Na haku wbitym w stropową belkę kołysało się, prawie niedostrzegalnie, emaliowane wiadro ze źródlanką. Połyskiwało w półmroku odmierzając swym wahaniem jakieś abstrakcyjne, wiadrom tylko wiadome, jednostki czasu. U pułapu ciepło się gnieździło i woda miała się tam najlepiej, bo zamarzała tylko najzimniejszymi nocami. Każde kaszlnięcie wichury wciskało do baraku samotne śnieżynki, skazane w cieple na śmierć. Szukając resztek zimna, w agonii lgnęły do towarzyszek i zbijały się w lodową lamówkę, obrysowującą kontur nieszczelnych drzwi. Jedyne wyjście awaryjne tym sposobem było prawidłowo oznakowane i łatwe, nawet w nocy, do odnalezienia.
Zamieć trwała już drugi dzień, lekko tylko folgując nad ranem. Czując jej zapowiedź w kościach, Sewerek jeszcze w piątek wciągnął do środka prawie ćwierć kubika drew spod okapu, aby nie wygrzebywać ich teraz spod śniegu. Nie podnosząc się z pryczy szarpnął za róg koca, którym zasłonił o zmierzchu poświstujące szczelinami okno i apartament zalało mdłe, rozproszone światło. W miejscu, w którym ludzie zwykle przymocowują zaokienne termometry, Sewerek miał przydrutowany słoik z trzema zahibernowanymi motylami, pospolitymi cytrynkami, które latem kolektywnie oblepiały butelki po trunkach owocowych, składowane na tyłach baraku. Z pierwszym wiosennym słońcem miał zamiar podlać je kilkoma kroplami słodkiej wody i cieszyć się, jak co roku, radosnym cudem reanimacji; ich i swoim. Już od kilku zim eksperymentował z różnymi gatunkami, ale tylko cytrynki nie rozsypywały się na wiosnę w pył. Psim swędem on także. Może dlatego, czuł do nich sympatię i traktował je jako osobisty barometr przetrwania.
Para buchała z ust, ale Sewerek bohatersko pozbył się wierzchniego wełniaka i wbił nogi w wojłokowe wkłady do gumiaków, które zastępowały mu kapcie. Obie kury drzemiące w przykrytym workami kojcu, przyzwyczaiły się już do raptownych zmian pór dnia i wydobyte na światło poranka godnie milczały, lekko tylko obrażone, strosząc pióra dla ochrony przed chłodem. Rutynowe badania prenatalne Sewerek im chwilowo odpuścił. Wczuwał się w ich sytuację. Paluchy miał jak sople.
Żeliwną kozę załadował jeszcze wieczorem, aż po rurę, brzozowymi okrąglakami i żaru miał w palenisku pod dostatkiem. Najlepiej grzała wierzba i dąb, ale brzoza żar trzymała najdłużej. Dąb swojskich lasów za gęsto nie porastał, a wierzba rosła tylko przy potokach. Buka było pod dostatkiem, ale grzał gorzej nawet od jaworu i wiązu. Do rozpałki Sewerek używał jesionowych i modrzewiowych szczapek, które przygotował sobie jeszcze latem. Gdy przemókł lub przemarzł i zależało mu na awaryjnym odpale, to chrzcił zimny popiół chlustem surowej ropy naftowej z sąsiedzkiego odwiertu. Śmierdzieć to i śmierdziało w baraku nawet kilka dni, odmiana była od zapachu kurnika, buzowało za to ekspresowo.
Z wiklinowego koszyczka, w którym drzemał cukrowy baranek z rozmazanym makijażem, wybrał dwa jaja. Jedno z krzyżykiem, machniętym stolarskim ołówkiem, a drugie bez. Pierwsze pochodziło od Pikuliny, drugie od Matrony. Sewerek od tygodni usiłował odnaleźć różnice w smaku, zapachu i wielkości produktów swych niosek, aby nie mieć wątpliwości, której dać pierwszeństwo rosołowe, gdyby głód zaskowyczał. Jak na razie, wnioski w kwestii niosek były żadne, mimo tego, że próbował jaja gotować, smażyć, pić na surowo, a nawet wystawiać na próbę psuja. Kury uparły nieść się identycznie, jakby wiedziały, że gra idzie o życie. Sewerek przeczuwał, że w decydującej chwili będzie musiał stuknąć jednym o drugie.
Rozdmuchany i nakarmiony ogień błyskawicznie rozpalił do czerwoności spękane fajerki. Zaskwierczały na patelni wiórki zestruganej, zamarzniętej słoniny. Pikulinie jaje, jak zwykle bliżej uchwytu patelni, Matronie – na obrzeżku. Nie można było pomylić. Zimowy chleb, póki mrozy trzymały, miewał Sewerek świeżuteńki, jak wprost z piekarni. Zawsze kilka skostniałych bochenków wisiało w potrójnym foliowym worku, zawieszonym w drewutni, wysoko, na powrózku, aby gryzonie w konsumpcji człowieka nie wyprzedziły.
Nie minęło pół godziny, jak bardziej opity herbatą, niż najedzony, Sewerek jął sposobić się do wychyłu w niepowabnie zapowiadający się świat zewnętrzny. Kury uwinęły się już ze skorupkami po własnych jajach, więc sypnął im przygarść pszenicy do puszki po konserwie i zamknął z powrotem w kojcu, aby apartamentu nie ofajdały nim wróci. Owinął stopy pasami z wysłużonej flanelowej koszuli, potem stronami lokalnej gazety codziennej, a potem jeszcze raz flanelą. Cholewki gumiaków opętlił trzykrotnie sznurkiem, aby śniegu nie czerpać. Dwa swetry, na dwóch koszulach i waciak miały go izolować od pieszczot zimy. Waciak i tak, jeśli nie śnieżyło, jechał za nim na sankach. Gdy się ciągnie byle ciężar, to zawsze cieplej.
Drzwi baraku szczęściem znajdowały się po zawietrznej, od wschodu i dały się otworzyć. Sewerek wyciągnął z drewutni swój skuter śnieżny. Dziwaczne, niskie sanie, sklecone na bazie dwóch różnych, znaleźnych nart, pochodzić mogły z eskimoskiego koszmaru sennego, ale były solidne, tu i tam spawane, gdzie indziej sznurkiem albo i na mutry ściągnięte, więc swoje mogły unieść. Pod butem skrzypiało, czyli za ciepło nie było. Co miało nawiać, to chyba już nawiało, bo wiatr się uspokajał i przezierało już na przeciwległą stronę doliny. Sewerek przymocował trokami do sanek swoją jedyną siekierę, założył skobel na drzwi i zamienił się w husky’ego. Nawet sobie wesoło szczeknął, bo na razie miał z górki. Ścieżkę między rdzawymi brzuchami retort zawaliło śniegiem po pas, ale innej drogi nie było.
Ciężko Sewerkowi przychodziło, mimo dobrego humoru i chwilowo pełnego żołądka, przyznanie się przed samym sobą, do prawdziwego celu wycieczki. Na tor bobslejowy to on nie wybierał się, na pewno. Miał w planie przespacerować się tu i tam, zerknąć w otwarte nieba bezkresy i posłuchać. Przede wszystkim posłuchać ptaków. Nie wszystkie kruki odlatywały na zimę. Te, które zostały, miały dietę wymuszoną aurą. Gdy pod zabójczą, puchową kołderką poznikały gryzonie, płazy, owady i owoce, pozostawały im prawie wyłącznie resztki po drapieżnikach. Sewerkowi też. Zimą stawał się ludzkim krukiem. Lotni krewniacy nie działali jednak w pojedynkę. Samotny kruk, co najmniej bez pary, był czymś nienaturalnym, więc Sewerek, dodawszy swą wrodzoną nielotność, czuł się nienaturalny podwójnie. Kruki interesowały go z prostej przyczyny. Jeżeli krążyły zbyt długo nad jednym miejscem, oznaczało to jedną z dwóch rzeczy. Mogły widzieć czyjąś biesiadę i czekały na swoją kolej, ale mogły też obserwować zwierzę osłabione, odłączone od stada albo ranne. Najczęściej wszystko naraz. Nie odpuszczały nigdy i czasami mogło to trwać całymi dniami. Bezbłędnie sygnalizowały wszystkie małe leśne tragedie, bo i po co by miały, bezinteresownie krążyć godzinami w jednym miejscu.
Dziś połap chmur zwieszał się jeszcze zbyt nisko, ale lada chwila mogło się wszystko zmienić. Ptaka na lekarstwo, tylko gdzieś wysoko w lesie, jak opętany łomotał dzięcioł. On też musiał ostro się napracować, aby przeżyć. Sewerek dotarł do stokówki, którą maszerowało się wygodniej, mimo tego, że nie była przetarta. Nie było w okolicy zbyt wielu ryzykantów, gotowych przy niedzieli dobrowolnie zakopać się w świeżym puchu. Z łańcuchami jeździło tylko nadleśnictwo i wszyscy niezwykle sobie to cenili, ponieważ ślad służb leśnych był czytelny jak ich szyld w gminie.
Uwaga Sewerka skierowana była teraz w zupełnie innym kierunku. Nie interesowało go białe pod nogami. Miało tylko głowy nie zawracać i być płaskie. Oderwany od przyziemności, rozglądał się po sinym niebie, w poszukiwaniu czarnych punktów i strzygł uszami, nasłuchując kruczej mowy. Gdy zerknął w pewnym momencie pod nogi, stwierdził, że idzie po ludzkich śladach, tkających trop z przeciwnej strony. Piechurów deptało dwóch i szli gęsiego, co było naturalne zważywszy warstwę śniegu, ale coś wodziło ich po drodze bez pomyślunku i rzucało w najgłębsze zaspy.
Jedyną wiarygodną na tym padole rzeczą dla Sewerka były ślady na śniegu. Każdy przekręt, w każdym miejscu był możliwy, ale śniegu nie oszukał nikt, kto po nim stąpał. Pocieszał się tym często, kiedy prowadził ze sobą filozoficzne dysputy o szarej godzinie. Wrócił więc, po swoich śladach, ciekaw od jak dawna depcze po cudzym tropie.
W tym miejscu stokówka przecinała nieckowate obniżenie, od lat nieprzejezdne po roztopach. Chudy dren pod drogą nie wyrabiał na wiosnę, szybko się zamulał i w efekcie woda przebierała górą, a kiedy przelewać się przestała, to zalegała tam tak długo, aż zaczynała cuchnąć i w końcu szła do nieba, ale dopiero jak przygrzało. Kilka lat temu ktoś z gminy zalał w tym miejscu silnik i w gatkach z gabloty musiał się ewakuować. Zaowocowało to natychmiastowym dostarczeniem, w to miejsce, kilku betonowych kręgów do budowy przepustu. Kręgi spuszczono z platformy po dechach, byle jak, bez dźwigu. Jedne leżały dziurą ku niebu, inne na sztorc. Naturalną koleją rzeczy do dziś wszystkie służyły tylko za kibel, co bardziej ekskluzywnym turystom. Gdyby były lżejsze, dawno po nich śladu by nie zostało.
Mijając wcześniej cmentarz tej poronionej, gminnej inicjatywy, Sewerek nie zwrócił uwagi na to, że jeden z leżących kręgów nakryty jest przyśnieżoną płytą paździerzową, która przed laty była pierwszym na tym terenie banerem reklamowym. Reklamował on, tuż przy drodze, łatwość wzniecania pożarów za pomocą niedopałków papierosów marki „Sport”. Płyta miała wiele różnokalibrowych przestrzelin i obłamane naroża, ale nie rozpadła się jeszcze, będąc najwyraźniej obficie napokostowaną. Ślady prowadziły pod samą cembrowinę. Sewerek poluzował troki mocujące na sankach siekierę, przeżegnał się i zrzucił płytę w śnieg.
Na wyściełających dno, widać świeżo nachapanych, gałęziach świerczyny kuliły się, z głowami wciśniętymi między kolana, dwa ludzkie precle. Precle musiały już dość dawno uruchomić program autodestrukcji, bo buchnęło mu w nozdrza przetrawioną gorzałą z lekką nutą piwa jasnego. Rzut oka na czapki wystarczył Sewerkowi do identyfikacji. Tutaj pana poznawało się nie po cholewach a po mycce. Czerwony pompon należał, na bank, do Bożkowego kuzyna, który ściągnął tu za nim przed trzema laty i dorobił się, jak na razie, tylko lekkiej marskości wątroby. Żołnierska uszanka należała do małżonka Zeńki z kiosku, aktualnie na lekarskim. - Bileciki do kontroli! – warknął Sewerek groźnie.
Zareagował tylko Wiesiu spod pompona. Uniósł głowę, mrużąc oczy i próbował coś powiedzieć. Był popielaty pod szczecią, a z warg łuszczyła mu się skóra, na podobieństwo wiórków ze struganej do śniadania słoniny.
- Co z wami? – na serio zaniepokoił się Sewer. - Co to… Coo to ku… kurna za studnia? – wykrztusił Wiesiu w końcu. - Osrana! – lakonicznie wyjaśnił Sewerek. – Gdzie was tu zaniesło? Żyć się znudziło?
Wiesiu usiłował zmienić pozycję, ale tylko jęknął. Na pewno zesztywniał, ścierpł albo i przymarzł do betonu. Szturchnął tylko swego kompana. Raz, drugi i trzeci. W końcu coś zamamrotało, ale bardziej jakby zasyczało. Z Zeńcynego musiały uchodzić ostatnie opary pary. Wiesiu usiłował podnieść mu łokciem brodę.
- Zeńcyny! Koniec jazdy!.. Konduktor je… - Ppsss… ghgg… - Zeńcyny chyba aprobował wszelkie możliwe końce wszystkiego.
Sewerek obszedł wkoło cembrowinę, zanurzył w niej ręce i podniósł mu głowę do góry, jednocześnie kciukami ściągając w dół dolne powieki.
- Za… za… zamykajta okno… bo… bo ciągnie…. – Było już lepiej. Obaj pokurcze jak na zawołanie zaczęli dygotać, naturalnym skutkiem, bo dostali powietrza. - To gdzieśta sie to wybrali? – Sewerek starał się odwrócić ich uwagę od tego, co wyrabiał z nimi szok termiczny. - Bo… do… Bola… - wyjąkał Wiesiu. - No tak… a flaszka gdzie? He? - A tutu… - Wiesiu wygmerał ze świerczyny pustą butelkę. - No to by się ucieszył że hoho… A do mnie to daleko brakowało? - A wiedział to kto… gdzie… my…. są? - No to tera hopla do świata! I migiem bo bedzie jeszcze zimniej! - Oobububuwia nima… - apatycznie i bez cienia zdziwienia stwierdził Wiesiu. - A co tu stoi popod śniegiem? – Sewerek trącił gumiakiem śnieżny stożek przy samej cembrowinie. - Bo siesie… zdawałoło… mi…. że do wyra ide…. - A ja tyż jednego obuwia nimam! – jednym cięgiem wyrecytował Zeńcyny. Zaczynał jednak kumać rzeczywistość. - Jednego to ty masz! Drugiego gupku nimasz… - Ino nie gupku… Nie? – Zeńcyny zaczął się wiercić. Chyba siedział na tym drugim. - No to kto wstawa pierwszy? – Sewerek wcisnął dłonie, uzbrojone w łapawice, jakby alkoholizmem nie chciał się zarazić, pod pachy Wiesia, chcąc pomóc mu rozprostować, nie wiadomo czy nieodmrożone nogi. - Poleku! Poleku! Czuja nimam… - Wiesio osunął się grawitacyjnie po betonie. Ortalion bynajmniej mu nie przymarzł. - A ty gdzie… hę ?- zachęknął Zeńkowy. - No bo ide! - Bzzzz… mnie? Wałaa… Siada! - Pociągnął Wiesia za połę skafanderka. - Skuter mam i jednego tera zabiere – zastrzegł Sewerek, który doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że obaj klienci są na pograniczu hipotermii i o żadnym marszu nie ma mowy. - No to ty idź… - zgodził się Wiesiu. - A kto zo… zo… zo…. zostanie? - A zgadywuj se… ale ja nie… - To ide… - Zeńcyny zaczął się lekko poruszać. - Źle ci tu? Ostań… – teraz usiłował wstać Wiesiu. Powinien najpierw klęknąć, ale nie wpadł na tak prostacki pomysł. Sina graba Zeńcynego sprowadziła go natychmiast do poprzedniego poziomu. - Wyńde i… no nie wyńde chyba… - Pewnie że nie… bo narpiew ja wyńde… - Jak tak dalej będzie to nikt stąd nie wyjdzie do usranej śmierci! – błyskotliwie i trzeźwo ocenił Sewerek sytuację. - Siedź tu! – zadecydował Wiesiu. - Sam se siedź! - oddecydował mu Zeńcyny. - A szadź wam w gładź! – spuentował Sewerek kłótnisiów. Rzucił umęczonym okiem w bezkrucze bezkresy, westchnął i z lekką mocą zetknął ich głowami, jak planowane kurze jajce. Nawet nie trzasło specjalnie, bo czapki tłumiły. Zwisakiem okazał się Zeńcyny. Wiesio natomiast, nawet nie oszołomiony bardziej niż był, poklewał tylko, marmoląc pod nosem: - No kurna… no kurna… com ci zrobił?
Teraz wszystko stało się proste. Sewer wywlókł Wiesia z cembrowiny i łagodnie rzucił na eskimoski koszmar, gębą do gleby. Swój waciak narzucił na przygłuszonego Zeńcynego. Sztywne gumofilce Wiesia nadział na rurkowe odsterczki sań i kłusem, nawet nie poszczekując, pognał pod barak.
Mała górka, pod samą posesją, trochę go spociła, ale już za chwilę miał przyjemność osobiście Wiesia przepychać przez oszronione odrzwia. Walnął nim o swoją, jeszcze ciepłą pryczę i narzucił nań wszystko szmaciane, co było pod ręką. Łomot był wielki i Pikulina z Matroną mogły poronić, ale to się nie liczyło. W czajniku jeszcze nie zlodziało, wiec chlupnął ćwierćwrzątkiem do salaterki, dorzucając kilka łyżeczek cukru. Przytknął reanimantowi fajans do postrzępionych warg i odczekał, aż ubędzie trochę płynu. Skobla nawet nie przytykał i zrobił nawrotkę po Zeńcynego.
W cembrowinie coś jeszcze oddychało, bo robiło parę. Drugi but faktycznie był przysiedziany. Zeńcyny nie wnosił żadnych poprawek. Za drugim razem, przetartą trasą, poszło jak po maśle. Sewerek skompletował parkę. Teraz pozostało tylko dokładać drew do kozy, popatrywać na drgnienia życia pod stertą szmat i na barometr przetrwania za oknem. Wiosna tupała u wrót. Cichaczem, ale już coraz bliżej.
|