KOTY I WILKI
Oldze M - z rodziny Kotów Wędrownych
Bożek zrobił sobie nieplanowany postój w marszu i tkwił teraz, nieruchomo jak
posąg, na poboczu stokówki. Prawą nogę, obutą w służbowy trep z cholewką,
luzacko oparł na żelbetowej bandzie a raportówkę przesunął na stoliczek z uda,
aby mu nie ciążyła po próżnicy. Wiosenne słońce miał dokładnie za plecami, ale
jego cień sięgał tylko połowy skarpy. W tym miejscu, pod drogą, cywilizacja
ujęła w betonowe kręgi jeden ze strumyków spływających do Rzeki. Przepust był
wielgachny, obliczony na potop i choć pośniegowa woda zeszła ze stoku już
miesiąc temu, to i dziś jeszcze waliła kaskadą na ćwierć gwizdka.
Każdy dałby się podejść w tak treściwym akustycznie miejscu. Każdy człowiek.
Zwierzyna już dawno wyczułaby drgania gruntu, cuch przepoconej koszuli i
terpentynę z mazidła do butów. Nikt w branży leśnej nie używał męskich
kosmetyków po goleniu, aby nie afiszować swej obecności w zbyt dużym promieniu.
Nie sposób było jednak nie pocić się, ganiając po leśnych szkółkach i doglądając
świeżych nasadzeń. Bez pasty zaś, służbowe trepy migiem nasiąkały, chłeptnąwszy
byle kałuży.
Ten tam, w dole, wyposażony był tylko w ludzkie zmysły, pod słońce nie kwapił
się zerkać, a buchająca z przepustu woda odcinała go swym monotonnym pomrukiem
od świata innych dźwięków. Najwyraźniej prał onuce, bo stał w wodzie boso a
gumiaki leżały obok, w plamie słońca. Oprócz gumiaków nie miał żadnego ruchomego
dobytku, żadnego bodaj chlebaka. Na pewno gdzieś niżej, w Rzece, moczył wędziska
i przyszedł tylko do wodopoju, przy okazji skusiwszy się na przepierkę.
Mijały minuty, nic ciekawego się nie działo i Bożka zaczynały już nudzić
prozaiczne czynności i mechaniczne ruchy pracza strumykowego. Nie chciał dłużej
czekać, bo obcy gotów był jeszcze wysmarkać się z hukiem, lub podrapać w ciasne
miejsce, a to postawiłoby ich obu w niesubtelnej sytuacji.
Szurnął podeszwą o żwir - bez efektu. Chrząknął - nie docierało. Kaszlnął - i
nareszcie obcy wyprostował się z przykucu i spojrzał w górę, dłonią ocieniając
oczy. Bożek zasalutował od niechcenia do nieistniejącego daszka.
Nie był to rozsądny gest, bo obcym targnęło jakby chciał uciekać, ale chyba
uświadomił sobie, że jest rozbrojony z gumiaków.
Bożek wykorzystał swą zauważoną przewagę i leniwym gestem Władcy Rewiru
skinął obcemu, zapraszając go do siebie, na górę. Rzeka, i to, co w niej pływało
bezsierstne, kompletnie go nie interesowało, ale tamten nie musiał o tym
wiedzieć.
Obcy, na przyboś, z gumiakami i mokrymi onucami w rękach wdrapał się na
skarpę i okraczył żelbet.
- Rybakujemy? - tytułem próbnego wstępu zagadnął
Bożek, gdy ten przeciągał prawą dłonią pod pachą, aby ją jak najszybciej
osuszyć. Był chyba z tych, co to się witają namacalnie. Trudno mu było ręki nie
podać, jak już tak się starał.
- A gdzieżby... Tak tylko... Ze znajomymi się
umówiłem! Gdzieś tu na wycieczce się kręcą...
- A ta... ta! Rozumiem. Grupa
duża jakaś?
- Kilka osób tylko... Z dziećmi.
- W turystyke? W takich
lakierkach? - Bożek obserwował jak znajomy nieznajomy otrzepuje pięty z piasku i
wciąga gumiaki.
- Buty w busie zostawiłem a te ubrałem, bo rzekę kilka razy
przechodziłem...
A i tak się nalało...
- O! A busik to gdzie?
-
Przed szlabanem oczywiście! - nieznajomy nie dał się wpuścić na grząski grunt.
- A szlaban otwarty! - podmeldował.
- Nima sposobu... - westchnął Bożek -
klucze se podorabiali ale zamknąć za sobą to nima komu.
- Może lajta? -
nastąpił czas fajki pokoju. Bożek nie odmówił.
- To mówi pan że grupa i z
dziećmi? Wcześnie troche... Wakacji jeszcze nima... A może to zagraniczna
wycieczka jaka? Hę?
- Nie! Swoi... swoi...
Rozsiedli się, plecami do
Rzeki, na żelbecie. Onuce zostały równiutko rozwieszone obok.
- To
przedszkolaki jeszcze... Powoli drepczą to i czekam tu już kilka godzin.
Umówiłem się, że odbiorę ich wszystkich busem, trasę skrócę. Piątek dziś,
prawda?
- Ta... Ta... Piątek... Porąbani rodzice... Ale nic już mnie nie
zaskoczy jakem widział na połoninie niemowle w nosiłkach!
- Może rodzice
chcieli zaszczepić góry za młodu?
- Becegie by lepiej
zaszczepili...
Zachrzęściło coś w raportówce Bożka, kilka razy zrobiło „pyk,
pyk” i znowu zachrzęściło.
- O! Gadułka się odzywa!? - pytająco
stwierdził kierowca zdyscyplinowanego busa.
- Ano... Wszędzie dopadną! -
Bożek wstał i rozpoczął wahadłowy spacerek wzdłuż bariery.
- Bożek zgłasza
sie... No... A gdzieś na styku dziewięćdziesiąt trzy i sto dwa... Nie...
Nikogo... A po co mają jechać?... Rano tylko... jakem na reperze siedemset
czternaście siedział... Przez lornetke... Kilkanaście mrówek jakby przedszkole
na wycieczce... Ta... po Berdzie ku Słowakom poszli... Nie ma za co... A piwo to
se mogą... sami wypić! Bez odbioru.
- Coś się stało? - nie wiedzieć dlaczego
palce nieznajomego tak bardzo żelbet polubiły, że aż knykcie zbielały.
-
Normalka... Straż przez nadleśnictwo języka zasięga. Przerwanie granicy w nocy
mieli... Z dziesięć litrów paliwa na tej stokówce zaoszczędzą a mnie piwo
obiecują... Już chyba siódme od Sylwestra...
Zapadło wielowymiarowe
milczenie.
Onuce składały się i rozkładały nieznajomemu, to w kostkę, to w
trójkąt i nie mogły się zdecydować jak im wygodniej.
- No to ja już pójdę, bo
moi mogą brzegiem Rzeki przejść i miniemy się...
- A pewnie! Szkoda by było
tera sie pomijać! Ja też musze jeszcze na wywiadówke...
- ?
- No, do
szkółki leśnej...
- Aha... Rozumiem... Może weźmie pan papierosy... Zabraknąć
może w lesie...
- Nie nie! Dla mnie za słabe... Tej wycieczce na pewno już
zabrakło!
- Im teraz nie zabraknie! - uśmiechnął się nieznajomy - Ja...
dziękuję panu bardzo... Gość pan jest!
Cieszę się, że się w zgodzie
rozstajemy...
- A dlaczegoż by nie? - zdziwił się Bożek.
- Koty żyjące
w zgodzie pokonają skłócone wilki - wypalił - i widząc cień niezrozumienia,
dodał:
- To takie czeczeńskie przysłowie... Pan powinien znać...
I teraz
on się uśmiechnął.
|