Bohaterem dzisiejszego odcinka jest Jachtowy Kapitan Żeglugi, Sekcji Morskiej, a równocześnie prezes Bieszczadzkiego Towarzystwa Żeglarskiego - Janusz Jagoda.
Urodził się w Wałczu. Jako czteroletni chłopiec przeniósł się z rodzicami do Sanoka, gdzie ojciec pracował w jednostce wojskowej.
Chociaż mieszkał w górach, jego marzenia skierowane były zawsze ku "wielkiej wodzie". Duży wpływ na rozwój marynarskich pasji miały częste pobyty nad Jeziorem Myczkowieckim, gdzie rodzice posiadali mały domek. Początkowo swoje zainteresowania marynistyczne wyrażał przez budowanie modeli okrętów. Na swoim koncie ma ich niezliczoną ilość, m.in. są "Santa Maria" i prawie półtorametrowy "Dar Młodzieży".
Jednak na budowie miniatur się nie skończyło. Pewnego razu z kolegą dyskutowali długo i postanowili wybudować własną jednostkę pływającą. Z pobliskiego tartaku dostali deski, jednak te były świeże i nie nadawały się do tego celu, ale o tym przekonali się po zakończeniu mozolnej pracy, kiedy łajba okazała się nieszczelna. Doświadczenie najszybciej zdobywa się metodą prób i błędów. Upór i pracowitość wzięły górę. Rozpytywali, "zaciągali języka", aż pozyskali informację od jednego z żołnierzy, który - nawiasem mówiąc - o żeglarstwie miał tyle pojęcia, co przeciętny człowiek o budowie statku, ale poradził im, żeby swoją pierwszą łódź mocno obciążyli i zatopili na kilka dni, bo uważał, że gdy nasiąknie wodą, to przestanie przeciekać. Naprzód za pomocą kilkunastu ogromnych kamieni ją "utopili", a potem efekt był taki, że jakimiś nadludzkimi siłami "stateczek" wyciągnęli na brzeg, aby wysechł. Na drugi dzień, kiedy pełni nadziei przyszli zobaczyć swoje dzieło, po łódce nie było ani śladu. Ta historia nie zraziła p. Janusza, bo już w wieku lat niespełna dziewiętnastu posiadał pierwszą własną jednostkę pływającą o symbolu P-70 i pływał z ogromnym powodzeniem po Zalewie w Myczkowcach.
Odkąd istnieje Jezioro Solińskie, odtąd jest tam i nasz dzisiejszy Gość. W Polańczyku wybudował własnymi rękami przystań, która służy żeglarzom do chwili obecnej. Teraz pływa na zupełnie innej łodzi, tę też budował osobiście, a trzeba zaznaczyć, że jest to jedenasta jednostka, której poświęcił niejedną godzinę przy jej budowie. Ta łódź jest największą jednostką pływającą po zalewie solińskim, nosi symbol Mak 1111.
Przygoda z wodą nie ograniczyła się do żaglowania tylko po bieszczadzkim morzu, zaliczył niejedno prawdziwe morze. W swojej karierze żeglarskiej odbył 27 rejsów morskich, zwiedził Afrykę, opłynął Europę. Doświadczenie, które zdobył, pozwoliło na uzyskanie tytułu Kapitana Jachtowego (jedynego na tym terenie), dodatkowo uprawnień instruktorskich, dzięki czemu może szkolić młodych żeglarzy, pasjonatów pływania.
Od kilku lat jest prezesem Bieszczadzkiego Towarzystwa Żeglarskiego, którego był współzałożycielem. To właśnie w tym klubie, już po raz czwarty, organizował "Rejs o Puchar Komandorów", który przyciągnął nad zalew rekordową liczbę załóg (161!). Jest również współorganizatorem wielu innych imprez na wodach Jeziora Solińskiego, m.in.: wyścig o tytuł najszybszej łodzi jeziora solińskiego, wyścig o Puchar Prezesa, czy uroczystości związane z rozpoczęciem sezonu nad jeziorem.
Zapytany przeze mnie o rolę Bieszczad w Jego życiu, odpowiada krótko: Tu się wychowałem, tu chcę mieszkać i pracować i nie chcę opuścić tego miejsca".
Na pytanie o jedno życzenie, odpowiada marynarskim powiedzeniem: "Stopy wody pod kilem i czterech stóp w koi - mogą być palcyma do siebie".
Więc szczerze, na zakończenie rozmowy tego życzyłem kapitanowi Jagodzie.
Daniel Binik
|