[...] Za następną godzinę dotarliśmy do Ustrzyk. Jak zwykle,
poszliśmy spać do GOPR-owców. Zaklepawszy kwaterę, pozostawiwszy
plecaki ruszyliśmy na podbój Ustrzyk Górnych. Przy wychodzeniu ktoś nas
zatrzymał i mimo niedokończenia meldowania, wcisnął dowody. Podobno
odkąd weszliśmy do Unii niesamowicie zwiększyła się ilość patroli i
kontroli. Faktycznie, patrol, który przechodził nieopodal był chyba
trzecim czy czwartym napotkanym w czasie naszego wypadu. Raz nawet nas
wypytywali. Już idąc do GOPR-owców widzieliśmy, że zimowe życie
bieszczadzkiej metropolii niejest oszałamiające. Nawet sklep na rogu
przy przystanku PKS-u był zamknięty. Działał jeden jedyny bar. Głód
sprawnie nas tam zagonił. W środku, mniej więcej ciepło, żadnych
klientów, właściciel siedzi przy stole pogrążony w zeszycie w kratkę i
robi papierowy remanent. Ucieszył się, gdy nas zobaczył. Miał nawet
spore menu i twierdził, że każda pozycja jest dostępna. Ale zasugerował
nam coś spoza listy - ochrzcił to (zapewne chwyt marketingowy)
"Diabelskie Żarcie". Dorzucił do kominka i znikł w kuchni. Po paru
minutach pojawił się z grzanym piwem i wydrążoną, dość dużą bułką,
wypełnioną gulaszem z knedlikami - dla każdego po jednym zestawie.
Dobre było, choć wypełnianie bułki knedlikami... Cóż, trzeba ciąć
koszta, a dobra nazwa i intrygujący wygląd zapewnia zbyt. Zgłodniali
i cokolwiek przechłodzeni wcinaliśmy łakomie. Korzystając z ciszy nasz
gospodarz rozpoczął opowieści. Skończyliśmy jeść, a pan opowiadał.
Skończyliśmy pić, a pan opowiadał. Już się nudziliśmy, a pan opowiadał. Zaczął
od odczytania nam kilku akapitów z książki "Bieszczadzkie Zakapiory".
Znał niektórych z tych ludzi. My Lutka (właściciela schroniska na
Wetlińskiej) też poznaliśmy. Potem opowiedział nam historię całego
świata. Znał wiele faktów, ale ich interpretacja, połączenie w
przyczynowe wątki byłyniezmiernie oryginalne. Dowiedzieliśmy się, jak
to szlachta nie chciała płacić podatków na cerkiew, co miałobyć
przyczyną powstania kościoła unickiego. Wysłuchaliśmy o wielkim głodzie
na Ukrainie za Stalina. Jakkolwiek tragiczna sprawa i ostatnią rzeczą
jakiej bym chciał to śmiech z tego wydarzenia - nie mogę się
powstrzymać, aby nie zacytować pana, dla pokazania kwiecistości a
zarazem prostoty wypowiedzi: A był wtedy taki głód, że ludzie ludzi wpierdalali. Stalin
był dość ważną osobą dla naszego wykładowcy. Pewnie dlatego, że to
historia dość nieodległa, że "wielki wódz" nie razwpłynął na jego
życie. Podobno ojcem Pana był ... pochodzenie ojca było tak samo
przejrzyste jak jegoopowieści. Wiadomo, że był w armii Własowa, który
to, jako najwierniejszy syn narodu radzieckiego, przeszedł na stronę
niemiecką gdy Związek Radziecki przestał żywić jego armię pod
Leningradem. Wiadomo też, choćby z karnacji gospodarza, że wspomniany
ojciec był z dalszych, południowo-wschodnich rejonów Mateczki Rossiji.
A matka pochodziła właśnie z Bieszczadów. Biedna, wypędzona z domu z
dziećmi, armia przechodziła, dzielny wojak przyniósł sarenkę, zostawił
pamiątkę. Jako dziecię Pan wracał tu z rodzeństwem i całym dobytkiem.
Imał się różnych zajęć, kiedyś rzeźbił i sprzedawał swoje dzieła na
rynku krakowskim. Pracował w lesie. Teraz planuje nowy bar w okolicach
Polańczyka. Ponownie przypomniał się Panu Stalin. Usłyszeliśmy streszczenie paktowania w Jałcie.
Amerykanie mieli już bombę atomową. I wtedy wstał Stalin i powiedział,
że też ma. A oni nie wiedzieli, czy on ma, czy, kurwa, nie ma.
A jak on to mówil, to tak się bał, że mu strumieniem pot po jajach
płynął - bo on bomby nie miał, tylko tak udawał. I oni wtedy na
wszystko sie zgodzili, co on chciał. Gierek dobry był.
A upadł dlatego, że w 1980 w Bieszczadach strasznie padało.
Padało, padało i padało i to wszystko popłynęło w dół, zalało Sanok i
cały kraj. I potopiło fabryki i pola. Zrobiła się straszna powódź
i zabrakło jedzenia. No to się ludzie zdenerwowali i zrobili Solidarność. Tak
to interesująco dotarliśmy do czasów dzisiejszych i temat historii
został wyczerpany. Może to i dobrze? Koledzy są historykami z
wykształcenia i prawie czułem, jak bolały ich zęby podczas słuchania.
Sam, ukrywałem śmiech spuszczając oczy na kota, który wlazł mi na
kolana i pozwalał się głaskać. Pan uznał, że jeszcze nie dość dobrze
zaopiekował się nami i... sięgnął po gitarę. Przerabialiśmy to już
kilka lat temu i wiedzieliśmy, czym to pachnie. Wstał, nogę oparł o
ławkę i zaczął spiewać ukraińskie pieśni. Kot uciekł (nam nie
wypadało). Z zaplecza zaczęło dobiegać żałosne wycie małego pieska. Pan
co jakiś czas przerywał, zachęcał nas do wspólnego śpiewania. Dziwił
się, że nie znamy pieśni, choćby tej którą kobiety witały swoich
mężczyzn wracających z akcji partyzanckiej (to raczej chodziło o
UPO-wców). Wyszliśmy. Udało nam się jeszcze kupić po dwa piwa na
wynos i uciekliśmy. Całą drogę przekrzykiwaliśmy się przypominając
sobie co smakowitsze opowiastki. Poszedłem z dowodami dokończyć
meldunek. Zagadnąłem, że byliśmy w barze, że właściciel dużo nam
opowiadał. Spodziewałem się uśmieszku, może pytania jak długo
wytrzymaliśmy. A usłyszałem: widać trafiliście do Lacha, a
on zawsze jest otwarty dla turystów, poświęca im czas, stara się umilić
pobyt, opowiedzieć o historii. Taaa... Wygląda na to, że
spotkaliśmy lirnika. Taki relikt XIX wieku. Najwyraźniej cieszył się
dużym autorytetem w społeczności, był zjawiskiem przerastającym
przeciętność otaczających go ludzi, a tym samym wzbudzającym podziw i
szacunek. Mówił ze swadą, gestykulował, teatralnie akcentował zdania.
Może nie grał na lirze, napewno nie był ślepcem, ale można przyjąć, że
spełniał najważniejsze punkty definicji lirnika. Miał dobrą pamięć, z
której wydobywał jakieś ślady zdobytej wiedzy, przeczytanych książek
czy zasłyszanych opowieści. Jednak interpertacja tej wiedzy
pozostawiała wiele do życzenia.
Kolega twierdzi, że homerowe opowieści mają podobnie wiele
wspólnego z rzeczywistościa, co opowiadania Lacha. Jednak dzięki dużo
lepszej formie literackiej przetrwaly do dziś.
I tak to na piciu piwa i wspominaniu opowiadań bieszczadzkiego Homera upłynął nam ostatni wieczór wypadu.
http://cienista.neostrada.pl/bieszczady/
|