracy międzyregionalnej, a także wspierania ochrony dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego.
Celem - opisanej poniżej przez jednego z jej uczestników - wyprawy rowerowej było wytyczenie trasy pod przyszły międzynarodowy szlak rowerowy "Greenways". Patronat nad programem sprawuje Fundacja "Partnerstwo dla Środowiska" z Krakowa, bez wsparcia której ten wyjazd byłby niemożliwy. W wyprawie udział wzięli: Zbyszek Przytulski - opiekun grupy oraz Tomek Pietruszka, Marcin Robaszkiewicz, Daniel Dybaś, Andrzej Zawadzki i Piotrek Lisowski. Zbyszek Przytulski
Reportaż z wyprawy rowerowej na Ukrainę i Słowację.
"Dobre pomysły realizuje się śmiało, byle jakie - długo albo nigdy"
Wyprawa...Poważne słowo, poważna sprawa, a wyprawa na Ukrainę - to już jest coś.
Na Ukrainę, o której tyle się słyszało - przeważnie przestróg: "Uważajcie na rowery, na kasę itd.". Założyliśmy sobie, że będzie trwała trzy dni 15, 16 i 17 września. I udało się!
Zacznę od początku. Stacja kolejowa w Jankowcach i tu pierwsza lekcja. Lekcja cierpliwości zafundowana przez PKP. Pół godziny spóźnienia pociągu, a przecież tyle drogi przed nami. W pociągu spotkanie z celnikami, kolejne ostrzeżenia i oczywiście zdziwienie pomieszane z odrobiną uznania; to: "wariaci" tłumaczyło wszystko.
Pieczątkę w paszport dostałem od ładnej celniczki - dobry początek.
Chyrów - jeszcze kilka formalności i wysiadamy. Wymiana waluty i ...powoli ruszamy żegnani wzrokiem cokolwiek zdziwionych mieszkańców. Kierunek - Stary Sambor.
Kręcimy spokojnie asfaltem, droga bardzo szeroka, nie pierwszej jakości, ale też nie dziurawa. Bardzo mały ruch, mijamy kolarzy na ścigaczach, standardowe pozdrowienie i pierwsza usterka. Siedzenie Andrzeja odmówiło posłuszeństwa. Postój, serwis i już jesteśmy w drodze. Mijamy małe, senne miasteczka, duży cmentarz żydowski i sporo ciekawej architektury - głównie opuszczone i zniszczone cerkwie. Czas i socjalizm nie obeszły się z nimi łagodnie. Po około 20 kilometrach zbaczamy z głównej szosy i kierujemy się na Limną. Trasa ma nas prowadzić przez małe wioski, wzdłuż brzegu Dniestru, który w tych okolicach ma swoje źródła. Tutaj dopiero wzbudzamy sensację! Nasze kolorowe stroje przyciągają wzrok i uwagę miejscowej ludności. Przerywają wykopki i głośno komentują naszą obecność. Zaskoczyła nas ich przychylność. Gdziekolwiek się zatrzymujemy, by sprawdzić trasę na mapie, oferują nam swoją pomoc. Nie ma żadnych problemów z językiem, porozumiewamy się bez trudności. Miejscowe dzieciaki jadą chwilę za nami na swoich "Ukrainach" w bezpiecznej odległości. Próba nawiązania kontaktu kończy się ich ucieczką. Jedziemy doliną Dniestru. Trasa łatwa, mało pojazdów. Jednak kończą się wioski i wjeżdżamy w tereny mniej zamieszkałe, dzikie. Polną drogą pniemy się w górę, a tu roztaczają się przed nami piękne widoki. Zbaczamy z drogi, wybierając jazdę szczytem długiej połoniny ok. 700 m n.p.m. Niesamowita jazda wielką łąką. Mijamy szałas pasterski, dwa nie skrępowane, cwałujące swobodnie konie. Ani śladu ludzi. Stąd widać nasze góry - Bieszczady, tylko z innej, jakże pięknej perspektywy. Zjazd w kierunku widocznych w dole wiosek przerywają dwie, na szczęście niegroźne wywrotki Daniela.
Kierując się mapą i wskazówkami ludzi, próbujemy uniknąć przeprawy przez Dniestr. Most linowy, kładki, rozmowy z uroczymi dziewczętami - sama radość!
A jednak przeprawa przez rzekę nas nie ominęła. Na dodatek dwa razy. Zakole rzeczne spłatało nam figla. Desperacja Robaka (Marcina Robaszkiewicza) skusiła go do przejechania przez bród. Efekt - kąpiel w t r o s z k ę zimnej wodzie.
I wreszcie Limna. Niepozorna mała wioska, ale jest sklep, jakiś urząd i kursuje autobus. Skromne zakupy, degustacja piwa i w drogę, bo zbliża się wieczór. Cel - Turka, miasto powiatowe, ok. 25 tys. mieszkańców. Omijając liczne stada bydła, wielką, ogromną wręcz świnię, mkniemy coraz szybciej, aby zdążyć przed zmrokiem.
Nareszcie Turka. Jest już ciemno, na ulicach także. Jedynie prywatne sklepy i bary są oświetlone. I niespodzianka - brak hotelu. Po przejściowych trudnościach znajdujemy noclegi w Hurtożytoku (akademiku). Bez wody i światła, ale to nie problem, mamy latarki, jest ciepło, sucho i bezpiecznie. Czas na kolację i zasłużony odpoczynek.
Niedziela. 6 rano. Śniadanie, pożegnanie z gościnnym administratorem i w drogę. Na początek dłuuuugi podjazd, a dalej kręcimy szczytem góry w kierunku Przełęczy Użockiej. Mocny wiatr utrudnia jazdę, chmury ograniczają widoczność i straszą deszczem. Mimo, że jest to międzynarodowa droga, jesteśmy na niej tylko my. Jedynie od czasu do czasu mija nas pojedynczy samochód. Po trzech godzinach jazdy, troszkę zmarznięci, zatrzymujemy się na gościnę w przydrożnej chacie. Nagi tors gospodarza i żona w szlafroku nikogo nie peszą.
Uczta: - Herbata o zapachu kminku, gitara w rękach gospodarza i Marlboro w jego ustach pozostanie na długo w naszej pamięci. Jeszcze zdjęcie. Strzemiennego na drogę i jazda. Rozgrzani herbatą, posiłkiem i wódką, jedziemy raźniej. W dole po prawej - Sianki. Tak, te słynne Sianki - koniec Polski na wschodzie. Z polskiej strony pozostały tylko ślady wioski wysiedlonej w akcji "Wisła", a tu - duży węzeł kolejowy i tętniąca życiem miejscowość. Długi, niesamowicie kręty zjazd z Przełęczy Użockiej, a wokół góry, w nich otwory tuneli i rzut okiem na mnóstwo mostów, wiaduktów oraz długie, długie sznury wagonów, co i rusz z innej strony - to główny szlak kolejowy na Węgry i Słowację.
Użok wita nas deszczem, więc korzystając z okazji, wsiadamy do pociągu. Do Małego Bereznego docieramy wypoczęci, w suchych ubraniach i głową pełną wrażeń. Jeszcze kilka kilometrów i Wielkie Berezne, a za miastem przejście graniczne - Ubla.
Deklaracje celne, kontrola bagażu, paszportów zajmują około godziny, ale jesteśmy zadowoleni, bo wypogodziło się, a na Słowacji asfalt jest gładki jak pupa niemowlaka. Teraz jazda jest przyjemna i wesoła. Kilometry spod kół uciekają szybko i bezboleśnie.
W Sninie czeka na nas przyjaciel, Jozef Talarowic pełen energii i zaangażowania w nasz projekt Słowak. Rozkładamy się w prowadzonym przez niego Centrum Wolnego Czasu. Dobry obiad i prysznic dodają nam sił. Odświeżeni i najedzeni wyruszamy na imprezę. Dyskoteka kończy się bójką, oczywiście bez naszego udziału, ale integracja międzynarodowa toczy się w dobrym kierunku. Jana i Andrea chętnie nas wprowadzają w tajniki języka słowackiego. Jednak zmęczenie daje o sobie znać i jako pierwszy postanawiam skorzystać z dobrodziejstwa śpiwora.
Poniedziałek. Wstajemy późno. Śniadanie, pożegnanie z Josefem i, niestety, dopada nas deszcz. 20 km do Humennego pokonujemy w 35 minut. Mimo deszczu jesteśmy zadowoleni, bo zdążyliśmy na pociąg do Polski. Szybkie zakupy i ładujemy się do przedziałów. Już w drodze przeżywamy na nowo te trzy dni niebanalnej przygody.
Taka sama podróż już się nie powtórzy!
Zagórz. Nareszcie. Promienny uśmiech Marty Przytulskiej rozświetla szarą stację, dodaje nam sił na ostatnie - w tym dniu - 7 km do Leska.
I na zakończenie konkluzja: Za nami zachwycające widoki Ukrainy i Słowacji, otwarte przestrzenie, nieskażona przyroda, gościnność i przyjaźń mieszkańców z drugiej strony granicy oraz reszta wrażeń, które trudno opisać słowami.
To nagroda za przekręcenie ponad 200 km w trzy dni. Tomek Pietruszka
|