Notes dziadka - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Notes dziadka


2002-05-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-01-30 20:19:49
Tadeusz Filar  


W listopadowym numerze "Echa" z 2000 roku p. Jakub Demel ubolewał nad exodusem leskiej młodzieży. Sam jestem takim "wychodźcą" z Leska i mam trochę przemyśleń w tej sprawie. Przyczyny migracji są dobrze znane i chyba nigdy nie znikną. Po prostu większe ośrodki miejskie dają nieporównywalnie szersze możliwości znalezienia pracy i spełnienia innych aspiracji życiowych. Bez przesady można by powiedzieć, że z młodzieży leskiej lub tej, która przeszła przez leskie szkoły tylko w latach powojennych można by stworzyć spore miasteczko nieźle wykształconych ludzi, którzy swój los związali z często odległymi miejscami. Wszelako na uwagę zasługuje fakt, że zjawisko to nie dotyczy wyłącznie okresu powojennego i że jest ono mocno zakorzenione w czasie. Zresztą dzieje Leska splatają się mocno z losami całych Bieszczadów. Podręczniki historii z moich lat szkolnych przytaczały określenie "biedny jak galicyjski chłop na przednówku" jako przykład skrajnej nędzy i ubóstwa. Galicja obejmowała także Bieszczady, które stanowiły zapewne jądro owej biedy z racji przeludnienia i niesprzyjających rolnictwu warunków klimatycznych. Wylewała się więc stąd rzeka ludzi w poszukiwaniu chleba i godziwego życia.
Nie zawsze były to wyjazdy na stałe. Moja Babcia (rok ur. 1870) opowiadała o swoich przeżyciach z czasów kiedy to jako młoda dziewczyna "chodziła z mularzami z Leska na Węgry" w poszukiwaniu sezonowej pracy.


Stała emigracja z Leska musiała mieć spore rozmiary skoro w czasach mojej młodości tylko na Polanie wiele rodzin otrzymywało w różnej formie wsparcie od swych krewniaków z zagranicy.
Pamiętam jakie emocje wywołał w naszej grupie kilkuletnich "batiarów" widok podpatrzonej u jednej z sąsiadek szklanki, w której zatopiona była, wyglądająca prawie "jak żywa" biało - różowa sztuczna szczęka, sprowadzona jak się okazało na obstalunek od rodziny z Ameryki. Jeden z kolegów z naszej paczki we wczesnych latach pięćdziesiątych dumnie paradował w battle dresie i furażerce żołnierza amerykańskiej armii, na których spłowiałym nieco tle wyraźnie odcinały się ślady po odprutych naszywkach z dystynkcjami. Ten mundur zapewne przeszedł wojnę koreańską. Jedna z sąsiadek otrzymała samochód węgla z Ameryki. W rzeczywistości węgiel był polski, ale zapłaciła za niego rodzina w USA w tamtejszej filii Banku PKO S.A. Urzędowo nazywało się takie transakcje "eksportem wewnętrznym", które to określenie ma w sobie tyle samo logiki co wyjazd za granicę z jednoczesnym pozostaniem w domu. Jak się okazuje za komuny wszystko było możliwe. Nawet do naszego domu listonosz przyniósł list adresowany do Babci, nadesłany z Chicago przez jakąś dawno zapomnianą znajomą. W środku była świąteczna kartka z pięknymi życzeniami bożonarodzeniowymi i - jakżeby inaczej - jeden dolar. Pamiętam to zdarzenie bo znaczek pocztowy z tego listu stał się zaczątkiem mojej pasji filatelistycznej.


O dziwo, emigracja miała miejsce także w okresie tak wydawałoby się hermetycznego zamknięcia granic Polski, za czasów wczesnej "komuny". Przypominam sobie, że na początku lat sześćdziesiątych z Leska wyjechali na stałe : Janek Dobrzański - do USA, dwie siostry Grzybowskie - do Belgii, tamże starszy z braci Zwonarzów oraz Lusia Beluch - do Austrii. Na pewno takich wyjazdów było więcej, chociaż trudno powiedzieć, że miały one charakter masowej emigracji, jak to miało miejsce przed wojną. Zdarzały się także wyjazdy czasowe w celu dorobienia się za granicą i lepszego ułożenia sobie życia po powrocie.
W dzieciństwie z wielkim zaciekawieniem słuchaliśmy opowiadań sąsiada z Polany, zwanego "Dziadkiem", o jego pobycie i pracy w Ameryce. Takim czasowym emigrantem był również mój protoplasta, a konkretnie dziadek ze strony Matki - Stanisław Filar (to nie błąd - noszę to nazwisko po mieczu i po kądzieli). To właśnie jego dziadek, a mój pra, pra, noszący imię Wojciech, jest przedstawiony na wizerunku przesłanym Oskarowi Kolbergowi przez hrabiego Edmunda Krasickiego, przedstawiającym mieszczanina leskiego, który jeszcze w latach 1830-36 nosił na procesjach baldachim będąc ubranym w ubiór polski "w kontuszu i pasie słuckim, tyle że nie litym" (str. 120 - 121 "Dziejów Leska" Józefa Budziaka).
Mam nadzieję, że ten wizerunek zachował się w zbiorach Oskara Kolberga i byłoby ciekawie zobaczyć podobiznę swego antenata z czasów, gdy nie było jeszcze fotografii. A, że nie nosił litego pasa słuckiego, to żaden dyshonor dla sławetnego mieszczanina leskiego. Za taki pas, przetykany złotą i srebrną nicią, można by w tamtych czasach kupić z pół wsi. Nawet niewielu szlachciców stać było na taki wydatek.


Po tej dygresji czas wrócić do sprawy notesu. Otóż wnuk owego Wojciecha, a mój Dziadek Stanisław pozostawił po sobie niezwykłą pamiątkę z pobytu w Ameryce. Jest to kieszonkowy notes o rozmiarach 9 x 15 cm, z którego sporo się można dowiedzieć o losach właściciela. Nie jestem pierwszy w rodzinie, który ceni go sobie jako rodzaj relikwii. Świadczy o tym historia tego notesu po powrocie Dziadka z Ameryki.
Bodajże w 1956 roku moja Mama odbyła smutną podróż do Nysy na pogrzeb swej starszej siostry. Z podróży tej przywiozła parę pamiątek, a wśród nich ów skromny notes, który pieczołowicie przechowuję do tej pory. Zanim trafił w moje ręce, jego historia była zatem związana z losami mojej Cioci. Miała na imię Józefa Halina i jeszcze w czasie trwania I wojny światowej uciekła z domu rodzinnego do Lwowa, nie mogąc się pogodzić z ostrą dyscypliną aplikowaną przez swego ojca. No cóż, twardy charakter musiał mieć Dziadek Stanisław.


Jak się okazuje, na drogę zabrała z Leska zamiast ojcowskich błogosławieństw, ojcowski notes. Z jakiś względów musiała ten notes sobie cenić. We Lwowie prowadziła, można by powiedzieć, światowe życie. Mam jej wizytówkę z tamtych panieńskich jej czasów, na której przedstawiała się jako "Halszka Józefa Filerówna". Drobne przekręcenie jednej literki w nazwisku zapewne wynikało z przeświadczenia, że swojskie "Filar" jest zbyt pospolite. Wyszła za mąż za generała Tadeusza Jordana - Rozwadowskiego, tego samego, który był szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku. Do dziś część historyków jest zdania, że to on był twórcą planu "Bitwy Warszawskiej", w wyniku której odparto Rosjan. Małżeństwo nie trwało długo, bo generał zmarł w 1928 r. gnębiony przez piłsudczyków, jako że był dowódcą wojsk rządowych w czasie przewrotu majowego.


Po II Wojnie Światowej, ciocia jako "repatriantka" osiadła w Nysie. Kilkakrotnie odwiedzała Lesko zatrzymując się w naszym domu na Polanie. W tych podróżach towarzyszył jej w klatce kot-ulubieniec. Pamiętam nobliwą, korpulentną panią, która podarowała mi w prezencie bezcenny skarb w postaci latarki elektrycznej. Na jej widok moje oczy rozbłysły chyba silniej niż światło które mogła wydać.
Tak więc amerykański notes mojego Dziadka, zanim trafił ze mną do Opola, przewędrował jeszcze przez Lwów i Nysę.
Pora przyjrzeć się jego zawartości. Ale o tym w następnym numerze "Echa".


Koniec cz.I

Tadeusz Filar



Pora przyjrzeć się jego zawartości. Na jednej ze stron są zanotowane amerykańskie adresy ludzi, których nazwiska nie są w Lesku obce: John Habliński - Texas, W. Ogonowski -Buffalo, W. Dyniewicz - Chicago. Porozsiewało tych leskich wychodźców za chlebem, po całej Ameryce. Jak wynika z zapisków, Dziadek przebywał najpierw w Saint Paul w stanie Minnesota, przylegającym do jeziora Górnego (jednego z pięciu wielkich jezior na granicy z Kanadą). Rozpoczął tu pracę w 1885 roku. W "Magazynie Gazety Wyborczej" z 7.12.2000r. napotykam takie oto stwierdzenie: "Przed stu laty Chicago było miastem granicznym między cywilizacją a Dzikim Zachodem". Jeżeli tak, to co można powiedzieć o Saint Paul, leżącym przeszło 500 km na zachód od Chicago i to jeszcze w czasie o ćwierć wieku wcześniejszym?. Nasuwa mi się skojarzenie, że akcje wielu westernów odbywały się w czasach pobytu Dziadka na tym terenie, a w stanie Minnesota znajdują się wielkie terytoria indiańskich plemion Czipewejów i walecznych Siuksów. Dziadek na pewno nie posługiwał się w pracy coltem, ale do jakichś kontaktów z Indianami musiało dochodzić. Niekoniecznie brał udział w pościgach na prerii, ale zapewne wiele widział. Zaledwie 7 lat wcześniej Siuksowie do nogi wybili brygadę kawalerii armii Stanów Zjednoczonych, dowodzoną przez generała Custera. Następnym miejscem tułaczki było Cornelius w stanie Oregon, położonym na północ od Kalifornii!. Dziadek musiał więc przebyć wzdłuż całe Stany Zjednoczone - od Atlantyku do Pacyfiku. Jak na tamte pionierskie czasy, był to niezły wyczyn. W poszukiwaniu pracy musiał wiele podróżować, o czym świadczy strona notesu z odnotowanym czasem odjazdów pociągów do takich miast jak: East Portland, Drumond, Liwingston, Mandan, Detroit itp. Wiele miejsca zajmują jakieś obliczenia w postaci kolumn cyfr, oraz szczegółowe notatki z wysokością osiągniętych zarobków w poszczególnych latach, miesiącach a nawet dniach. Pedantycznie zestawione zarobki w poszczególnych latach przedstawiały się następująco, ( oczywiście w dolarach): 1885 rok - 187.85, 1884 rok - 145,75, 1885 rok - 160,45, 1886 rok - 195,55, 1887 rok - 255,95, 1888 rok - 298,62, 1889 rok - 277,10, 1890 rok - 550.70. Razem daje to sumę 1.829,97 dolarów za osiem lat pracy. Z pozoru strasznie mało. Trzeba jednakże pamiętać, że ówczesny dolar miał znacznie wyższą wartość niż obecnie.


Aby suma ta była porównywalna z obecnymi relacjami, należałoby ją pomnożyć około dwudziestokrotnie. Myślę, że po odjęciu wydatków poniesionych na utrzymanie w Ameryce oraz podróże, Dziadek mógł przywieźć do kraju około 1.000 dolarów ,co odpowiadało dzisiejszym 20.000. Był zatem, jak na galicyjskie warunki stosunkowo zamożnym człowiekiem. Chyba jednak duża część tej "fortuny" uległa zatraceniu, gdyż swoje dzieci (miał ich czworo) wyposażył w lokaty oszczędnościowe w Towarzystwie Zaliczkowym w Lesku.


W moim "archiwum" posiadam książeczkę oszczędnościową Mamy z wkładem 8700 marek polskich .Ostatni zapis urywa się na 1924 roku, kiedy to towarzystwo splajtowało. Za taką kwotę można było ongiś kupić spore stadko bydła. Niewielki fragment notesu zajmują zapiski wydatków na artykuły spożywcze: kartofle, śledzie, sardele, cukier, tryt(?). Zasadnicza jednak jego zawartość to zbiór słów różnych pieśni, w większości spisanych ołówkiem - mam więc trochę kłopotów z ich odczytaniem. Numerowany spis tytułów zawierał początkowo 51, a po dopisaniu kolejnych - aż 94 pozycje, do których już bez specyfikacji Dziadek dorzucił jeszcze 10 wierszy. Nie sposób, abym wymienił w całości tytuły tego zbioru. Ograniczę się zatem do wyrywkowo wybranych: Polonez "Patrz Kościuszko", "Z dymem pożarów", "Litwineczko kochaneczko", "Tam na błoniu", "Szumią jodły na gór szczycie", "Hej bracia opryszki", "Kochaj bracie swą zagrodę", "Pożegnanie ojczyzny", "Kosa spod Racławic", "Padły tiurmy, opadły pęta", "Jeszcze Polska nie zginęła", "-Hej ty Wisło modra rzeko", "Za Niemen het precz", "Nie masz pana nad ułana", "Młode orle", "Hej Polaku, hej rodaku", "Warszawianka", "Wanda leży w naszej ziemi", "Krakowiak 1863 r.", "Do M.", "Polak nie sługa", "Boże coś Polskę", "Tysiąc walecznych", "Powrót konia", Śpiew 63r.


Całość tego zbioru stanowi w istocie antologię polskiej poezji patriotycznej. Nasuwa się pytanie, w jaki sposób Dziadek pozyskiwał słowa tych utworów na obczyźnie?. Zapewne drogą wymiany tekstów z innymi wygnańcami z Polski. Była to chyba jedyna strawa duchowa tułaczy i jedyna pociecha w ogromie nostalgii, którą przeżywali. Chyba najdobitniej wyrażają tę nostalgię słowa jednej z dwóch zapisanych w notesie pieśni (wiersza?) w języku ukraińskim, p.t. "Ruski wygnaniec", z której zacytuję dwie zwrotki:

Na czużyni zahibaju
Marnoj żytje idę
Za rodinow spohladaju
A hdeż ona hde
O mij Boże myłostywyj
Wernij mia do niw
Niaj uczuju szcze raz miłyj
Zwuk rodynnych śliw

Niech usłyszę raz jeszcze miły dźwięk ojczystej mowy.


Bez względu na narodowość straszna tęsknota musiała gnębić galicyjskich wychodźców za chlebem. Myślę, że ten notes, wraz z całą jego zawartością ,jest dobitnym zaprzeczeniem istniejącego do dziś w niektórych kręgach społeczeństwa amerykańskiego przeświadczenia o ciemnocie emigrantów polskich. Słowianom nieporównanie trudniej było się przebić prze mur odrębności językowej niż ludziom z krajów anglosaskich czy germańskich. Ich adaptacja do życia w Nowym Świecie była z tego powodu stokroć trudniejsza .Stąd zapewne wzięły się owe szydercze "polish jockes". Ale, jak widać na przykładzie tego notesu, kultury oraz tego co mieli w sercach, nie może im odebrać nawet najbardziej złośliwa kampania oszczerstw.


Ostatnia pozycja w notesie nosi tytuł "Pociecha w niedoli". Wyraźna nieporadność wiersza nasuwa mi przypuszczenie, że jest to dzieło autorstwa mego Dziadka, w czym utwierdza mnie fakt, że jest on sygnowany jego podpisem, oraz datą i miejscem spisania: "Cornelius 11.11,1888r." Pozwolę sobie zaprezentować ten wiersz w całości:>

"Pij swój kielich z Bożej woli do kropelki sącz
A twe serce co tak boli z sercem Bożem złącz
Niech cichutko twe łzy płyną do Jezusa ran
Ziemskie bóle prędko miną i pocieszy Pan
O idź śmiało chociaż ciernie ranią duszę twą
Krzyż ci dany dźwigaj wiernie choć z boleści łzą
A gdy rozpacz cię zwycięża pomyśl że jest Bóg
On pocieszy cię w cierpieniu wśród wygnania dróg
A gdy Jezus już uciszy twój boleści jęk
Twoja dusza wnet usłyszy wiecznej pieśni wdzięk."


No cóż, wydaje się, że zbyteczny jest tutaj jakikolwiek komentarz. To samo dotyczy krótkiego dopisku, skreślonego ręką mego Dziadka w 24 lata po upadku Powstania Styczniowego pod słowami hymnu "Boże coś Polskę", który brzmi:
Boże zbaw Polskę
Stanisław Filar
Oregon,5 listopada 1887


Myślę, że notes ten powinien się znaleźć w zbiorach leskiej
Izby pamięci - o ile takowa powstanie.


Tadeusz Filar
Opole



Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 6