Kede już od godziny oglądał wyłącznie swoje kończyny i tors, a cały
znajdował się na otwartej połoninie, powyżej linii lasu. Mimo tego, że
kilkaset metrów niżej budziły się do życia żmije, a kaczeńce kipiały
żółcią na bagnach, tutaj leżał jeszcze zbity śnieg i zalegała mgła tak
gęsta, że niknęły w niej czubki gumiaków. Na szczęście w tym żywiole
czuł się swojsko i trasę znał tak dobrze, że wystarczało mu kontrolować
nachylenie podejścia, aby zachować właściwy kurs. Na upartego mógł, nie
przerywając marszu, zamknąć ogłupiałe od bieli oczy i dać im odpocząć,
bo łzawiły tylko niepotrzebnie, wypatrując punktu zaczepienia.
Bywają rzeczy, których istnieniu w nieprzypisanych im miejscach
zaprzecza tak zwany zdrowy rozsądek. Umysł wówczas wierzga i
rozpaczliwie broni się przed zaakceptowaniem meldunków zmysłów,
donoszących o istnieniu kępy tataraku na pustyni, kotletów spadających
z nieba, czy też kozy w nosie ukochanej osoby. Kede zatrzymał się, bo
właśnie dostał takiego kopa. Kilkanaście metrów przed nim leżała,
zaryta do połowy w śniegu, stalowoszara, blaszana beczka. Za daleko
stąd było do szlaków zrywkowych i ciągników napędzanych ropą – to niby
jak? Pod górę się pokatulała? Czasami przelatywał tędy goprowski
śmigłowiec, ale tam mieli szlaban na taki czarter – to niby skąd? Wiatr
przyniósł? Wytłumaczenia nie było. Rzucił w śnieg plecakiem, by sobie
przysiąść. Musiał zapalić, a z ogniem, na wszelki wypadek, nie chciał
zbyt blisko do znaleziska podchodzić. Kurzył i zastanawiał się czy
przypadkiem satelity i inne rakiety nie palą na ludzki spirytus.
Siedział na wystarczającej ilości, co prawda jeszcze surowej, ale
idealnej do takiego paliwa zakąski. Ćwiartka wytrybowanej czyściutko
tuszy dzika, zapakowana w reklamówki, miała trafić na drugą stronę
połoniny, która właśnie dzisiaj uparła się wejść chmurze do zadka. Za
połoniną na dzika czekała podobna porcja jego krewniaczki, świni
domowej. Razem połączone miały stworzyć półlegalną świninę idealną; nie
za tłustą, nie za kruchą, uformowaną w pęta podwędzonych kiełbas.
Kede wcisnął peta w śnieg i zrobił pierwsze trzy kroki w kierunku
beczki. Daleko nie musiał chodzić. Schylił się i podniósł wystający ze
śniegu plastikowy korek od jakiegoś gazowanego wina. Plastik z bliska
nie był już taki szary, ale nadal ciemniejszy od oślepiającej,
bezwymiarowej bieli. Wszystko wracało na swoje miejsce. Obecność
takiego korka można było wytłumaczyć w każdym miejscu, choćby na
zasadzie „nasi tu byli”. W tym przypadku mógł go tutaj zdmuchnąć wiatr
z grzbietu połoniny, a przecież nie tak dawno Nowy Rok świętowano i
tutaj. Bywali zapaleńcy, którzy w tę noc wdrapywali się na połoninę z
pochodniami i urządzali pokaz fajerwerków, zapraszając rakietnice
pograniczników do pokojowego dialogu.
Rozczarowany i pogodzony z figlami optyki Kede, ściskając w dłoni
posylwestrowe wspomnienie niczym amulet, podjął, chcąc nie chcąc, mozół
marszu, obiecując sobie już nie reagować nawet na zarytą w śniegu
ciuchcię. Gdy biała gładź wypłaszczyła się pod stopami, a dziczyzna
przestała ciągnąć do tyłu, wdepnął w głęboką bruzdę grzbietowej
ścieżki. Tyle jej widział, co miał pod stopami. Wszystkie ślady w
zagłębieniu były rozlane i zdeformowane wielokrotnym topnieniemi
zamarzaniem. Szlak nie był używany co najmniej od miesiąca. Od południa
leciutko wiało, ale mgle na gęstość wcale to nie szkodziło. Przy
ścieżce, po lewej stronie, stała przekrzywiona tyka oszlakowania. Kede
dał się skusić jeszcze raz. Zrobił dwa kroki, żeby sięgnąć po
zapomniany przez kogoś kijek narciarski, ale ręka trafiła w próżnię.
Tym razem oko, widząc jednocześnie ludzkie tropy, nie skłamało;
najprawdziwsza tyka tkwiła sobie spokojnie kilka metrów od jego
wyciągniętej ręki. Zawstydzony, rozglądnął się na boki czy go ktoś nie
widzi, ale i tego odruchu zaraz się zawstydził. Któż mógł go tu widzieć?
Kede miał już dość omamów i mgły. Zapragnął wyplątać się z niej jak
najszybciej. Południowe stoki na pewno były już wolne od śniegu, a
schodzących z połoniny na dole zwyczajowo częstowano herbatą z prądem.
Uniósł do głowy ręce, by głębiej naciągnąć na uszy włóczkową czapkę i
stwierdził, że najwyżej może sobie poprawić grzywkę. Ulubiona czapeczka
z pomponikiem, tyle razy obrażanym pod sklepem przez jego znajomków,
została na ostatnim postoju, kiedy to całkowicie pochłonęła go wizja
daru niebios. Z westchnieniem złożył plecak w koleinie i zaczął wracać
po swoich, prawie niewidocznych na skorupie śniegu, śladach. Już z
kilku metrów, w miejscu gdzie zrobił sobie zakurkę, dostrzegł
czerniejącą jamę ukwieconą wydartą spod śniegu borowiną. Pomponik
leżącej opodal czapeczki coś przeżuło i najwyraźniej wypluło; chyba za
rzadko mył głowę. Od jamy, w której komuś najwyraźniej apetycznie
zapachniało, na obie strony rozbiegały się dwa wilcze tropy. Zrozumiał,
że spłoszył parę wilczych nowożeńców, którym marzyła się weselna uczta.
Zszedł jeszcze kilkanaście metrów po swoich śladach i bez zdziwienia
stwierdził, że wilki szły za nim, od dołu, krok w krok.
Gdy popalając, spacerkiem wrócił na grzbiet, zastał tyczkę na swoim
miejscu. I tylko tyczkę. Brezentowy plecak był już rozpruty i
wypatroszony. Kawałki folii ześlizgiwały się z wiatrem po stoku. Z
dzika zostało tylko trochę strzępów wielkości dłoni. Kede także nie
przeżuwał zbyt dokładnie, kiedy go coś goniło, ale nikt nie dorównałby
mistrzom szybkiego szamania. Prawie widział wilki, jak napakowane do
rozpuku, unoszą w zębach największe kawały, których nie zdołały
połknąć. One jednak miały ten komfort, że mogły ten sam posiłek zjeść
powtórnie, nie śpiesząc się, a on nigdy tego nawet nie próbował. Teraz
został posiadaczem plecaka w poglądowym przekroju, kilograma ochłapów i
plamy na honorze. Z plecaka można było odzyskać jeszcze sprzączki i
pasy, dziczyzna nadawała się na psią karmę, ale sponiewierany honor
kwilił, jak zarzynany. Wyparowała herbata z prądem, a zakąsić mógł
jedynie czosnkiem, który uchował się w kieszeni plecaka. Sponiewierane
mięso, po namyśle, perfidnie rozrzucił na południowym stoku, tam gdzie
najstromiej, żeby rabusie, którzy prędzej czy później wrócą po resztki,
trochę się nabiegali. Poharatany plecak zwinął w kłębek ściągając go
sznurkiem i zaczął z ciężkim sercem ponownie schodzić na dół.
Mgła skończyła się dopiero w lesie, pokrytym gdzieniegdzie samotnymi
łatami śniegu. Bukowe pnie, nagrzewane wiosennym słońcem wytapiały
sobie w zaspach kielichowate wazony. Woda rwała ścieżką ku dołowi i
szło się gorzej niż z bagażem pod górę, bo ten przynajmniej wbijał
obcasy w glebę. Niżej zaszczekał pies, odpowiedział mu drugi. Kede
rozpoznał posokowce Bożka. Wyprzedziły właściciela o dobre
kilkadziesiąt metrów, kłusując pod górę i rozpryskując błoto. Witały
Kedego jakby z tydzień nie go nie widziały, a jemu następny kilogram
błota na spodniach nie robił już różnicy. Szczególnie interesowały się
szczątkami plecaka, ale podwinęły ogony pod siebie, gdy im podetkał go
pod nosy.
– Darz bór, gajowy! Na spacer sie wybrałeś? – Kede pierwszy zagadał uprzejmie do władzy leśnej.
– A psiarstwo trza troche przegonić, bo patrzaj jak
sie zapasły przez zime! Nałóg to pół bidy ale Powódka dupe wlecze... A
ty skąd wracasz? Na ksiutach byłeś po drugiej stronie?
– A tak se łaziłem popod śniegiem czy rogów co nie zostało...
– No toś sie trochu spóźnił. Po wsi szukaj! O! Czosnek niedźwiedzi już bije? Nie... To cheba od ciebie jedzie!
– Ode mnie ode mnie, bom se wziął główke do chleba...
– A masz jeszcze w domu?
– Ze dwa ząbki bedzie...
– To wpadnij po południu to ci dam, bo mnie już
zielone puszcza! Co ma sie zmarnować jak ty czosnkiem żyjesz...
– No nie tylko...
– Dobra dobra! Nie zagaduj! Coś tam w balonie jeszcze chlupa...
– Jak chlupa to wpadne!
– Nałóg! Powódka! Noga! – Bożek zrobił zbiórkę – Idziemy!
Kede, pod ciężkim wzrokiem nieufnie zerkających na niego psów,
powlókł się w dół na łąki, kilkanaście razy zanurkował pod kolczastymi
drutami grodzącymi pastwiska i po dwóch kwadransach siedział już na
zydlu przy swoim piecu. Rozwiesił na drucie onuce, uprzednio
wytrzepawszy je z błotnych naleciałości i zeszłorocznych liści.
Dmuchnął pod kuchnię i przystawił na fajerki czajnik, aby napić się
bezwoltowej herbaty. Korek po szampanie nadział na pierwsze z brzegu
poroże, aby przypominał mu jak sobie mgła może czasem z człowieka
zażartować. Z wazonika na kredensie wyjął ukrywane przed światem
okulary i zajął się wypruwaniem ze zwłok plecaka wszystkiego, co się
mogło jeszcze przydać.
Przed zmrokiem odgrzał sobie trochę dziczych podrobów, opluskał gębę i
poszedł do Bożków na porzeczkowe wino. Halszka była gdzieś na posiadach
u sąsiadów, a Bożek drzemał na swoim stanowisku w telewizyjnym.
– No myślałem żeś pad po tej połoninie… Bo ja to nogi
mam poodparzane jak na wojnie! – pożalił się gospodarz – Zdymuj
guwniaki i siadaj! Tu masz pilota… Pobaw się,
a ja ide zassać.
Wrócił za chwilę ze słojem po korniszonach i dwiema szklankami.
– Trochu muszek może być bo mi w rułce woda wysechła ale sie cheba nie odchudzasz?
– Tera to może zaczne… – Kede pozwolił sobie na szczyptę autoironii.
– A z czego ty chudzino? Oby nam sie!...
– A psy gdzie masz? Molto tylko mnie witał…
– Toś ich nie nazdepł na schodach? Leżom jak nieżywe!
Rozpuczyło je i raz biegawka raz rzygawka. Wiadro wody już wypiły jakby
sie śledzi nażarły… Musiały gdzieś w lesie splodnrować śpiżarnie
wilkom. Nie może być inaczej bo śmierdzącego badziewia sie nie ruszą.
Obłaziłem całą kwatere jak zobaczyłem że sie oblizują ale nic! Na
niebie ani jednego kruka… No musowo wilki okradły!
– A co tam w lesie mogły słonego zjeść? Sól z lizawki? – Kede był już w domu.
– Już! Abo ogóra z beczki!
– Wykurują się… tfy… jak je… tfy… przedryluje…tfy… – Kede popluwał w dłoń muszkami.
– A pewnie! Jak z tydzień żryć nie dostaną… Ale coś
dalej tu nie pasi… Spotkałem ci ja pierwszych turystów… Zza połoniny
przyszli. Cheba sznurek wcześniej se musieli przerzucić… Przecie tam
mgła że kroić!
– No no! Widziałem z dołu! – zgodził się Kede.
– Wyglądali mi na bywałych… A ona se jeszcze
żartowała że mgła czy nie mgła to i tak nie widzi… I gadają mi że ledwo
co pode szczyt podeszli na czworakach prawie, a tu prask im przed nosem
kawał mięcha o lód… I zgupieli…
– Wielkie mi tam… Ptaszysko ścierwo zgubiło…
– No! Orzeł na pewno i to musowo kurtularny bo se odkroił elegancko…
– Jak to odkroił?
– Normalnie! Nożem? Brzytwą? Piórem z dupy? Ja tam wiem czym one kroją..?
– Co to sie wyrabia… – Kede popił muszego wina, bo poczuł jak go palą
w żołądku przesolone podroby – ale wszystko możebne… Mnie sie kiedyś we mgle zwidziało żem na beczke wlaz… Mniejsza o to…
– Zwidziało? Ona mówiła że nawet do ręki wziena bo
myślała ze mąż z niej łacha ciągnie! No i co? Rozumujesz co z tego?
– Ci mówie to wszystko przez te mgłe… Bede szedł, bo Halszka jeszcze wróci… Bóg ci zapłać za porzeczki…
– I na zdrowie! A czosnek masz tam w siatce w sionce… Tylko se światło pstryknij!
Kede wbił stopy w gumiaki i zmacał pstryka na ścianie. Obok stosu butów
leżał na boku Nałóg i nawet się nie podniósł, aby gościa odprowadzić.
Łypnął tylko okiem.
– Pali bebech? Sie nie gniewaj… – szepnął Kede – One to dopiero majom przewalone!…
|