Mniej więcej w połowie października Kede wybrał się po dłuta, które
miał mu wypieścić Konik – złotoręki znajomek, przebazowany już za kilka
górek do zięcia, na zimę. Tylko on, jak nikt, opanował technologię
obróbki cieplnej piór z fiatowskich resorów. Dłuta były niezbędne do
przetrzymania zimy bez nabawienia się z nudów odchyłów mózgowych, a te,
co Kede miał najlepsze, podsowiecił mu któryś ze znajomych libacjantów
jeszcze latem. Niestety, pora była bardzo niesprzyjająca; lepko
mglista, bezwietrzna i Kedego raz – dwa wessały po drodze zdradzieckie,
bieszczadzkie opary. Wypluły go po kilku dniach z megakacem, do cna
sponiewieranego i szeleszczącego szczeciną, pod autobusową wiatą z
gontów. Z graffiti wydedukował gdzie go zaniosło. Napisane tam było
wołami, jakie części męskiej anatomii reprezentują mieszkańcy dwóch,
doskonale mu znanych, miejscowości. Gościł więc, w tej trzeciej –
pośrodku. O wiele dalej od swoich wytęsknionych dłutek, niż się
spodziewał.
Człowiek zawsze wraca tam gdzie pił, ale Kede był wypłukany z
wszelkich wspomnień i na dodatek goły jak modrzew zimą. Nawet u Konika
wstyd się było pokazać bez flaszki, znowu z obiecankami zamiast
cacanek. Siedział jak miłosierdzie w murku, na połamanej ławce,
grzęznąc w ponurych myślach, telepany dreszczami, które uparły się
zawiązać mu supeł na soplach i szukał na palcach nazwy dnia.
Akustycznie wychodziło na niedzielę, bo zza ścian mgły, po obu stronach
szosy, nie przebijało się żadne piłowanie, a w tygodniu ludziska rżnęli
opał na zimę jak opętani. I słusznie; im szybciej zerżnęli, tym mniej
im można było udowodnić. Jeżeli to była niedziela, to nie mógł liczyć
na okazję. Handel, poczta i służby leśne zasłużenie odpoczywały, a PKS
docierał tu dwukrotnie; wcześnie rano i dobrze po zmroku. Zegarek też
odpoczywał zasłużenie, wskazując jakąś historyczną godzinę. Słońce
utonęło w mleku, z lewa lub z prawa, i nie wypowiadało się na temat
pory dnia. Znikąd ptaka na rei. Szczegółowy remanent w odzieży ujawnił
pięć dwadzieścia drobnymi za podszewką kurtki i pogniecioną paczkę
cameli bez akcyzy, co wbiło Kedego w osłupienie, bo gatunek ten widywał
tylko u ruskich na targu. Nie było najgorzej; obracał się ostatnio
najwyraźniej w sferach nie do końca sponiewieranych biedą, a może nawet
skażonych luksusem. Ze wstępnych kalkulacji nawigacyjnych wyszły Kedemu
dwa kilometry do znajomego sklepu, w którym nigdy nie odmawiano ludziom
z mgły. Ściągnął mocniej luźne sznurowadła – czyżby zdejmował u kogoś
buty ? – i zrobił kilka niezdarnych kroków w przyszłość. Z pleców
odpadł mu placek ściółki leśnej na bazie gliny i już się wyjaśniło, że
może nie reagować na wyprzedzające go pojazdy. Tylko ślepiec lub pijany
mógł go zaprosić do samochodu, a z takimi – same kłopoty.
Zza białych tumanów dogoniło go czyjeś kiksowanie na rogu
myśliwskim, ale już po dwóch taktach rozpoznał hejnał mariacki w
oryginale i przystanął, aby postawić na baczność obie wskazówki sikora.
Odnalazł się już w miejscu, a teraz i w czasie. Za jego plecami
zawizgały opony. Ktoś ostrożnie, z wyłączonym silnikiem, zjeżdżał z
serpentyn. Nie zareagował, ale samochód dogoniwszy go, zatrzymał się
nie machany i z otwartego okna luksusowej terenówki wychyliła się
roześmiana gęba Bola. Jego strój mógł być szokiem dla obcych, ale Kede
go znał, bo sam kiedyś przymierzał. Wojskowa czapa jak rondel,
generalskie epolety i pół hektara jaskrawych baretek na piersi mogło
przyprawić o udar serca dezerterów z Armii Czerwonej. Za kierownicą
siedział jakiś nieznajomy, ale musi znajomy – jak z Bolem, oczywiście w
granatowym mundurze ruskiego admirała.
– Kede! Gdzieś sie tak upaprał?
– A żuczka machnąłem bo ślisko! – wszyscy wszystko musieli wiedzieć?
– My skrencamy zara do ciotki ale jak idziesz do siebie to cie najdziem! Byś sie ogolił!
– Jak? Masz śledzia?
Bolo chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że sam oblicze miał
zapleśniałe co najmniej trzydniowym zarostem. Wszystko było jasne. Bola
nawiedzili wizytanci, a może i wizytantki. Powiało pustką w bagażniku i
wybrali się na zakupy awaryjne, bardzo docelowe. Mundury pochodziły ze
sylwestrowej rekwizytorni, z której korzystali jego goście, aby raz w
roku zapomnieć o swych nieatrakcyjnych jestestwach.
– Camela może?
Admirałowi ścierpła chyba noga na sprzęgle odpalonego już silnika,
bo odpowiedzi Kede nie dosłyszał. Zabuksowało i znowu został sam, ale
nie było najgorzej, bo ktoś oprócz niego najwyraźniej żył. I to nieźle.
Nad altanką udającą sklep paliło się jeszcze nocne światło. Kede
potupał buciskami, że niby otrzepuje je z błota. Wątpliwe było, aby
ktoś się dał nabrać, ale warto było spróbować.
– Uszanowienie Zeńka! Masz jakie piwa po dwa sześćdziesiąt?
– Keduś, urwałeś się? Aaa... No tak! Urwałeś się... Proszę! Ile? Dwa...?
– No to bede krewien! Pod bogiem!
– Jak zwykle i na zdrowie! – Zeńka znała Kedego z lepszych czasów kiedy szastał jak chciał, bo miał czym.
– Na opieńki chodziłeś? Nie za późno?
– A na to nigdy...
– Bola trafiłeś po drodze? Wozi się kimś jak opętany...
– No! On by mnie trafił! O mało co...
– O masz! Znowu wracają! Chyba tutaj skręcą... Już raz dzisiaj byli, gorzałki szukają do oślepu...
Jeep z chrzęstem zakołował na podsypce pod schodami, jakby to generał powoził a nie admirał.
– Sie chce – to sie ma! – triumfalnie obwieścił Bolo
stając w filcowych bamboszach na żwirze i podciągając opadające gacie
od dresu.
Widać było, że mundurował się w trybie alarmowym.
– Towarzyszu admirale! Pozwólcie! Łykniem jakiego utrwalacza!
Towarzysz admirał miał spodzień również niepasujący do popiersia, ale przynajmniej obuł ekskluzywne gumofilce.
– Co nam Zeniuś na śniadanie polecasz?
– Noo... Heinekena w konserwie mam...
– I bardzo nadzwyczajnie! Kede? Aha... Ty pijesz....
– Nie, nie! Już skończyłem! – wykrztusił Kede ambitnie dławiąc się połową piwa.
Camele... Heineken... Jeep... Wojskowa elita z odzysku... Dłutka
powoli przestawały Kedemu stać kością w gardle. Byle tylko dyskretnie
przewrócić kurtkę na lewą stronę...
– A tyś aż do ciotki musiał jeździć? Halszka ma zamknięte?
– Zaparte na amen kratami bo mieli gdzieś wyjechać!
Cośmy to mieliśmy jeszcze dziewczynom przywieźć? Na py? Paproch...
Papa? Coś koło tego...
– Wiem, wiem o co ci chodzi! Mam tu różne tabletki pod szkłem. Wybierz sobie...
– A tam! Daj byle co byle na kaca pomogło. Znasz sie lepiej! – Bolo nie grymasił jak nie było przy czym.
– Ale tabletki tak na sucho? Może jaka zapitka? – w Zeńce ocknęła się sklepikarka.
– No! Byle nie gazowana bo na wątrobe szkodzi...
– O! Te dziecięce soczki to mi w poniedziałki wszystkie spijają...
– Fuj! Ale daj zgrzewke! Ja tego i tak pił nie bede.
W domu kwaśnice mam! Ale, ale! Pod jakim szkłem jak tu nima? – Bolo
upewniał się paluchem.
– Ano tak... Byś nie uwierzył! Pobili mi się wczoraj
w sklepie! Wądoła z tym młodym od spalinówek z nadleśnictwa. I to o co?!
– O Monisie? – Bolo skojarzenie miał błyskawiczne, ale niecelne.
– O „Krótkie Pięty”?! – parsknęła z niesmakiem Zeńka – O książkę! Koniec świata!
– O jaką książkę? – włączył się admirał, z lekka niedowierzająco.
– Ja tam nie wiem! I tak w strzępy ją podarli... Miała na okładce taka ósemkę wielką, tylko na leżąco...
– Nieskończoność? – zainteresował się admirał.
– Sie nie znam! Ale tak plus minus to mi na ósemkę wyglądało...
Ruska szarża chyba zakrztusiła się niemieckim piwem, ale zaraz wypaliła na powietrze, chyba się wysmarkać.
– No Kede! Podziękuj pani bo bedziem lecieć! Jeszcze
mi sie gość przeziębi! Jutro Zeniuś ci zapłace razem z towarem. I do
zobaczyska!
Bolo wytoczył się na schodki popychając przed sobą Kedego, którego obarczył zgrzewką niemowlęcych zapitek.
– Ty Kede gdzie tera?
– A bo ja to wiem? Od Konika miałem dutka odebrać... Ale on cheba w kościele...
– No to cie zabieramy! Przydasz się przy gościach, a
w niedziele i tak nie masz co robić. Gorzałki też na pewno dawno nie
piłeś! A sponsora – mamy!
– Co prawda to prawda! – Kede zgodził się potulnie z nieprawdą.
– Coś taki Jendruś załzawiony? – zwrócił się Bolo do admirała.
– A nic takiego! Tylko ta nieskończoność...
– No fakt! Widoczności to specjalnej dzisiaj nima! Ale mgła sie jakby rozmaiła...
– A ty Kede zdymuj te kurtke bo ci w kabinie gorąco bedzie! – subtelny Bolo to przy gościach zawsze był.
Admirał, siedząc bokiem za kierownicą, zręcznie wyskoczył z gumofilców
i włożył je do czarnego worka na śmieci, by upchać pod siedzeniem.
– W takich butkach to ja czucia nie mam! – wyjaśnił.
Kede utonął w miękkim fotelu za Bolem i nim ruszyli zaczął ciąć
komara odurzony piwem, syntetycznym zapachem świerka i uskrzydlonymi
gradusami mundurowych. Pomajaczyło mu jeszcze trochę o wygibaśnych
imprezach, jakie zaliczał u Bola, pomagając mu latem przy
gospodarstwie, ale szybko przestało. Ostatecznie nic mu nie było
wiadomym o tym, czy ostatnio spał. Bo i jak – jak spał.
Obudził się z chmielowo – świerkowym posmakiem w ustach, spocony jak
stary wyżeł. Samochód stał nie wiedzieć gdzie. Deska rozdzielcza
świeciła trupim blaskiem. Na zewnątrz była noc. Zegar pokładowy
informował o jakiejś ósmej godzinie. Kluczyki tkwiły w stacyjce.
Wymacał na drzwiach pierwszy lepszy przycisk i omal nie wypadł,
pozbawiony oparcia. Wysunął jedną nogę w niewiadome i zgruntował. Gleba
była swojska, w wodzie nie stał, asfalt też gładkością nie straszył.
Wcisnął rękę pod fotel kierowcy i stwierdził, że admirał czucia w
piętach już nie potrzebował, gdziekolwiek by teraz nie był. Wygramolił
się niezgrabnie z samochodu, pociągając za sobą zesztywniałą,
wyschniętą na pieprz, kurtkę. Dym z camela wisiał nieruchomo w
powietrzu, a w zenicie przebłyskiwały pojedyncze gwiazdy. Były to
jedyne punkty świetlne, jak okiem sięgnąć. W kurtce, w napierśnej
kieszeni, tkwił jakiś twardy pakunek. Palce się nie myliły; miał przy
sobie elegancko zawiniętą w papier wiązkę otrzonkowanych dłutek. Kede
stanął przed kolejną zagadką bytu.
Od kompletnej kołowacizny uratowały go jakieś pohukiwania i wątłe
światełko zdychającej latarki. Coś szło drogą, wężykiem od fosy do
fosy. I to szło co najmniej parzyście, bo gadało nim go zobaczyło.
– Bolo?
– Kede? Ty to masz spanie!
Sytuacja się klarowała. Nieważne, że teraz Bolo był admirałem, a
Jędruś generałem. Na pewno pomylili się sobą po ciemku, albo u kogoś
się rozbierali. Lunęło światłem wzdłuż drogi, gdy generał odpalił
elektrownię. Kede dobrą chwilę widział jedynie nic, ale już za moment
wyślepiał szczegóły. Bolo ładował do bagażnika jakiś cuchnący wór, a
generał usiłował zdjąć gumofilce, bo obuwiem najwyraźniej zapomnieli
się zamienić. Kanciaste ruchy jakie wykonywali, świadczyły o tym, że
zaliczyli jakiś poligon.
– A tak w ogóle to gdzie my są? – Kede miał zbójeckie prawo zadać takie pytanie. – No i skąd te dutka u mnie?
– Ech Kede... Historyja cała! Padłeś jak kawka to my
cie nie ruszali... Sie okazało, że sie nima co śpieszyć bo na komórke
nas złapali, że dojechała reszta co
w Lesku zanocowała i sytuacja sama sie poratowała!
– No a dutka?
– Po kolei! Tośmy pojeździli troche... Byliśmy coś
zagryźć pod „Szczającym Miśkiem”... Aha... Tam masz golonke w
reklamówce... No i troche zeszło... Skóry tera odebrałem z garbowania
bo sobie przypomniałem ... I znowu zeszło... Znaczy prawie przy
chałupie jesteś... Jak znalaz...
– No a dutka?
– Dutka i dutka! Pół pętli żeśmy zjeździli a ten
dutka i dutka! Przejeżdżaliśmy akurat koło tego rzeźbiarza to Jendruś
wyskoczył. Ładnie sie prezentuje i język zna niechcący... Tamten gały
wywalił jak Jendruś mu: „Dawaj dołota!”. „Jakie dołota?” – tylko
wyrzęził. „ Kedego dołota, swołocz!” – Jendruś jemu na to. No i dał! Co
miał nie dać... Zobaczył że bagażnik odemykam bo go chciałem flaszką
zrewanżować... Może myślał że giwere wymuje? I dał! Nawet w gazete
zawinął!
– Chłopy? U kogo wyście byli?
– No jak to u kogo? U tego nowego rzeźbiarza co sie
osiedlił niedawno! Chornik mu jakoś... Czy Kornik?.. To ksywa chyba?
Rzeźbiarz – kornik! Dobre! He he he!
Kede wyciągnął zza pazuchy pakunek i podszedł do reflektorów. Jego
stare, wysłużone dłuta wróciły z tułaczki po ludziach. Nawet ładnie
wypielęgnowane.
– No i piknie! I o to plus minus biegało! Wielkie dzięki! Zostawicie jaką flaszke do poduszki?
|