Kilka lat temu dziekan dekanatu bieszczadzkiego ks. Kazimierz Nawrocki wyszedł z inicjatywą budowania kościołów w małych wioskach tego terenu. Niestety, trudne warunki materialne mieszkańców nie pozwoliły na podjęcie tego zadania. Mimo solennych obietnic finansowych ze strony dekanatu, niewielu uwierzyło w swoje siły, aby podjąć dzieło tak ogromne. Znaleźli się jednak tacy, dla których wybudowanie własnego kościoła stało się wyzwaniem życia. Podjęli je m.in. mieszkańcy Weremienia i Postołowa i od razu, na samym początku realizacji przedsięwzięcia dostawali "po łapach" za to, że o zbyt wielu sprawach chcą decydować sami. Skoro powiedzieli, że wybudują, to żadna siła nie mogła ich odwieść od tego zamiaru, kłody rzucane pod nogi dawały wręcz odwrotny skutek, mobilizowali się jeszcze bardziej. Kiedyś może napiszę jak wznoszono kościół w Weremieniu, dziś zajmę się historią budowy kościoła w Postołowie.
Dość często jeżdżę drogą na trasie Lesko - Zagórz; widziałam, jak szybko stanął na wzniesieniu nowy kościół i zawsze frapowała mnie myśl - jak to się dzieje, że tak niewielka wioska podjęła się tak trudnego zadania?
Widziałam rozprowadzające "cegiełki" kobiety, słyszałam prośby o pomoc, ale to już efekty wtórne, mnie interesował początek dzieła. Jak to się zaczęło? I tu raz po raz podało nazwisko sołtysa wsi Antoniego Franczaka, ale równocześnie informacja, że nic się nie dowiem, bo nie ma czasu na pogaduszki. Wtedy postawiłam sobie wyzwanie i ja - poczekam na sprzyjający moment i rozpytam o wszystko. Końcem zimy kościół stał już zadaszony, na budowie panował pozorny spokój, pora więc, aby sołtysa wyciągnąć na spytki. Muszę zaznaczyć, że kontakt umożliwiła mi jedna z mieszkanek Leska, pragnąca zachować anonimowość.
Pierwsze spotkanie w kościele pod wezwaniem "Podwyższenia Krzyża" wprawiło mnie w zdumienie - cudowne miejsce na kościół, skąd widok rozciąga się na kilkanaście kilometrów w trzy strony świata.Oobiekt prezentuje się dobrze, wewnątrz już dziś przykuwa uwagę pięknie wykonany sufit z drewna, porządna, solidna robota stolarska oraz miejsce na chór.
Na razie prowizoryczne wejście do świątyni przyszedł nam otworzyć sam sołtys - Antoni Franczak, który mieszka nieopodal. Mężczyzna w sile wieku, dobrze zbudowany, z bardzo charakterystycznymi wąsami. Takie już rzadko się spotyka, chyba tylko u górali. Jak się okazało, to prawdziwy góral, choć urodzony tu, na leskiej ziemi. Dlaczego w Postołowie
Przeszło 50 lat temu wielu górali z Nowosądeckiego, gdzieś z okolic Limanowej, postanowiło wyjechać w Bieszczady, tu znaleźli swoje miejsce na ziemi. Całe rodziny zabierały wtedy swój dobytek i jechały w nieznane. Tu czekały na nich opuszczone domostwa, często bardzo zniszczone, ale górale nigdy pracy się nie bali. Większość została, ci, którzy nie podołali, odjechali szybko. Postołów to wieś osadników, już trzecie pokolenie wchodzi tu w dorosłe życie.
Na podwórzu chłód i ziąb, w pokoju przy palącym się kominku zebrało się kilka osób, by przypomnieć sobie te wszystkie lata związane z budową kościoła. Nie prowadzili kroniki budowy, bo po co, najważniejsze jest samo dzieło, to dowód ich pracowitości (kto by myślał o jakimś pisaniu, kiedy roboty i załatwiania jest bez końca, jedna goni drugą). - Niby racja!
Jak wynikało z rozmowy, przymierzali się do budowy z siedem lat. Kiedyś goszczący tu ks. Tadeusz Gramatyka powiedział, że tu byłoby najpiękniejsze miejsce na kościół i tak zostało, choć nie wszyscy podzielali ten pogląd. Kiedy na kolejną kadencję nastał nowy sołtys zmobilizował mieszkańców i zaczęły się pierwsze rozmowy. Trzy lata temu zapadła decyzja - "Będziemy budować". Wymienili z gminą grunty; te trochę niżej położone przeznaczyli na kościół. Długo szukali projektanta, każdy z nich żądał ogromnych pieniędzy i wtedy doradzono im skontaktować się z architektami z Sanoka, mgr inż. Marią Zbirant-Winnik i mgr inż. Jerzym Winnikiem. Projekt kościoła jest dziełem Pani Winnik, projekt instalacji - jej męża. Koszty, jakie ponieśli na te projekty, były naprawdę niewielkie (2.500 zł.), a już w trakcie budowy oboje architekci, widząc zaangażowanie mieszkańców, przekazali je z powrotem na konto budowy.
Pierwsza kwota, jaką dysponowali, to 500 zł., które przeznaczyli na wykonanie robót ziemnych. Wynajęty do tego właściciel spychacza Ryszard Goławski wziął od nich tylko tyle, ile kosztowało paliwo i od razu zabrakło na pokrycie całości (potem jeszcze wielokrotnie tak im pomagał).
Pierwszą pokaźną kwotę wpłacił dyrektor Zespołu Elektrowni Wodnych Solina - Myczkowce Ryszard Krasicki (5 tys.), co pozwoliło mieć nadzieję, że inni też pomogą. Nie zawiedli się. Kolejne wpłaty były od księży z Leska, Andrzeja Szelca, Zygmunta Uzdejczyka z Jankowiec, rodziny Jana Baraniewicza, Mieczysława Indyka.
Powstał Społeczny Komitet Budowy. Na pierwszym spotkaniu zdecydowali o wpłacaniu co miesiąc 40 zł. od rodziny (różnie z tym bywało), o wydrukowaniu "cegiełek" o wartości 5-10-20-50 zł. Wiele kobiet je rozprowadzało, ale najwięcej sprzedały Barbara Ślazyk i Maria Wojcieszak. Jeździły do wielu parafii. "Zaliczyły" m.in. Zagórz, Sanok-Dąbrówkę, Turze Pole, Przesietnicę, Krosno-Suchodół, Niebocko, Grabownicę, Dynów, Dydnię, Miejsce Piastowe, Jankowce, Weremień i inne, których nie sposób zliczyć. Zdarzały się, niestety, i takie parafie, z których ich wypraszano. Szczególne podziękowania należą się mieszkańcom Leska za przekazanie pokaźnych kwot na rzecz budowy kościoła, zarówno podczas zbiórek pod kościołem parafialnym, jak też dwóch festynów. O tym będą zawsze pamiętać.
Ta budowla nie mogła by być realizowana w takim tempie bez pomocy wielu ludzi dobrej woli i instytucji. Komitet zwrócił się o pomoc do firm i ją uzyskał. Do łańcucha ludzi dobrej woli włączyli się:
Adam Pałacki, właściciel firmy Talens - Polska z siedzibą w Lesku przekazał 35 m3 tarcicy, dołożył 1 tys. zł. do zakupu okien, przyrzekł kupić tonę kleju do płytek i złożył obietnicę, że ufunduje organy i dzwon.
Jerzy Orlef, właściciel firmy budowlanej i hurtowni materiałów budowlanych w Lesku okazał tak ogromną pomoc, zarówno materialną jak i fachowe doradztwo, że aż trudno to ocenić i wycenić. Bez tej pomocy nie byłoby tej świątyni w takim stanie jak jest dzisiaj.
Huty szkła z Krosna, zarówno państwowe jak i prywatne, przekazały swoje wyroby na loterie fantowe organizowane przez Komitet. Tenże Komitet pragnie podziękować p. Stanisławowi Ryszko, Lesławowi Mazurkiewiczowi i braciom Tadeuszowi, Andrzejowi i Krzysztofowi Jurczykom.
Sołectwa w Huzelach, Weremieniu i Łączkach ofiarowały drzewo; to była wydatna pomoc.
Ogromnie dużo wsparcia udzielają młodzi księża tacy jak: ks. Józef Florek, ks. Marek Zarzyczny, ks. Mirosław Głaz; szczególnie dużo czasu i serca wkłada w pomoc ks. Adam Dziadowicz, jest na placu budowy w każdej wolnej chwili.
I nie byłoby tej budowy bez samych mieszkańców Postołowa i Woli Postołowej. Wspólnie to ok. 50 domów i 200 ludzi, z których większość uczęszcza na msze do Leska. To pośród nich jest wielu, co nie szczędzą sił i środków, wznosząc ten obiekt. Bo czym inaczej niż sercem trzeba się kierować, by w jednym tygodniu wylać fundamenty, w cztery wolne soboty postawić mury, w jedną - dość mroźną - zimę wykonać dach i boazerię? Mury ciągnęli wszyscy, którzy mogli utrzymać w ręku kielnię, nawet dzieci i młodzież, boazerię układał Grzegorz Franczak z mistrzem Stanisławem Zapałą, jeden wkładał w tę robotę czas i zapał, drugi duszę.
Również dużo pracy poświęcają: Kazimierz Trzópek, który ma tartak i zawsze gotów pomóc oraz Stanisław Trzópek, który robi drzwi główne, barierki na chór i inne stolarskie prace.
Są mieszkańcy, którzy dzień bez pomocy przy budowie uważają za stracony, do nich należą: Józef Wojcieszak z synami, Ludwik i Jerzy Czajkowscy i Zbigniew Wątor, nie wspominając samego sołtysa, któremu żona jest gotowa wstawić wersalkę na czas budowy do kościoła. Panie Kazimiera Chrobak i Janina Franczak nie szczędziły czasu przy kuchni, by upiec ciasto na festyn czy nakarmić kilku robotników. Są tacy emeryci, którzy co miesiąc, systematycznie wpłacają pewne kwoty na konto budowy. Większość przychodzi wtedy, gdy jest robota, tylko nieliczni wymigują się jak mogą.
Wszystkim bezimiennym ofiarodawcom i tym, którzy pomagają w każdej potrzebie Komitet i mieszkańcy tą drogą serdecznie dziękują.
Teraz największym zmartwieniem jest ułożenie posadzki, zakup pająków oświetleniowych i tabernakulum. Życzenie, które od roku nie dawało im spokojnie spać, było takie, by znaleźć fundatorów na zakup krzyża do głównego ołtarza i spełniło się. Państwo Marta i Jan Pierz - właściciele firmy cukierniczej z Leska - przelali na konto Komitetu kwotę pokrywającą w całości sumę zakupu. Krzyż znajduje się już na wyposażeniu świątyni.
Tym oto sposobem synowie górali nowosądeckich spełniają marzenie swoich ojców i udowadniają, że nadal są twardzi i uparci - jak przystało na górali.
Jadwiga Czyżewicz-Szurlej
|