Z cyklu-Bieszczady w moim życiu - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Z cyklu-Bieszczady w moim życiu


2002-02-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-02-01 09:34:48
Jan Szelc  


Jan Szelc - Z wędrówek po Bieszczadach część I-II

Rozmiar: 14518 bajtówJako absolwent Liceum Pedagogicznego w Krośnie, z numerem nakazu pracy w dyplomie, w roku 1954 stanąłem przed alternatywą: "wschód" albo "zachód". Wybrałem "wschód", czyli powiat leski. Leżał bliżej, jakby "za miedzą" i świadomość częstego kontaktu z rodziną przeważyła. Taką samą decyzję podjął mój kolega szkolny "z jednej ławki", Janek Józefczyk. Nie wiedziałem wtedy, jaki sens mojemu życiu nadadzą Bieszczady. Oceny własnego wyboru dokonałem po latach.

Ówczesny inspektor szkolny, Jan Maciela skierował mnie do woli Matiaszowej, a Janka Józefczyka do Berezki. Już sama droga z Hoczwi, kręta, wyboista i miejscami skalista, dostarczyła nam mocnych wrażeń. Staliśmy pochyleni na wozie drabiniastym, zaprzężonym w parę koni, a woźnica o kruczych włosach i smagłej twarzy, przywykły do tego takich warunków "podróżowania" nie żałował bata. W chwilach wolnej jazdy mogliśmy sycić oczy nowym, egzotycznym dla nas krajobrazem.
Bryły chałup, kopuły cerkiewek oraz pasmo lasu na horyzoncie miały ostre rysy i mocno oddziaływały na młodzieńczą wyobraźnię. Woźnica milczał zajęty powożeniem koni, ale z jego oczu emanowała życzliwość. Mój przyjaciel wysiadł ze swoim dobytkiem w Berezce, a ja po przejechaniu jeszcze dwóch kilometrów zbitej na popiół drogi ujrzałem zabudowania wsi, w której miałem uczyć dzieci.


Wóz zatrzymał się przed domem sołtysa, Jana Litery.
Sołtys powitał mnie serdecznie ale z zakłopotaniem. Okazało się bowiem, że budynek przeznaczony na szkołę nie został w porę wyremontowany. Litera, weteran kampanii wrześniowej, szybko jednak znalazł wyjście; dogadał się z Władysławem Pachem, osadnikiem spod Limanowej i ten wynajął bezpłatnie na szkołę dwie izby w swoim domu.


W jednej została utworzona "klasa", a w drugiej miała być moja sypialnia i kancelaria. Izba była klasą tylko w dzień, bo na noc ścieliła w niej swoje łóżko Anielka, szwagierka gospodarza. Izba, w której spałem, podzielona była przepierzeniem z desek, a za nim przechowywano ziemniaki. Z powodu wybitej szyby w oknie mój sen nigdy nie był głęboki. Ogrzewała mnie za to serdeczność gospodarzy, którzy traktowali mnie prawie jak członka rodziny. W chłodne jesienne dni gospodarz "przeniósł" Anielkę na piec, a mnie odstąpił jej łóżko, rozwiązując w ten sposób problem moich bezsennych nocy.

Nie mniej życzliwie przyjęła mnie cała wieś, złożona z 10 rodzin osadników i 4 rodzin miejscowych, żyjących ze sobą w przykładnej zgodzie. Stołowałem się u Pachów, a kiedy Maria Pach wyczerpała swoje nadwyżki, przyjęła mnie na utrzymanie Maria Dobosz, która gotowała smacznie za skromne 200 zł miesięcznie, gdy pensja nauczyciela wynosiła średnio 600 zł. Sute i mocno zakrapiane przyjęcie na powitanie zrobił mi najbogatszy gospodarz wsi, Mikołaj Semczyk. Wracając z jego domu do swojej kwatery, kołysany wesoło, przechodząc przez kładkę nad potokiem, zrozumiałem, że wszędzie da się żyć i wszędzie można odczuwać radość. Kiedy miała mnie odwiedzić matka, przyszedł mi z pomocą uczynny Jan Nowak. Pojechał ze mną wozem po wertepach, w świetle gwiazd około 30 km za... chlebem. Sklepu w pobliżu nie było, a ja chciałem podjąć tak drogiego gościa własnym wiktem.


Ludzie darzyli mnie zaufaniem. Jeden z miejscowych wzruszał mnie do łez, ukazując w tajemnicy blizny na plecach, "pamiątkę" po latach, kiedy panowała tu nienawiść.
W grudniu ukończono remont budynku przeznaczonego na szkołę i mogłem wyprowadzić się z domu Pachów do nowego obiektu. Nie sprawiło mi to jednak większej radości. U Pachów czułem się jak w rodzinie, szybciej upływały mi słotne, jesienne dni. Poza tym musiałem opuścić wygodne łóżko i sypiać na podobnym do wyrka, wyścielonym samą słomą, które użyczył mi Mikołaj Serbin, ten sam, który przywoził mnie na Wolę pamiętnego 1 września 1954 roku. Godziłem jedno z drugim. Uczyłem i spałem w szkole (salce sąsiadującej z klasą), ale czas wolny spędzałem przeważnie u Pachów lub u kolegi w Berezce, z którym chętnie wymienialiśmy swoje wrażenia i pierwsze doświadczenia. W cieniu starych modrzewi, ocalałych z dawnego parku dworskiego, wracaliśmy myślami do minionej epoki. Ująłem to później w wierszu:


Drzewa wstrzymały oddech
nawet powietrza nie ranią
koronne modrzewie
Słychać kroki sprzed lat
rozgawory drogi z kołami wozów
Duch dworu wypełza z ruin


Na niedzielę wyjeżdżaliśmy do swoich rodzin. Drogę do miasteczka odległego o 16 km pokonywaliśmy pieszo, ponieważ autobusy kursowały tu rzadko, a potem, gdy nie było połączenia z Zagórzem, dokładaliśmy jeszcze 5 km drogi, by dotrzeć do stacji Lesko - Łukawica. Podobnie wyglądały powroty.

Zdarzało się, że spotykaliśmy po drodze stada wilków.
Rekord szybkości marszu osiągnęliśmy, zdążając na wesele w rodzinne strony. Było to w lutym 1955 roku. Drogi wtedy zawiało i wystąpiły zakłócenia w komunikacji autobusowej. Aby zdążyć na ostatni pociąg z Zagórza do Krosna, musieliśmy pokonać pieszo w śniegu i mrozie odległość 30 km. Do Zagórza dotarliśmy na 5 minut przed odjazdem pociągu.


Podczas silnych mrozów rzadko odwiedzałem przyjaciela. Mało też czytałem, gdyż biblioteki w pobliżu nie było, a jedynym pismem, jakie docierało do wsi, był tygodnik "Gromada". Przesiadywałem wtedy wieczorami u Pachów, gdzie schodzili się także inni sąsiedzi. Czas upływał nam na grze w karty, rozmowach, śpiewaniu góralskich i ukraińskich piosenek. Czasem stary Starysz wygrywał pod oknem skoczne melodie na harmonii. Bywało też, że zamykałem się w szkole na samotną kontemplację albo wpadałem na pogawędkę do sołtysa, jedynego na Woli myśliwego, który miał w zwyczaju częstować mnie potrawą z dziczyzny.

Wiosną, kiedy dni wydłużały się, trzeba było wymyślić coś nowego dla spędzania czasu wolnego. Wpadliśmy na pomysł utworzenia we wsi koła LPŻ. Przewodniczący Zarządu Powiatowego LPŻ, Stanisław Kapral przyjął wniosek i wkrótce nasze koło liczyło 10 członków, zostałem jego przewodniczącym. Niedługo otrzymaliśmy broń ćwiczebną, a na posesji Semczyka urządziliśmy strzelnicę. "Moich chłopców" poniosła raz fantazja i z karabinem bojowym (KBK) zrobili wypad na dziki, które buszować ponoć miały na zagonach jednego z gospodarzy. Na szczęście dziki poczuły "pismo nosem" i w porę poszły w las.


Pensję nauczyciela pobierałem w Wołkowyi, "stolicy" tych okolic, do której najkrótsza droga prowadziła przez Wierchy i wieś Rybne. Miałem szczęście raz obejrzeć na boisku sportowym tej wsi niezwyczajny mecz. Niezwyczajność jego polegała na tym, że w bramkach stali milicjanci w mundurach, w obronie strażacy, po skrzydłach uganiali się leśnicy w zielonych mundurach, a w ataku pośród innych napierał na przeciwnika piłkarz w gumiakach i po cywilnemu, którym, jak się później okazało był... ksiądz Stopa, kapłan o nietuzinkowej osobowości i nietypowych dla duszpasterza zainteresowaniach.
Zdarzyło się, że w Myczkowie podczas zabawy pierwszomajowej byłem świadkiem bijatyki między "małojcami" z Soliny i osadnikami z Berezki. Główną w niej rolę odegrał wypity alkohol.

Ważnym i długo dyskutowanym na Woli wydarzeniem była kolektywizacja wsi. Mimo agitacji, w której i ja musiałem wziąć udział, praca nad kolektywizacją szła opornie. W końcu spółdzielnię utworzono, ale jej żywot był krótki. Jałowa, zakrzaczona ziemia, brak parku maszynowego i przekonania mieszkańców spowodowały, że ją niedługo rozwiązano.

W czerwcu pożegnałem Wolę, ale tylko na dwa miesiące. Po wakacjach wróciłem do miejsca przypisanego mi nakazem pracy, a częściowo nakazem sumienia. Wróciłem już jako swój, oczekiwany przez ludzi, z którymi się zżyłem i dzieci, dla których byłem pierwszym nauczycielem. Niestety, nie na długo, bo jesienią 1955 roku otrzymałem kartę powołania do służby wojskowej. Mieszkańcy Woli pożegnali mnie ze smutkiem, ja ich z nadzieją na powrót.

Do Woli Matiaszowej już nie wróciłem, a mój "bieszczadzki chrzest" i wspomnienia z pobytu w tej wsi przedstawiłem w wierszu pt. "Z Woli Matiaszowej":

Przylgnęła do drogi
niby - wieś
wiodła żywot pokutny
za grzech Ognia
Pod jednym niebem
Preczysta i Frasobliwy
przemilczali blizny
I próg każdy
łasił się do stóp
ból koił
a co usta nie domówiły
czyniła to dłoń
dobrej Woli


Przeżycia na pierwszej placówce nauczycielskiej, aczkolwiek utkwiły w mojej pamięci jak pierwsza miłość, były tylko wstępem do trwającej długo mojej przygody z Bieszczadami. Po odbyciu służby wojskowej inne już okoliczności i inne obcowania z ludźmi zrodziły we mnie nowe pasje i zamiłowania związane z Bieszczadami, wzbogacając treści mojego życia i nadając nowy sens każdemu doświadczeniu.
Stały się one inspiracją do napisania książki wspomnieniowej pt. "Między pracą a przygodą" oraz czterech tomików poezji: "Gwiazda Małej Rawki", "Sine Wiry", "Mycykowy Dział" i "Próg domu".

Czym były i czym są Bieszczady dla mnie i innych twórców nimi zauroczonych, trafnie i lapidarnie ujął poeta sanocki, który powiedział: "- Mamy Bieszczady, Janie i to nas trzyma"...


Po odbyciu służby wojskowej, inspektor oświaty w Lesku "awansował" mnie, kierując na posadę do Olszanicy. Słowo "awansował" jest uzasadnione: miejscowość ta bowiem rozsiana w rozwidleniu dróg nad trzema potokami, otoczona malowniczym krajobrazem wzgórz, w odróżnieniu od Woli Matiaszowej, mojej pierwszej placówki, już wtedy posiadała stację kolejową, pocztę, piekarnię, bufet, dwa sklepy, posterunek MO i ośrodek zdrowia. Warto więc było zakorzenić się na dłużej, tym bardziej, że miejscowa szkoła kierowana przez Marię Klimowicz potrzebowała męskiej ręki, a klimat w niej i zapał młodzieży do pracy społecznej dawały gwarancję, iż tutaj będę mógł wyładować nadwyżkę energii nagromadzonej podczas życia w mundurze. I nie myliłem się. Wykorzystując entuzjazm uczniów i swobodę, jaką dawała mi kierowniczka szkoły, udało mi się w krótkim czasie zrealizować w pełni własne plany: szkoła zyskała obiekty sportowe, pracownia nowe narzędzia wykonane przez uczniów, a nauczycielom przybyło pomocy naukowych, szczególnie do fizyki. Młodzież samorzutnie podejmowała prace społeczne wynikające z konkretnych potrzeb, np. dzięki zbiórce żołędzi szkoła mogła zakupić telewizor. Osiągnięcia te wpływały pozytywnie na wyniki w nauce, co pozwalało młodzieży na stopniowe przełamywanie kompleksu wsi, a we mnie wskrzesiło iskrę twórczą: Wykonałem m.in. prototyp nowego liczydła do nauczania tabliczki mnożenia w młodszych klasach. Niektóre pomysły opublikowałem w czasopismach szkolnych . W taki sposób, w klimacie pracy i optymizmu, rodziły się moje dążenia do ucieczki od przeciętności, które później rozwinęły się w pasje.

W wolnym czasie urządzałem sobie wycieczki na pobliskie wzgórza: Dział, Magurę i Żuków. Często w towarzystwie Marysi Orłowskiej, która później została moją żoną. Silne wrażenie robiła na mnie przyroda tych okolic ze śladami pogorzelisk zarośniętych zielskiem, z półdzikimi sadami i wysokimi trawami, przez które musieliśmy się przedzierać forsując progony (wąwozy do prowadzenia bydła) i potoki z krystaliczną wodą. Nowe przeżycia wyzwoliły we mnie impuls do powtórnego zainteresowania się poezją. Pierwsze wiersze pisane w Olszanicy, choć poświęcone w większości okresowi dzieciństwa, przeplatane były utworami powstałymi pod wpływem zauroczenia krajobrazem i tematem rozmów toczonych ze znajomymi i rodziną Marysi.


Penetrując uroczyska i zakątki w okolicy, nie mogłem oprzeć się pokusie fotografowania. Jako nauczyciel fizyki miałem temat na zajęcia pozalekcyjne. Wkrótce fotografia stała się moją kolejną pasją. Udokumentowałem m.in. powódź stulecia, która nawiedziła Bieszczady. Wnet odkryłem korzyści, jakie daje łączenie wykorzystania obiektywu w parze z poezją. Efektem tego są albumy zawierające ponad dwa tysiące zdjęć, które doskonale dopełniają to, czego nie da się wyrazić słowem. Obecność tematyki bieszczadzkiej w moich wierszach spowodowała, że zainteresował się nimi Jerzy Pleśniarowicz - poeta i redaktor miesięcznika "Profile" w Rzeszowie. Drukował moje utwory i utrzymywał ze mną korespondencję. W jednym z listów napisał: "Cieszy mnie stały rozwój uwidoczniony w nowych Pańskich wierszach. wyróżniają się one autentycznym źródłem inspiracji, wzrostem świadomości pisarskiej". Słowa te były dla mnie ogromnym wyróżnieniem, jednym z czynników, które zdecydowały, że uwierzyłem w siebie, a opisywanie wierszem Bieszczadów stało się moją trzecią pasją.

Od 1967 roku objąłem stanowisko dyrektora szkoły; dwa lata później dzieci rozpoczęły naukę w nowym obiekcie. Dzięki zaangażowaniu rodziców, młodzieży i nauczycieli, przy wsparciu zakładów pracy (POM, RPRD, jednostki OTK), w ciągu kolejnych lat powstały przy szkole nowe obiekty sportowe. Znaczącą rolę przy tych pracach odegrał nauczyciel Piotr Marszałek. Nasza wspólna praca na rzecz szkoły przyniosła liczne wyróżnienia: otrzymaliśmy nagrodę w postaci sprzętu sportowego za kwotę 5 tys., a szkoła stała się wzorcową placówką w Bieszczadach. Obszernie napisałem o tym w książce wspomnieniowej wydanej po przejściu na emeryturę pt. "Między pracą, a przygodą".

Dobry los tak chciał, że w tym czasie na mojej drodze spotkałem Stanisława Orłowskiego, przewodnika i miłośnika Bieszczadów. Razem z Nim i kierowniczką biblioteki, osobą oddaną bez reszty działalności społeczno-kulturalnej, organizowaliśmy pierwsze spotkania z interesującymi ludźmi związanymi z poezją, prozą, dziennikarstwem. Oazą dla twórców był gościnny Dom Wczasów Dziecięcych w Zwierzyniu, kierowany przez Stanisława Białogłowicza i dom pp. Gołdów w Stefkowej. Klimat spotkań wzbogacał gospodarz Janusz, z zawodu nauczyciel, z powołania poeta-filozof, mistrz dialogu. Wiele do myślenia dawały mi spotkania z kombatantami.


Kiedy Stanisław Orłowski odkrył we mnie wrażliwość na uroki bieszczadzkiej przyrody, postanowił "wyciągnąć" mnie w góry.
Wspaniałą okazją do tego stawały się rajdy "Śladami sławnych piór" i wyjazdy szkoleniowe przewodników w Bieszczady. Udział w nich ubogacił mnie poznawczo i duchowo, zbliżył do ludzi gór i dostarczył "materiału" do twórczości. Tak powstał tom poezji "Gwiazda Małej Rawki". Najmocniej przeżyłem uroczystość ślubowania przewodników u stóp Berda k/Myczkowiec. Była to prawdziwa uczta dla ducha i ciała. Bogaty ceremoniał odbył się przy ognisku, które rozniecił senior przewodników - Aleksander Marnik. Chwile te upamiętniłem w wierszu kończącym się słowami:
Podniósł się wtedy gniewny Berdo
nad stosem krwią zabłysnął wierną
Solą posypał chleb szatanów
i wypił duszkiem noc do Sanu
A nóż utopił głosem sumienia
żeby ze wstydu rdzą poczerwieniał


No i wesele...Turystyczne wesele podczas "Bieszczadzkiej eskapady weselnej" w lipcu 1980 roku. Ślub Marysi Sobocińskiej ze Stanisławem Orłowskim w małym kościółku w Średniej Wsi, a następnie wyjazd na ucztę weselną na polanę przy bacówce "Pod Małą Rawką" w Brzegach Dolnych i zabawa do białego rana przy muzyce organisty Marcinika.

Bogactwo doznań i twórczych uniesień już podczas pierwszych wędrówek po Bieszczadach, wzbudziło we mnie nieodpartą chęć dalszego poznawania tych gór, gdyż wydawały mi się krainą głębszych refleksji, miejscem spotkań człowieka jeszcze wolnego od piętna cywilizacji.


Wędrówki po Bieszczadach, których początki Czytelnicy już znają, stały się dla mnie warunkiem uprawiania poezji
bieszczadzkiej i rozwijania pasji fotograficznej, a także okazją do spotkań z ludźmi pragnącymi podobnie jak ja bliskiego
kontaktu z Naturą. Było to cenne odkrycie, gdyż jeszcze bardziej spotęgowało mój zapał do wędrowania po "kapuścianych górach", ścieżkami własnych zainteresowań. Mniej pociągały mnie utarte szlaki turystyczne, na których spotkać można było grupy wycieczkowiczów, mających niewiele wspólnego z prawdziwą turystyką. Jeśli na nie wkroczyłem, to po to, żeby z nich zboczyć i odkrywać miejsca mało znane, ale równie piękne lub ciekawe. Piękne przez swoje położenie czy uroki w określonej porze roku, ciekawe przez osobliwości lub historię. Czasem chodziło o zjawiska natury, które w takim a nie innym miejscu można było najlepiej obserwować i najgłębiej przeżywać. Wtedy decydowałem się na udział w większej grupie, prowadzonej przez wytrawnych przewodników, co gwarantowało pełne osiągnięcie celu.

Taką była wyprawa przewodników i nauczycieli 20 października 1980 roku, a gwoździem programu było podziwianie wschodu słońca nad Tarnicą. Opisałem to w swoich wspomnieniach:
"Oczy wpatrzone były w jeden punkt na horyzoncie, gdzie otwierało się niebo. Światło rozszerzało się stopniowo i cicho, żeby nie zbudzić przedwcześnie wiatru, aż ukazało się wielkie, mocno ukrwione serce dnia - słońce. Gdy oderwało się od ziemi - matki, poczęło tracić purpurę, aż doszło do koronacji. Wtedy wszyscy złożyli mu pokłon i poddali się słonecznej władzy".
W tej eskapadzie pobiłem rekord życiowy, pokonując około 45 km, w tym większość na szlaku granicznym. Udało się także wykonać unikalne zdjęcie, przedstawiające dym z mielerzy o kształcie głowy pięknej blondynki.


Udział w grupach zorganizowanych pozwalał mi także na bliższe poznanie historii sławnych ludzi, których życie splecione było w jakimś stopniu z Bieszczadami i którzy tu pozostawili trwałe ślady. Do takich należeli m.in.: Aleksander Fredro, Wincenty Pol, Seweryn Goszczyński, Zygmunt Kaczkowski i znany z walk partyzanckich w Bieszczadach - major Mikołaj Mucha-Kunicki. Tenże Kunicki jako żywy świadek tamtych lat, uczestnicząc w rajdach jemu poświęconych, dał się poznać jako człowiek o ogromnej sile przekonywania, która miała duże znaczenie w podejmowaniu trudnych decyzji podczas walk i partyzanckich manewrów.


Jak już nadmieniłem, pora roku i anomalie pogodowe decydują również o tym, że świat przez nas postrzegany, a szczególnie pewne miejsca i zakątki, nabierają nowych znaczeń, zadziwiają ekspresją, olśniewają. Połonina Wetlińska w maju zaskakuje kontrastami:
"Zimny wiatr od płatów śniegu kłuje szpilkami ciało,
a jednocześnie mrowią się deszcze majowe
na słonecznych kopcach
i przebiśniegiem ząbkuje Wiosna"
(z wiersza "Wiosna na Wetlińskiej".)

I kontrast kolejny rzuca się w oczy na krańcach Polany: drewniana chateńka niewiele większa od pobliskiej kapliczki i
demonstracja współczesności w stylu pałacowym, oddzielone od siebie łąką bujnego ziela z ponadczasową muzyką świerszczy. I czas odwieczny, mierzony ilością skał podrzeźbianych wodami potoku Głuchego.


Suche lato 1994 roku odkryło piękno miejsc, z jakim nie spotykamy się zbyt często. A jesienią miałem szczęście być w Sinych Wirach i nad Jeziorkiem Szmaragdowym. Taka gra światła, cieni i barw ukośnych w promieniach słońca odbijanych od Połomy, ślizgających się po sinych badoniach i zaglądających do pieczar skalnych nie powtórzy się już nigdy i nigdy też Jeziorko Szmaragdowe nie będzie miało tyle uroku, co w tamtej porze. Fotografia nie odda wszystkiego, dołączę zatem fragmenty wierszy: "Sine Wiry" i "Krajobraz z jeziorkiem"

Rozmiar: 17981 bajtów

"Sine Wiry
huczą w jarze /pieśń cerkiewną
nad Ikony łzami
które skamieniały..."

"W oddali Połoma
w grzechu pychy
tonie
grają w liście
krasnolice
o złoto modrzewi...

nurt Wetlinki
od brzegu do brzegu

za nim olchy
w szarych getrach
krok w krok "


Za najpiękniejszą dolinę w Bieszczadach jedni uważają dolinę Tworylnego, inni dolinę Łopienki. Obydwie są piękne w swoim rodzaju. Oazy ciszy i zieleni, gdzie tylko dwa potoki szepczą do siebie - tak można opisać Tworylne. Ale w wierszu moim Tworylne to także:
"Bezwieś
ruiny cerkwi
jak relikwie
bryła daczy
odarta
z wilczej skóry
na piknik czarownic
głucha".

W sierpniu odbywają się w dolinie Tworylnego spotkania młodych, organizowane przez nie pogodzonych z wyrokami historii.
Rzucają one cień na sakrum tego miejsca, którego...
"nazwa
dymem z chyż
owiana do bólu"...
(z wiersza Tworylne).

W dolinie Łopienki gdzie...
"Czas tu zatarł ślady
a mowy potoku
nikt nie wysłuchuje
...tylko cerkiew
w pełnym blasku"...

I to dzięki ogromnemu zaangażowaniu Zbigniewa Kaszuby, absolwenta Politechniki Warszawskiej, który wszystkie wolne chwile poświęcił na remont dachu, a potem dzwonnicy i przeważnie za swoje pieniądze. Na przełomie sierpnia i września 2000 roku odbyła się w tej cerkwi uroczystość poświęcenia ikony Matki Boskiej Łopieńskiej, kopii tej, która zdobi kościół w Polańczyku. Wprawdzie Madonna nie objawiła się w pniu starej lipy, jak przepowiedziałem w wierszu: "W dolinie Łopienki" i nie nastąpił cud pojednania, ale wspólne nabożeństwo celebrowane przez duchownych dwóch obrządków zbliżyło do siebie ludzi, których przodkowie byli kiedyś wrogami. Niektóre "cuda" podobnie jak stworzenie świata nie są aktami jednorazowymi. Dlatego trzeba być cierpliwym.


Włodzimierz Bayer-Nałęcz, którego korzenie rodowe sięgają Kresów, odbudował kaplicę na przełeczy Hyrcza. Nostalgia za małą Ojczyzną swoich przodków skłoniła go do tego czynu, ale odniósł się krytycznie do "pikników czarownic" zwoływanych w dolinie Tworylnego.
Kaplica na Hyrczy jak i cerkiew łopieńska to stacje dawnego pielgrzymowania, ale są też w Bieszczadach liczne kapliczki i
krzyże przydrożne, przy których, być może, spoczywali kiedyś wędrowcy i kupcy, a może pieśni majowe śpiewały dziewczyny z siół, których już nie ma. W Bystrem i Michniowcu niemal w każdym obejściu stoi kapliczka pobielana na biało ze znakami wiary, miłości i nadziei. Nawet na odludziu albo w głębi kniei, jak koło Rabego za Baligrodem gdzie ...
"krzyż wieżyczki
ugięty w pokorze
przywołuje dierzby i dzięcioły
na modlitwę
za drwali"...
(z wiersza "Kapliczka w lesie").


Kościółek pod wezwaniem Matki Boskiej Ostrobramskiej i cerkiew murowana w Żernicy stoją w odległości kilku kilometrów od siebie. I tu i tam umarłe cmentarze wchłaniane stopniowo przez las. W kościółku jeszcze ktoś od czasu do czasu zmienia kwiaty. A było kiedyś inaczej. I będzie inaczej, jeśli twórców zbrodniczych ideologii zgodnie potępimy.
Miejscowość Rajskie ma urocze położenie, ale czy jest rajem? W maju, gdy łąki nad Sanem w kaczeńcach toną czyli..."świecą złotem
najwyższej próby...",
na zboczach kwitną rajskie jabłonie, a nad zatoką krążą mewy - to Rajskie jawi się...rajem.


Rozmiar: 4209 bajtówAle gdy patrzę na obiekt dawnej owczarni popadający w ruinę, na szkielet kaplicy i krzyż w gruzach cerkwi u stóp kurhanu, moje wrażenia arkadyjskie ustępują miejsca głębokiej zadumie.
W wędrówkach po Bieszczadach dotarłem także do dna "worka bieszczadzkiego", czyli Sianek. Pustkowie i bezdroża robią wrażenie, jakby tu od zawsze był teren zapomniany przez Boga, zbiesiały. Zaintrygowany tym uroczyskiem sięgnąłem do źródeł (St. Kłos "Bieszczady") i "odkryłem" ze zdumieniem, że było tu kiedyś letnisko z kilkoma schroniskami, pensjonatami i restauracjami, a także stacja turystyczna PTT, dwór Stroińskich i cerkiew. Na okolicznych stokach Grot-Rowecki szkolił swoich żołnierzy w narciarstwie. I nabrałem szacunku do tego zakątka naszej ziemi.
Rozważając, czym są dla mnie Bieszczady (posłowie w tomiku poezji "Mycykowy dział" Andrzej Burgardt napisał m.in.: "Na pewno Krainą Łagodności - rezerwuarem marzeń, wzruszeń, estetycznych przeżyć, twórczych uniesień, enklawą ciszy, spokoju, zadumania, refleksji, miejscem spotkań z drugim człowiekiem". Ujął to pięknie i celnie, chociaż nie w pełni wyczerpująco.
Z uważnej lektury opisanych w uproszczeniu kilku moich przygód doznanych na ścieżkach Bieszczadów wynika, iż góry, o których tu mowa, poprzez ich penetrację były dla mnie także cyklem lekcji historii, szansą na bliższe poznanie samego
siebie, pogłębieniem własnej wrażliwości, a także okazją do konfrontowania swoich wizji poetyckich z rzeczywistością. Nic dziwnego, że ten obszar doznania związany z Bieszczadami wybrałem, a nie wątłą duchowo perspektywę życia wyłącznie wśród pułapek cywilizacji.

Wybór ten uzasadniłem poetycko:.

"Wolę tam
gdzie język liczb nie dzieli
nie zubaża wnętrza
Gdzie można upewniać się nieustannie
że jest się człowiekiem."

Bieszczady nie pozostały mi dłużne - w roku 1994 z inicjatywy PTTK w Lesku poświęcono mi XVII Rajd "Śladami Sławnych Piór", co uznałem za ogromny kredyt zaufania. Podjąłem nowe inicjatywy literackie, aby nie zawieść społeczności bieszczadzkiej.

Jan Szelc




Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 6