Dutka - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Dutka


2004-12-12 12:17:38 ostatnio zmieniony: 2004-12-13 12:47:14
Krzysztof Wiktorowicz  


Mniej więcej w połowie października Kede wybrał się po dłuta, które miał mu wypieścić Konik – złotoręki znajomek, przebazowany już za kilka górek do zięcia, na zimę. Tylko on, jak nikt, opanował technologię obróbki cieplnej piór z fiatowskich resorów. Dłuta były niezbędne do przetrzymania zimy bez nabawienia się z nudów odchyłów mózgowych, a te, co Kede miał najlepsze, podsowiecił mu któryś ze znajomych libacjantów jeszcze latem. Niestety, pora była bardzo niesprzyjająca; lepko mglista, bezwietrzna i Kedego raz – dwa wessały po drodze zdradzieckie, bieszczadzkie opary. Wypluły go po kilku dniach z megakacem, do cna sponiewieranego i szeleszczącego szczeciną, pod autobusową wiatą z gontów. Z graffiti wydedukował gdzie go zaniosło. Napisane tam było wołami, jakie części męskiej anatomii reprezentują mieszkańcy dwóch, doskonale mu znanych, miejscowości. Gościł więc, w tej trzeciej – pośrodku. O wiele dalej od swoich wytęsknionych dłutek, niż się spodziewał.


Człowiek zawsze wraca tam gdzie pił, ale Kede był wypłukany z wszelkich wspomnień i na dodatek goły jak modrzew zimą. Nawet u Konika wstyd się było pokazać bez flaszki, znowu z obiecankami zamiast cacanek. Siedział jak miłosierdzie w murku, na połamanej ławce, grzęznąc w ponurych myślach, telepany dreszczami, które uparły się zawiązać mu supeł na soplach i szukał na palcach nazwy dnia. Akustycznie wychodziło na niedzielę, bo zza ścian mgły, po obu stronach szosy, nie przebijało się żadne piłowanie, a w tygodniu ludziska rżnęli opał na zimę jak opętani. I słusznie; im szybciej zerżnęli, tym mniej im można było udowodnić. Jeżeli to była niedziela, to nie mógł liczyć na okazję. Handel, poczta i służby leśne zasłużenie odpoczywały, a PKS docierał tu dwukrotnie; wcześnie rano i dobrze po zmroku. Zegarek też odpoczywał zasłużenie, wskazując jakąś historyczną godzinę. Słońce utonęło w mleku, z lewa lub z prawa, i nie wypowiadało się na temat pory dnia. Znikąd ptaka na rei. Szczegółowy remanent w odzieży ujawnił pięć dwadzieścia drobnymi za podszewką kurtki i pogniecioną paczkę cameli bez akcyzy, co wbiło Kedego w osłupienie, bo gatunek ten widywał tylko u ruskich na targu. Nie było najgorzej; obracał się ostatnio najwyraźniej w sferach nie do końca sponiewieranych biedą, a może nawet skażonych luksusem. Ze wstępnych kalkulacji nawigacyjnych wyszły Kedemu dwa kilometry do znajomego sklepu, w którym nigdy nie odmawiano ludziom z mgły. Ściągnął mocniej luźne sznurowadła – czyżby zdejmował u kogoś buty ? – i zrobił kilka niezdarnych kroków w przyszłość. Z pleców odpadł mu placek ściółki leśnej na bazie gliny i już się wyjaśniło, że może nie reagować na wyprzedzające go pojazdy. Tylko ślepiec lub pijany mógł go zaprosić do samochodu, a z takimi – same kłopoty.

Zza białych tumanów dogoniło go czyjeś kiksowanie na rogu myśliwskim, ale już po dwóch taktach rozpoznał hejnał mariacki w oryginale i przystanął, aby postawić na baczność obie wskazówki sikora. Odnalazł się już w miejscu, a teraz i w czasie. Za jego plecami zawizgały opony. Ktoś ostrożnie, z wyłączonym silnikiem, zjeżdżał z serpentyn. Nie zareagował, ale samochód dogoniwszy go, zatrzymał się nie machany i z otwartego okna luksusowej terenówki wychyliła się roześmiana gęba Bola. Jego strój mógł być szokiem dla obcych, ale Kede go znał, bo sam kiedyś przymierzał. Wojskowa czapa jak rondel, generalskie epolety i pół hektara jaskrawych baretek na piersi mogło przyprawić o udar serca dezerterów z Armii Czerwonej. Za kierownicą siedział jakiś nieznajomy, ale musi znajomy – jak z Bolem, oczywiście w granatowym mundurze ruskiego admirała.

–    Kede! Gdzieś sie tak upaprał?
–    A żuczka machnąłem bo ślisko! – wszyscy wszystko musieli wiedzieć?
–    My skrencamy zara do ciotki ale jak idziesz do siebie to cie najdziem! Byś sie ogolił!
–    Jak? Masz śledzia?

Bolo chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że sam oblicze miał zapleśniałe co najmniej trzydniowym zarostem. Wszystko było jasne. Bola nawiedzili wizytanci, a może i wizytantki. Powiało pustką w bagażniku i wybrali się na zakupy awaryjne, bardzo docelowe. Mundury pochodziły ze sylwestrowej rekwizytorni, z której korzystali jego goście, aby raz w roku zapomnieć o swych nieatrakcyjnych jestestwach.


–    Camela może?

Admirałowi ścierpła chyba noga na sprzęgle odpalonego już silnika, bo odpowiedzi Kede nie dosłyszał. Zabuksowało i znowu został sam, ale nie było najgorzej, bo ktoś oprócz niego najwyraźniej żył. I to nieźle.

Nad altanką udającą sklep paliło się jeszcze nocne światło. Kede potupał buciskami, że niby otrzepuje je z błota. Wątpliwe było, aby ktoś się dał nabrać, ale warto było spróbować.


–    Uszanowienie Zeńka! Masz jakie piwa po dwa sześćdziesiąt?
–    Keduś, urwałeś się? Aaa... No tak! Urwałeś się... Proszę! Ile? Dwa...?
–    No to bede krewien! Pod bogiem!
–    Jak zwykle i na zdrowie! – Zeńka znała Kedego z lepszych czasów kiedy szastał jak chciał, bo miał czym.
–    Na opieńki chodziłeś? Nie za późno?
–    A na to nigdy...
–    Bola trafiłeś po drodze? Wozi się kimś jak opętany...
–    No! On by mnie trafił! O mało co...
–    O masz! Znowu wracają! Chyba tutaj skręcą... Już raz dzisiaj byli, gorzałki szukają do oślepu...

Jeep z chrzęstem zakołował na podsypce pod schodami, jakby to generał powoził a nie admirał.

–    Sie chce – to sie ma! – triumfalnie obwieścił Bolo stając w filcowych bamboszach na żwirze i podciągając opadające gacie od dresu.

Widać było, że mundurował się w trybie alarmowym.

–    Towarzyszu admirale! Pozwólcie! Łykniem jakiego utrwalacza!

Towarzysz admirał miał spodzień również niepasujący do popiersia, ale przynajmniej obuł ekskluzywne gumofilce.

–    Co nam Zeniuś na śniadanie polecasz?
–    Noo... Heinekena w konserwie mam...
–    I bardzo nadzwyczajnie! Kede? Aha... Ty pijesz....
–    Nie, nie! Już skończyłem! – wykrztusił Kede ambitnie dławiąc się połową piwa.

 Camele... Heineken... Jeep... Wojskowa elita z odzysku... Dłutka powoli przestawały Kedemu stać kością w gardle. Byle tylko dyskretnie przewrócić kurtkę na lewą stronę...

–    A tyś aż do ciotki musiał jeździć? Halszka ma zamknięte?
–    Zaparte na amen kratami bo mieli gdzieś wyjechać! Cośmy to mieliśmy jeszcze dziewczynom przywieźć? Na py? Paproch... Papa? Coś koło tego...
–    Wiem, wiem o co ci chodzi! Mam tu różne tabletki pod szkłem. Wybierz sobie...
–    A tam! Daj byle co byle na kaca pomogło. Znasz sie lepiej! – Bolo nie grymasił jak nie było przy czym.
–    Ale tabletki tak na sucho? Może jaka zapitka? – w  Zeńce ocknęła się sklepikarka.
–    No! Byle nie gazowana bo na wątrobe szkodzi...
–    O! Te dziecięce soczki to mi w poniedziałki wszystkie spijają...
–    Fuj! Ale daj zgrzewke! Ja tego i tak pił nie bede. W domu kwaśnice mam! Ale, ale! Pod jakim szkłem jak tu nima? – Bolo upewniał się paluchem.
–    Ano tak... Byś nie uwierzył! Pobili mi się wczoraj w sklepie! Wądoła z tym młodym od spalinówek z nadleśnictwa. I to o co?!
–    O Monisie? – Bolo skojarzenie miał błyskawiczne, ale niecelne.
–    O „Krótkie Pięty”?! – parsknęła z niesmakiem Zeńka – O książkę! Koniec świata!
–    O jaką książkę? – włączył się admirał, z lekka niedowierzająco.
–    Ja tam nie wiem! I tak w strzępy ją podarli... Miała na okładce taka ósemkę wielką, tylko na leżąco...
–    Nieskończoność? – zainteresował się admirał.
–    Sie nie znam! Ale tak plus minus to mi na ósemkę wyglądało...

Ruska szarża chyba zakrztusiła się niemieckim piwem, ale zaraz wypaliła na powietrze, chyba się wysmarkać.

–    No Kede! Podziękuj pani bo bedziem lecieć! Jeszcze mi sie gość przeziębi! Jutro Zeniuś ci zapłace razem z towarem. I do zobaczyska!

Bolo wytoczył się na schodki popychając przed sobą Kedego, którego obarczył zgrzewką niemowlęcych zapitek.

–    Ty Kede gdzie tera?
–    A bo ja to wiem? Od Konika miałem dutka odebrać... Ale on cheba w kościele...
–    No to cie zabieramy! Przydasz się przy gościach, a w niedziele i tak nie masz co robić. Gorzałki też na pewno dawno nie piłeś! A sponsora – mamy!
–    Co prawda to prawda! – Kede zgodził się potulnie z nieprawdą.
–    Coś taki Jendruś załzawiony? – zwrócił się Bolo do admirała.
–    A nic takiego! Tylko ta nieskończoność...
–    No fakt! Widoczności to specjalnej dzisiaj nima! Ale mgła sie jakby rozmaiła...
–    A ty Kede zdymuj te kurtke bo ci w kabinie gorąco bedzie! – subtelny Bolo to przy gościach zawsze był.

Admirał, siedząc bokiem za kierownicą, zręcznie wyskoczył z gumofilców i włożył je do czarnego worka na śmieci, by upchać pod siedzeniem.

–    W takich butkach to ja czucia nie mam! – wyjaśnił.

Kede utonął w miękkim fotelu za Bolem i nim ruszyli zaczął ciąć komara odurzony piwem, syntetycznym zapachem świerka i uskrzydlonymi gradusami mundurowych. Pomajaczyło mu jeszcze trochę o wygibaśnych imprezach, jakie zaliczał u Bola, pomagając mu latem przy gospodarstwie, ale szybko przestało. Ostatecznie nic mu nie było wiadomym o tym, czy ostatnio spał. Bo i jak – jak spał.

Obudził się z chmielowo – świerkowym posmakiem w ustach, spocony jak stary wyżeł. Samochód stał nie wiedzieć gdzie. Deska rozdzielcza świeciła trupim blaskiem. Na zewnątrz była noc. Zegar pokładowy informował o jakiejś ósmej godzinie. Kluczyki tkwiły w stacyjce. Wymacał na drzwiach pierwszy lepszy przycisk i omal nie wypadł, pozbawiony oparcia. Wysunął jedną nogę w niewiadome i zgruntował. Gleba była swojska, w wodzie nie stał, asfalt też gładkością nie straszył. Wcisnął rękę pod fotel kierowcy i stwierdził, że admirał czucia w piętach już nie potrzebował, gdziekolwiek by teraz nie był. Wygramolił się niezgrabnie z samochodu, pociągając za sobą zesztywniałą, wyschniętą na pieprz, kurtkę. Dym z camela wisiał nieruchomo w powietrzu, a w zenicie przebłyskiwały pojedyncze gwiazdy. Były to jedyne punkty świetlne, jak okiem sięgnąć. W kurtce, w napierśnej kieszeni, tkwił jakiś twardy pakunek. Palce się nie myliły; miał przy sobie elegancko zawiniętą w papier wiązkę otrzonkowanych dłutek. Kede stanął przed kolejną zagadką bytu.


Od kompletnej kołowacizny uratowały go jakieś pohukiwania i wątłe światełko zdychającej latarki. Coś szło drogą, wężykiem od fosy do fosy. I to szło co najmniej parzyście, bo gadało nim go zobaczyło.

–    Bolo?
–    Kede? Ty to masz spanie!

Sytuacja się klarowała. Nieważne, że teraz Bolo był admirałem, a Jędruś generałem. Na pewno pomylili się sobą po ciemku, albo u kogoś się rozbierali. Lunęło światłem wzdłuż drogi, gdy generał odpalił elektrownię. Kede dobrą chwilę widział jedynie nic, ale już za moment wyślepiał szczegóły. Bolo ładował do bagażnika jakiś cuchnący wór, a generał usiłował zdjąć gumofilce, bo obuwiem najwyraźniej zapomnieli się zamienić. Kanciaste ruchy jakie wykonywali, świadczyły o tym, że zaliczyli jakiś poligon.


–    A tak w ogóle to gdzie my są? – Kede miał zbójeckie prawo zadać takie pytanie. – No i skąd te dutka u mnie?
–    Ech Kede... Historyja cała! Padłeś jak kawka to my cie nie ruszali... Sie okazało, że sie nima co śpieszyć bo na komórke nas złapali, że dojechała reszta co
w Lesku zanocowała i sytuacja sama sie poratowała!

–    No a dutka?
–    Po kolei! Tośmy pojeździli troche... Byliśmy coś zagryźć pod „Szczającym Miśkiem”... Aha... Tam masz golonke w reklamówce... No i troche zeszło... Skóry tera odebrałem z garbowania bo sobie przypomniałem ... I znowu zeszło... Znaczy prawie przy chałupie jesteś... Jak znalaz...
–    No a dutka?
–    Dutka i dutka! Pół pętli żeśmy zjeździli a ten dutka i dutka! Przejeżdżaliśmy akurat koło tego rzeźbiarza to Jendruś wyskoczył. Ładnie sie prezentuje i język zna niechcący... Tamten gały wywalił jak Jendruś mu: „Dawaj dołota!”. „Jakie dołota?” – tylko wyrzęził. „ Kedego dołota, swołocz!” – Jendruś jemu na to. No i dał! Co miał nie dać... Zobaczył że bagażnik odemykam bo go chciałem flaszką zrewanżować... Może myślał że giwere wymuje? I dał! Nawet w gazete zawinął!
–    Chłopy? U kogo wyście byli?
–    No jak to u kogo? U tego nowego rzeźbiarza co sie osiedlił niedawno! Chornik mu jakoś... Czy Kornik?.. To ksywa chyba? Rzeźbiarz – kornik! Dobre! He he he!

Kede wyciągnął zza pazuchy pakunek i podszedł do reflektorów. Jego stare, wysłużone dłuta wróciły z tułaczki po ludziach. Nawet ładnie wypielęgnowane.

–    No i piknie! I o to plus minus biegało! Wielkie dzięki! Zostawicie jaką flaszke do poduszki?


Strona główna serwisu   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 5