Systematycznie, każdego pogodnego dnia, Bolo wywlekał spod schodów
po kilka podłogówek, zanosił je nad skarpę za domem i przybijał do
belek ułożonych na rzecznych otoczakach. Praca była przyjemna, bo
przypominała trochę układanie duńskich klocków. Należało tylko nie
pomylić pióra z wpustem, docisnąć każdą kolejną deskę klinami,
opierającymi się o klamry nabite na kantówkach i, nie kalecząc
paluchów, dać po łebkach kilkunastu gwoździom. Nic specjalnie nie
goniło, bo było już po sezonie, ale Bolo planował podłogę zaimpregnować
i zdążyć smrodek wywietrzyć nim przykryje ją folią dla ochrony przed
śniegiem. W cichości ducha liczył też na piorunujący efekt, jaki
zafunduje sylwestrowym wizytantom; oni na pewno wylegną przed dom, aby
pofajerwerczyć i pochlapać się szampanem, a on odkryje im spod puchowej
kołderki świeży, błyszczący parkiet do poloneza.
Wojskowy namiot z demobilu, pamiętający Układ Warszawski, dostał
Bolo w prezencie od jednej z lepiej wyposażonych grup wędrownych
kolonistów, koczujących u niego latem. Hangarek miał tylko
podziurawione wiatrówkowym śrutem okienka, kilka zaschniętych pawi na
zewnętrznych narożnikach i pogięte rurki łukowatego stelaża. Chcąc go
trwale wkomponować w krajobraz, Bolo musiał skonstruować solidny
fundament. Sewerek, przywabiony zza Rzeki młotkowaniem, odwiedzał go
teraz często i za każdym razem przymilał się, chętny do pomocy.
Niedawno skończył remontować paśniki, ale przypuszczalnie cały zarobek
wydał na walkmana, dzięki któremu zarywał teraz noce kibicując
prognozom pogody. Bolo spławiał go bezlitośnie, grymasząc na mokre
deski. Nie zależało mu na tym, aby ktoś machnął tę robotę w jeden
dzień, pozbawiając go złudzenia niezbędności w miejscu i czasie. Pod
koniec września połowa podłogi była już gotowa i można było na niej
ustawiać leżak, stoliczek i czuć się jak na tratwie wśród żółknących
traw. Bujak, który na pewno wzmacniałby złudzenie pływania, nie
sprawdził się, bo zbytnio hałasował, a Bolo stał się od niedawna
wyrafinowanym koneserem ciszy. Przepalikował nawet elektrycznego
pastucha tak, aby platforemkę uchronić od zadeptania przez
ciekawskie owce, które zdążyły zagustować w występach estradowych.
Dzisiaj, przy sobocie, Bolo oczekiwał wizyty nietypowych gości. Z
samego rana, cichaczem, Bożek wywiózł Monisię do lasu na opieńki. Po
południu miał ją zabrać spowrotem z koszykami i podrzucić do Bola.
Dalej pojechać miał już sam z bagażem, aby we wsi nie pokazywać się z
damą na plecach. Pod okiem od tygodnia nosił sine limo, bo podobno
Halszka przyłapała go z widelcem w teflonowej patelni. Bożek nie był
miłośnikiem prostackiej symetrii i nie chciał kusić losu, a Bolo ten
los właśnie kusił, przybijając jeszcze i jeszcze kilka desek, żeby
powiększyć metraż. Na efekty nie musiał długo czekać. Sewerek był
niezawodny. Po pół godzinie zameldował się na placu budowy z czajnikiem
w ręce.
– Co to Sewer? Zimny wrzątek? – Bolo z
niedowierzaniem uniósł pokrywkę – Kruca!... Mózgowiszcze ze smarkami?
Zgadłem?
– Opieniek nadusiłem cały gar jak gupi, bo weków nimam ani lodówki…
A z uchem to mam tylko szczajnik ale nówke… Wiadro mam na wode.
– No tak… A próbowałeś ty to jeść?
– Ma sie rozumić! Na obiad, na kolacje… no i na śniadanie… Żyje!
– Aha… Przejadło sie i heja z tym w gości?
– Może jakich turystów nakarmisz? Psam lepiej nie dawaj…
– Dobra! Gdzieś sie skarmi! Postaw tam na progu, to schowie potem do lodówki.
– A w czym ja wody nagotuje?
– To przesypie ale potem. Patrzaj kto idzie!
Pod górkę, niespiesznie, jak na spacerku, podchodziła Monisia z
Bożkiem. Za rączki się nie trzymali. Psy i tym razem nie głosiły, bo
Bolo zamknął je w domu za pomaganie nosami przy wbijaniu gwoździ.
– A grzybki to jeszcze w lesie? – z przekąsem zagaił.
– Nie, nie! Pozbierane! Aleśmy zostawili kosze przy
kopruchu, żeby nie tachać! – Monisia wyjątkowo nie obnosiła dziś
miniówy, tylko lansowała czarne rajtuzy
z błyszczącej lycry.
– Sewer! Rozkładaj te foteliki i na estrade je! Paryzol tu do tej dziury po senku, a ja nastawie wode…
– Szczajników nie pomyl!
– Co? Wode bedziem pili? Mam tu co insze…– Bożek
skromnie przysiadł na krawędzi estrady, ustawiwszy się prawym,
skancerowanym profilem do Rzeki i wyjął z plecaka „piątkę” po
mineralce, oczywiście z winem, oczywiście porzeczkowym. Więcej niż
połowa jeszcze się uchowała.
– Już lece po kryształy!.. Abo ty Monicha skiknij… Wisz gdzie co!
Kobita to tam lepiej zawsze obsłuży! – musiał ją trochę pogłaskać.
Monisia chyżo, kręcąc kuperkiem pokłusowała do domu.
– Nie muśtruj jej tak… – wstawił się Bożek.
– E tam… One tak lubią. Wisz, że ja kobity krótko trzymam… Góra dwa – trzy lata…
Rozsiedli się wygodnie na kampingowych krzesełkach, ustawionych
półkolem do mdłego słońca, które jednak odrobinę przygrzewało. Niebo
było jednolicie białe, światło rozproszone, ale Bożek twardo nie
zdejmował ciemnych okularów. Sewerek gimnastykował się z chwiejną tyką
parasola, aż się zniecierpliwił i puścił go z wiatrem w trawy.
Kulinarne pogwarki o obgotowywaniu opieniek, marynatach i przewadze
czerwonej cebuli nad białą wypełniły im czas do opróżnienia plastiku.
Bolo podniósł się z krzesełka, które złożyło się z przeuroczym łomotem.
– Psy musze wypuścić bo mi dywan zleją…
– Bolo? A skąd ty taki ładny czajniczek w kogutki
masz? – Monisia już ze trzy razy go mijała, ale pochwalić w końcu
wypadało.
– A to nie domowy… Sewer przyniósł! O właśnie! Może grzybków skosztujecie?
– Tylko nie to! – Sewerkiem rzuciło.
– No śmiało! Sewer już od wczoraj je szama i jak dobrze wygląda! Cho Monia do kuchni! Fajerke ci włącze…
– Ja to niegłodna, ale Bożek od rana w domu nie był… – Monisia ze ślicznym grymasem ugryzła się w język.
Bolo udając, że nie zrozumiał, wmanewrował ją do kuchni i wrócił
z wyzwolonymi aresztantami.
– Encepence w której ręce? No? – obie chował za plecami.
– Łoj! – Sewerek z dezaprobatą przewrócił oczyma na taką dziecinadę.
– W lewej!
– Kicha z grochem bo w prawej! – Bolo pomachał flaszką – Żubróweczka!
– No dobra! A w lewej? – Bożek znał go dłużej.
– Siostrzyczka jejże! Już wam opieńka niegroźna!
– Panie Sewerku! To trochę jakby mało pikantne! – Monisia wychylała się z sionki.
– A róbta co chceta! – Sewerek i tak nie miał najmniejszego zamiaru partycypować.
– Pocukruj Monia pieprzem! Se znajdź nad kuchnią! –
Bolowi nie chciało się latać co chwilę do domu, zwłaszcza, że był już
podczaszym pełną gębą.
Nie dane mu było jednak wznieść nawet zdrowia kucharki, gdy znowu pojawił się problem na zapleczu.
– Bolo! Tylko w kulkach jest!
– Monia! Nie dekuruj mnie! Jak nima to se wejdź do
gościnnego i tam na półkach znajdziesz wszystko co po gościach. Szwarc
mydło i powidło! Nawet pampersy są!
Na aluminiowy stolik wjechały niebawem parujące fajanse i powoli, ale
miarowo, wraz ze spływem żubróweczki, ubywało opieniek. Nawet Bolo
zjadł ze dwie łyżeczki, żeby Sewerka nie urazić, a Bożkowi trzeba było
wręcz repetować. Musiał się w lesie zdrowo napracować. Zoil i Momus
śliniły się pod stolikiem i Bolo ulitował się w końcu, wynosząc im z
lodówki pęto kaszanki. Atmosfera już się trochę rozluźniła. Bożek
schował okulary, legł na deskach i zaczął liczyć gwoździe po niemiecku.
Monisia targowała z Sewerkiem czajnik, gotowa dać za niego „bardzo
modern” rajtuzy, a on zastanawiał się, jak w nich wodę będzie gotował.
Krzesełka jakoś same się poskładały i party zeszło do parteru. Sewerek
wiercił się niespokojnie na deskach
i w końcu wydusił, że zabrakło mu papierosów. Ambitnie nie chciał opalać Bożka. Bolo do niedawna też palił, więc znał ten ból.
– Umisz se skrencić na maszynce? – zagadnął
retorycznie – To idziem robić remament! – I powiódł Sewerka do
gościnnego.
– Bibułki bedom w tamtej szufladzie… Grzebaj śmiało!
O tu masz maszynke, tylko zawiasek wyskakuje… A tu mamy cały słoik
paprochów, petów tam chyba nima. Sam tu jakiś fajkowy niedawno zsypałem…
– Co mi trza wiencej? A co to znaczy „ekstra strong”? O! Tu nalepiło taki plaster!
– No Sewer! Nie bądź gamoń! Ekstra to ekstra! Wiadomo, że moi goście bele czego nie kurzą!
– Aromat fajkowy to i ma. Nie powiem… – Sewerek pociągnął niucha
z odkręconego słoika. – Życieś mi uratował! A tam co sie dzieje?
– Do nas! Do nas na tratwę! – nawoływała Monisia szarpiąc na klęczkach za krawędź podłogi.
– Nas dwoje na umrzyka skrzyyyni! Ahoooj! I butelka
ruuumu! – zawodził Bożek powiewając swoją służbową koszulą.
– Do nas! Afryka już blisko!.. Do nas na tratwę „Meduzy”!
– Monia! Jaka Afryka? Z jakiej meduzy? Normalna
sośnina! Fachura obok ciebie… – Bolo był trochę zdezorientowany.
– Taki obraz w Luwrze jest! Nie widziałeś?
– Ty! Sewer! Oni tylko to wino przynieśli? To jest
cheba to picie bez zapitki… A ona to kiedy za granicą była?
– To nie wiesz? Gadali ludzie że pilotkom w Orbisie była… Ale dawno…
– Krucafuks! Abo my takie łeby mamy abo seks je szkodliwy… Ide! Kawy zrobie!
W kuchni panował względny porządek i nawet czajnik po grzybach moczył się
w zlewozmywaku. Ziela kulinarne były trochę skotłowane, jak to w
pośpiechu. Na blacie stał obcy słoik po przyprawie Knorra. Bolo
powąchał zawartość i choć wszystko wokół też grzybkami pachniało –
zrozumiał. Podszedł do drzwi i pomachał nim do pechowej kucharki.
– Mooonia! Tej dobawki od gości wiela sypłaś?
– Ahoooj! Tylko dwa wiosła!
– I na zdrowie! – mruknął. – Taki majątek…
Zrobił dwa szatany w małych kubkach i wyniósł je na dwór. Tratwa zamilkła,
a rozbitkowie razem z Sewerkiem wgapiali się w niebo, jakby się opalali. Wszystko teraz było już możliwe.
– Bolo? Czy widzisz to co my? – spytał Bożek, bardzo trzeźwo.
– Nie! Nie jadłem z wami!
– Co to ma do rzeczy? Unieś głowę!
Bolo uniósł i zaraz rozłożył sobie krzesło by usiąść. Wokół
przymglonego słońca, któremu brakowało jeszcze ze trzy godziny do
zachodu, obrysowany był jak cyrklem olbrzymi, bielszy krąg. Zza jego
obwodu, z góry, z lewej i z prawej wychylały się trzy nieco bledsze,
ale identyczne wielkością tarcze. Zjawisko trwało, trwało i nie chciało
sobie pójść. Bolo zerknął na Sewerka, który też zadzierał głowę, nucąc
sobie coś pod nosem.
– Sewer! To je naprawde?
– No i co? Ja też! To dziwo dopiero!
Nie było z nim co gadać. Monisia kiwała się w przód i w tył, jakby się
modliła. Bożek na oślep gmerał w kurtce, żeby w końcu wyciągnąć ciemne
okulary.
– Co to krucafuks je? Krzyż na droge? – Bolo liczył na palcach wchłonięte łyżeczki grzybów.
– No cóż… Zwykłe dwudziestodwustopniowe parhelia…
Nałóż, proszę, te okulary to zaobserwujesz górny łuk styczny…
– Co ty gadasz?! Jakie parchy? Jaki łuk?
– Krzyżu Połuuudnia prooowadź nas!... – zawodziła Monisia huśtając tratwą.
W rzeczywistości huśtała tylko piersiami.
– Jeżeli heksagonalne i płytkowe kryształki lodu są nie większe niż trzydzieści mikrometrów…
– Bożek! Jaki lód? Lato jeszcze mamy!
– Lato, lato… lato szczeka, razem z latem szczeka rzeka – rozśpiewał się Sewerek.
– Skądeś ty gajowy taki mondry naraz? He? – zagadnął i przeszedł na murmurando.
– Nie wiem, panie Sewerynie…
– Ślus! Ja sie musze napić! I bez lodu! A wy kawa i
tylko kawa! – Bolo capnął za flaszkę i wbił sobie trawkę w migdały.
Bohatersko nie wypluł jej razem z żubrówką, którą najpierw przełknął.
Tymczasem Zoil i Momus, w rogu tratwy, zapomniały że są samcami i ćwiczyły figury godowe. Bolo szybko policzył brudne kokilki.
– Monia? Sewer szamał z wami? – spytał z nadzieją.
– Nieee… Nie dał sobie nic wcisnąć… Pieski musiały zjeść, jak po kaszankę byłeś…
– Krucafuks! Jeszcze mi sie pochorują… Czemu ja sie nie namówiłem?
– No widzisz! Zostawiłam ci trochę i do lodówki włożyłam… Taka jestem!
Najpierw przygasły boczne słońca. Górne trzymało się twardo. Dostało
białych, zadartych do góry wąsów i w końcu też znikło. Środkowe
uczepiło się swojego miejsca najmocniej i przetrwało. Sewerek opadł z
siadu na plecy i wyprostował się jak struna na samym skrajuszku tratwy
z następnym skrętem w zębach. Zawisł lewą połową ciała w powietrzu,
wcale tego nie zauważając. Teoretycznie powinien już pływać za burtą.
– Sewerku! Dajcie mnie też zajarać! Co? – wiaterek wiał w stronę Monisi.
– Przecie ty nie kurzysz…
– No tak, ale gandzia to co innego…
– Jaka tam gandzia? Wykruchy!
– Nie kurzę, to wyczuję… Trocheście sobie tylko Amfory dla niepoznaki dodali!
– Lato lato… Laaaatoczeka! – rozdarł się Bolo, aby
zmienić temat. Właśnie sobie przypomniał, że słoik z paprochami znalazł
bardzo dziwnym miejscu, bo w tapczanie. Zupełnie jakby go ktoś sobie
chciał dobrze zadekować. A dlaczego zadekować? Było już za późno.
Sewerek przeszedł do pozycji lotosu i podsuwał Momusowi bibułkę do
poślinienia. Drugiego skręta zaklejał już Zoil, bo pierwszego Monisia
zaaplikowała Bożkowi.
– Ale pachnie… Jak chrzan! Aż mi łzy lecą… – Po
twarzy gajowego lały się strumyki najprawdziwszych łez. – Święta idą…
Weselmy się! Alleluja! – wykrztusił z potężnym haustem dymu.
– Daj chłopu zegarek! Konfitur z róży nie wyczuwasz? – Monisia wiedziała swoje.
– Zoilek! Rozkleja mi się… – wyciągnęła skręta w
kierunku jamnika, tracąc równowagę. Podpierając się drugą ręką,
przewróciła kubek z kawą.
– O! Jagódki się wysypały! Ale ja zaraz pozbieram… – zaczęła upychać fusy na swoje miejsce.
– Uciekaj łakomczuchu! – dała po łapie Bożkowi, który próbował jej podbierać co większe.
Bolo zatęsknił nagle za samotnością. Działać mógł jedynie metodą wstrząsową.
– Bożek? O której to Halszka sklep zamyka? Może by
tak skiknąć po jaką flaszke jeszcze? Która to godzina bedzie wogle?
– Dwudziestaszóstadziesięć minut pięć… – trudno było
Bożkowi zogniskować wzrok na miniaturowym kompasiku w pasku zegarka,
który nosił jak wszyscy leśni, szkiełkiem do spodu. – O kurna! Nima
zmiłuj! Musze do roboty!
– No szkoda, szkoda… Ale służba to służba! Jak wy teraz bedziecie wracać?
Z opieńkami na kopruchu? Taż kobicie rence odpadną…
– Opieńki? Niee… Już dzienkuje… Pojadłem! Aha! Tamte? A to dla Sewera miały być… Na grzyba nam opieńki…
Rozbitkowie zaczęli podnosić się z pokładu, targani martwą falą.
Amatora wykruchów sztorm uszkodził najmocniej. Bolo skoczył szybko do
kuchni po czajnik, żeby właściciel nie zjawił mu się rano na herbatkę,
albo co gorsza, jeszcze dzisiaj nie wrócił. Sewerek zaglądnął do niego
i wyjąkał:
– Psiasia krwia! Ale głęboooko… I biaaało… Wiedziałem żem zapomniał popieprzyć...
– No idźcie, idźcie jak Bożek musi do roboty!
Dziękuje! Na zdrowie! Szczęśliwej drogi! Wesołych świąt! Jagódki się
pozbiera…
Cała trójka schodziła slalomem ku ścieżce, nie oglądając się za
siebie, bo już chyba zapomnieli gdzie byli. Jamniki ich nie
odprowadzały, przebierały tylko łapami w powietrzu, leżąc z
powywijanymi na lewą stronę uszami. Bolo widział jeszcze jak czajnik
przechodzi do rąk Monisi, ale resztę transakcji, niestety, zasłoniły mu
krzaki na zakręcie. Siły już go opuszczały i brudne naczynia doniósł
tylko pod próg. Jagódki Monisi zmiótł w trawę i położył się na strzępie
koca, na deskach. Momus wczołgał mu się pod pachę, a Zoil pochrapywał w
trawie. Pod zamkniętymi powiekami migotały mu rozmnożone bezładnie
słońca, które gasły jedno po drugim. Gdy wygasły wszystkie, nastała dla
Bola noc.
Ocknął się, lekko zesztywniały z chłodu, w środku zupełnie realnej
nocy. Pozbierał jamniki i uciekł do kuchni, aby jak najszybciej
uzupełnić płyny w organizmie. Z litrowym garnkiem gorącej herbaty
obszedł jeszcze raz tratwę, sprawdzając latarką czy coś nie wypadło za
burtę. Noc była kryształowa i dusza rosła, gdy patrzało się w
rozgwieżdżone niebo. Bolowi dusza skurczyła się niemożebnie pod wpływem
żubrówki, wiec rozstawił sobie krzesełko i zaczął wypatrywać w
znajomych miejscach satelitów. Jeden po drugim mignęły mu dwa meteory.
„Cukru!" – szepnął, bo zapomniał posłodzić herbatę. Nie zadziałało.
W samym zenicie działo się coś bardzo dziwnego. Bolo odchylił się
głębiej do tyłu i otworzył szeroko oczy. Pięć lub siedem gwiazd, niczym
nieróżniących się wielkością ani jasnością od sąsiadek, tańczyło wokół
siebie na obszarze nie większym od paznokcia kciuka, którego zaraz użył
do przymiarki. Kręciły się chaotycznie, jak ćmy pod abażurem, tylko o
wiele stateczniej. Gubiąc kapcie poleciał do domu po lornetkę. Widział
przez nią o wiele lepiej, ale nadal to samo. Zrobiło mu się trochę
nieswojo. Bolał go już kark i oczy łzawiły, jak Bożkowi po chrzanie.
Popatrzał na zachodni, jaśniejszy horyzont, na wschód, na swoje dłonie
i znowu w górę. Reszta gwiazd, bez drgnienia trzymała się firmamentu,
powietrze nie falowało. Ręce trochę drżały, ale zupełnie z innych
przyczyn. Losowanie kosmicznego totolotka nie zmieniało ani rytmu, ani
zasięgu, jednak działo się na tyle szybko, że nie sposób było dokładnie
pingpongów policzyć. Bolo prawie już płakał, ale nie następowało żadne
„bum”, nic nie sypało się na głowę; kosmos najwyraźniej grał z nim w
kulki. Poczuł się mały, coraz mniejszy, ale nim spełzł do rozmiarów
rybika cukrowego – otrząsnął się. Chlusnął fusami w trawę, schował do
futerału lornetkę, która zdążyła mu wycisnąć podkówki po oczami i
strzelił drzwiami, zamykając się w domu. Z kanciastą precyzją
uszkodzonego robota wyjął z lodówki salaterkę z opieńkami Sewerka,
wymieszał je z resztką Knorra i wstawił do mikrofalówki. Znalazł
największą z posiadanych fajek i nabił ją na wcisk paprochami po
gościach. Gdy mikrofalówka brzękła, uchylił po raz ostatni drzwi do
niepojętego świata, wpuścił jamniki i wrzasnął w niebo:
– Zara uwierze we wszystko!
|