Bogdan Szymanik: "W Bieszczadach urzeka mnie spokój"
Zanim zasadniczy temat naszej rozmowy będzie omawiany, zanim zadam to sakramentalne dla tego cyklu pytanie, proszę odpowiedzieć, gdzie tkwią Pana rodzinne korzenie?
Pochodzę z zupełnie innej krainy niż Bieszczady, mianowicie z Wybrzeża, natomiast moja żona z Warszawy. Lata szkolne spędziłem również nad morzem, odbyłem studia na Politechnice Gdańskiej Wydział Chemii. Pierwsza praca - też w oddalonym sporo stąd miejscu - w Hajnówce. W dużych zakładach przetwórstwa drewna pracowałem jako chemik, zacząłem nawet studia doktoranckie (dwa lata), ale uwarunkowania polityczne były tak nieznośne, że postanowiłem wyjechać za granicę. Tym sposobem znaleźliśmy się z żoną w zupełnie odmiennych od naszych warunkach nie tylko politycznych, ale i ekonomicznych. Zaskoczyła nas wolność i swoboda w każdej dziedzinie, niejednokrotnie przesadna. Takie doświadczenie jest potrzebne każdemu z nas. Półtora roku pobytu w USA sprawiło, że chcieliśmy wrócić do kraju, do rodziny, przyjaciół, domu. Później zresztą wielokrotnie podróżowaliśmy tam i z powrotem. Jednak ten pierwszy powrót miał decydujące znaczenie w naszym życiu; gdy wróciliśmy do Warszawy, zaczął się stan wojenny.
Wiem, znam tę prawdę, że można żyć wszędzie, ale musi istnieć jakieś konkretne wytłumaczenie na tę Państwa decyzję zamieszkania właśnie tutaj.
Czyżby w tym miejscu powinno paść to tytułowe pytanie?
Tak, bo tu historia wkroczyła brutalnie w nasze życie. W Warszawie było bardzo ciężko żyć od strony mentalnej: czołgi na ulicach, atmosfera pełna napięcia, wszechogarniający strach. Dla wielu Polaków było to nie do zniesienia, nie każdy był gotów codziennie przeżywać ten koszmar od nowa. Wielu wtedy wybrało wyjazd za granicę. My zdecydowaliśmy, że nasza "emigracja" będzie w zupełnie innym kierunku. Wybraliśmy właśnie Bieszczady, dla nas piękne, niepowtarzalne, jeżeli chodzi o atmosferę tu panującą, fascynujące legendą tajemniczości, dzikości. Podjęta przeszło 19 lat temu decyzja nigdy nie była przez nas kontestowana. Do dziś twierdzę, że jest to wyjątkowe miejsce na ziemi.
Budowa domu była na owe czasy niemożliwa. By zrealizować nasze plany, przez rok szukaliśmy domu do kupienia, w którym można było zamieszkać z rodziną od zaraz i taki trafił się w Olszanicy, choć mógł być w każdym innym miejscu Bieszczadów. Wtedy nie miało znaczenia czy nasze nowe miejsce będzie się nazywało Baligród , Lesko, Uherce czy Olszanica. W nowej dla mnie sytuacji zostałem wiejskim taksówkarzem, z biegiem czasu byłem taksówkarzem również w Chicago.
Dwa miejsca na świecie dały mi możliwość życia w wolności - w stanie wojennym: Bieszczady i w ogólnym tego słowa znaczeniu Stany Zjednoczone, w których byłem kilkadziesiąt razy, do których zawsze jeździłem choć na tydzień, by "poczuć normalność" .Bieszczady dały mi ten rodzaj wolności, którego nie znalazłbym gdzie indziej i stąd mój sentyment do miejsca. Będę o tym zawsze pamiętał.
Tutaj stosunki miedzy ludźmi były bardziej normalne, spokojniejsze. Niezwykle ciepło mówimy o tym miejscu gdziekolwiek jesteśmy.
I jeszcze jedno: odmienność prowincji od dużych miast. Ma ona swoje wady, ale ma przede wszystkim zalety. Na prowincji bardzo trudno jest udawać kogoś innego niż się jest w rzeczywistości, co w dużych miastach jest nagminne, ale jest traktowane jako powinność. Tam każdy gra swoją rolę; tu trudno "zagrać" kogoś innego niż się jest. Dam taki przykład: Piekarz nie może zepsuć swojego pieczywa, bo każdy wie, jaki jest chleb od Szelca, ale kiedy się zawiedzie - nie kupi, a piekarz straci "twarz". W dużym markecie piekarz jest anonimowy, choć znaczy swój produkt. Tam nikt nie identyfikuje towaru z osobą, tu jest zupełnie inaczej. Stosunki między ludźmi mają tu inny wymiar: są bardziej otwarte, choć nieraz brutalne, lecz jednak szczere. Dlatego anonimowość dużego miasta wielu przeraża.
Bardzo wiele osób, które do nas przyjeżdżają, ulegają fascynacji miejscem, trudno jednak im zaakceptować dłuższy pobyt, ponieważ pomysł na pracę jest bardzo trudny. Romantyzm opadł, dzikość straciła na aktualności. Niewielu ludzi chce się włączyć do ciężkiej pracy, by pomóc temu regionowi. Nie ukrywam, że jest to zadanie wymagające sporego wysiłku.
Kiedy umawiałam się na spotkanie, usłyszałam mimochodem, że Bieszczady pozostaną dla Was ważne na zawsze. Co to znaczy - na zawsze?
Znaczy to, że będziemy tu mieszkać i pracować, że tu zostaniemy. Kiedy pytają mnie, dlaczego nie wybiorę innego miejsca bliżej "centrum" zawsze odpowiadam, że jest to tylko trzy godziny dalej od Nowego Jorku niż z Krakowa. Nie przesadzajmy z tą odległością. Zresztą dziś, w dobie internetu, nie ma to żadnego znaczenia, gdzie się prowadzi działalność. Tu mieszkamy i nie zamierzamy się stąd wynosić. Nigdy nie mówię nigdy; gdyby trzeba było z jakichś ważnych powodów zamieszkać np. w Rotterdamie lub Zielonej Górze, to tak zrobimy, ale nie widzę teraz takiego powodu.
Miłość do książki rodziła się równie szybko jak do Bieszczadów? Rozumiem, że długo trzeba szukać pomysłu na życie, niektórzy szukają wręcz całe życie i nie znajdują. Jak Pan odkrył to "źródło', które daje Wam tyle satysfakcji, ale pozwala się utrzymać?
Od małego nie stroniłem od książek, tak jak i moja żona. Byłem równie dobrym humanistą, jak i inżynierem - chemikiem. W czasie, kiedy aktywnie działał Komitet Obywatelski w Lesku, byłem często zapraszany przez jego działaczy na spotkania, tam też zetknąłem się z problemem rozprowadzania prasy, książek i innych wydawnictw tzw. drugiego obiegu. Założyłem firmę, nie mając sprecyzowanych planów, jak to będzie wyglądać. Kupiłem pierwszy kiosk w Lesku i zająłem się dystrybucją prasy niezależnej. I tak to się zaczęło. Jeden kiosk, drugi, trzeci, mała księgarnia, Zagórz, Przemyśl, poszerzenie oferty, a w 1994 roku założyliśmy z żoną firmę zajmującą się wydawaniem książek.
Jak widać wszystko ma związek przyczynowo - skutkowy.
Pierwszy album, jaki wydaliśmy, nosił tytuł "Bieszczady". Ten fakt świadczy o tym, że chcieliśmy pokazać światu właśnie to miejsce. Potem były inne pozycje: "Sanok", "Polska", "Skanseny", "Beksiński", "Łańcut", a ostatnio "Nowy Jork", ale album "Bieszczady" inaugurował naszą działalność wydawniczą.
W każdej naszej pozycji wydawniczej znajduje się choćby najmniejsza wzmianka o Bieszczadach (o ile pozwala na to temat albumu). Zawsze mam na uwadze lokalny patriotyzm i promocję tego regionu.
Czy macie jeszcze dużo pomysłów, które będziecie wprowadzać w życie jak np. biesiady literackie w Górnej Wetlince?
Wiele mamy pomysłów na promocję książek, wymieniona jest jedną z nich. Pomysły rodzą się wewnątrz wydawnictwa lub pochodzą od osób z nami stale współpracujących. Jednak jest zasada, której przestrzegamy: temat musi być interesujący przede wszystkim dla nas. Biesiada zrodziła się w związku z wydaniem książki Jerzego Janickiego "Nieludzki doktor" i zawsze jest związana z kolejnymi książkami. Nie jest to jedyne miejsce służące temu celowi. Z udziałem publiczności organizujemy spotkania w bibliotekach m.in. w Sanoku, Bibliotece Narodowej, Polskiej Agencji Wydawniczej, Muzeum Narodowym w Warszawie, a ostatni album w konsulacie i ambasadzie w Nowym Jorku i Waszyngtonie.
Jako wydawnictwo musieliśmy się przez jakiś czas przebijać ze swoją ofertą w kraju, żeby zostać zauważonym na rynku wydawniczym i nie być postrzeganym jako wydawnictwo małe, regionalne, lokalne. Dziś jesteśmy zapraszani na targi książki jako równorzędni partnerzy.
Dzieci podzielają Państwa fascynacje, zamiłowania czy raczej - na razie - realizują swoje życiowe plany?
Mają wręcz nakazane realizować swoje plany. Muszą zmierzyć się z rzeczywistością, poznać smak porażek i sukcesów. Dla nich firma rodziców nie może stanowić żadnych ograniczeń. Bardzo mi zależy, aby popracowały w dużych firmach, zobaczyły jak wygląda gospodarka rynkowa, nabrały doświadczenia i same wybrały drogę, którą chcą zmierzać.
Proszę o kilka zdań na podsumowanie tego tematu.
Przez te prawie dwadzieścia lat Bieszczady zmieniają się na naszych oczach. Nie są tak odległe jak dawniej, choć dziennikarze widzą nieraz tylko biedne dzieci, niedźwiedzie, wilki i zasypane chałupy. Rozwija się baza turystyczna. Gospodarstwa agroturystyczne oferują wypoczynek na całkiem dobrym poziomie. Turyści znajdują tu coraz więcej atrakcji na aktywne spędzenie czasu. I wierzę w to mocno, że Bieszczady będą miały dobrych gospodarzy, którzy z tego regionu uczynią najatrakcyjniejszy region turystyczny kraju.
Dziękuję za rozmowę.
Jadwiga Czyżewicz-Szurlej
|