Akoszua - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Akoszua


2005-06-03 23:02:04 ostatnio zmieniony: 2005-06-03 23:02:04
Krzysztof Wiktorowicz  


AKOSZUA

pamięci Jinksa - Bieszczadnika,
aktualnie w Kocim Niebie


Poplątane ścieżki przecinały kotlinę we wszystkich kierunkach, wiły się wśród zdziczałych jabłoni, wiązały w pęczki przy stromych zejściach do Rzeki i skupiały promieniście przy popielatych łysinach ognisk. Ogniska wywędrowały najwyraźniej razem z ludźmi, bo nie pozostała po nich najmniejsza, niedopalona głownia, żaden osmalony kamień.

Ścieżki i koliska na pewno nie wydeptały się same, ale daremnie byłoby szukać tu odcisku buta. Gleba, już od tysięcy lat, chętnie i bez wstrętu zabliźniała ślady bosych stóp. Natomiast geometria protektora podeszwy, ślad pojazdu na gumowych kołach, a zwłaszcza odciski metalowych gąsienic, były jej miłe jak noworodkowi tatuaż. Takie blizny zatrzymywały jedynie wodę spadającą z nieba, a woda była jej świętą własnością.
Gdyby nie ślady ognia i bujna jeszcze, jesienna roślinność, teren byłby jota w jotę podobny do gigantycznego lęgowiska pingwinów. Seledynowe od wyblakłej trawy pieczęcie po ludzkich gniazdach nie tworzyły jednak ciasnych skupisk; porozsiewane były w załamaniach terenu, unikając nierówności i stoków. Prostokąty znaczyły ślady po szałasach i namiotach. Te okrągłe, z centrycznymi śladami palenisk, były pamiątkami po indiańskich tipi.
To nie do wiary, ale po kotlinie szurnęła najwyraźniej jakaś gigantyczna, brzozowa miotła. Ominęła zakwitające dziewięćsiły na stoku, nie strącając im ani jednej łuski, ominęła kępy rudziejącej gencjany i nie zahaczyła o żaden z bujnych i czepliwych ostów. Jedynym produktem cywilizacji, o którym zapomniała, był czerpak do wody, wyklepany z obciętej, aluminiowej puszki i zawieszony na leszczynowej plecionce ogrodzenia okalającego maleńkie, jedyne w kotlinie źródełko. To tutaj gleba wypluwała nadmiar wody.
Na przeciwległym brzegu Rzeki, na eksponowanym w popołudniowym słońcu stoku, bielały płaskie, rzeczne kamienie. Ktoś zadał sobie trud wysłania w kosmos ważnej informacji, ale skorzystać z niej mógł najprawdopodobniej tylko „Landsat 7”, który co szesnaście dni robił kotlinie pamiątkową fotkę, aby wysłać ją na inny kontynent. Litery, wielkie na dwa chłopa, układały się w napis RAINBO.
„W” obsunęło się najprawdopodobniej do wody, a może obłożył nim sobie ognisko jakiś wędkarz, jakby w Rzece zabrakło kamieni. A może, wyga cwany, wiedział, że kamuszki z Rzeki, w ognisku, zamieniają się w granaty?
Ciężko o krajobraz bez skazy, więc i tu, nieuchronnie musiało coś zazgrzytać. W tym celu postawiono tu kiedyś pojedynczy, maleńki domek. Mały i z daszkiem wokół, tak, aby deszczówka myśliwym toastów nie rozcieńczała. Bielał, przeraźliwie wapiennie i w tej funkcji sprawdzał się nawet nocą, służąc za idealny punkt orientacyjny. Ignorowany najwyraźniej przez całe lato, zarósł pokrzywami po szyję. Znalazł się jednak ktoś, noszący przypadkowo ubranie i dotarł do tęskniącej bieli ze świecowymi kredkami. Gigantyczny portret Indianina z orlim piórem za opaską, z przymrużonym okiem i przerysowanym kciukiem wyciągniętej przed siebie pięści mówił przestrzeni „Tak trzymać!”. Przestrzeń posłusznie trzymała. Magia naszyjnika z niedźwiedzich pazurów robiła swoje.
Paweł, od godziny mówił, mówił i mówił. Zasychało mu już w ustach, ale Olga była tak ciekawa wszystkiego, że nie miał serca zamilknąć, choć na chwilę. Przyoblekał wszystkie swoje obserwacje w słowa, a Olga chłonęła je tak, jakby czytał jej ponownie „Piknik na skraju drogi”. Miało to i swoje dobre strony, bo słowa, nawet własne, głębiej zapadają w pamięć niż poszarpane myśli.
Najbardziej zafascynował ją dwuwymiarowy, niebieskoskóry Indianin. Paweł musiał jej opisać wszystkie rodzaje niebieskości, od ultramaryny po indygo. Pamiętała je jeszcze doskonale. Trójwymiarowych, żubrzych odcisków kopyt w glinie mogła dotknąć i słowa nie były potrzebne. Paweł przemilczał o istnieniu jeszcze innych śladów, które pozostawiły żubry.
Mieli już zamiar wracać do tandemu, pozostawionego w lipowym cieniu, gdy usłyszeli cieniutkie, ale chrapliwe miauknięcie, zakończone wyraźnym znakiem zapytania.

- Rysio? Żbisio? - szepnęła Olga, postępująca za Pawłem.
Z przyklapłych, pożółkłych traw wypełzł kotowaty stworek i błyskawicznie wspiął się po nogawce Pawła.

- Gdzie on? Gdzie? Masz go? - niecierpliwiła się Olga.
Tylko gepardy i koty domowe mruczą z zadowolenia, więc już po kilku sekundach wiadomo było, co w trawie piszczało. Kociak owinął się wokół szyi Pawła i lizał go po uszach.
Jak można jednocześnie mruczeć i lizać?
Olga, nawet nie próbując zdjąć kotka, wczepionego w sweter Pawła, szybko przebiegała palcami po jego tułowiu i łebku.

- Ale fortepianik miniaturowy! Same żebra! Wąsy już ma! I wiesz co? To kocurek!
Pawłowi udało się wreszcie przesunąć kota na pierś, ale nadal nie można było go oderwać od swetra.

- Kolor! Jaki kolor? - dopytywała Olga trzymając na nim obie dłonie.
- Pełna gama szarości, ale bardzo wyraźne ciemniejsze pręgi. Buras pospolity!
- Skąd tutaj kot? Jak myślisz? Przecież tu wokół kilometrami pustka!
- Dobrzy ludzie go porzucili… Sam tu nie mógł dotrzeć… Ale dotknij Olgo, co z jego łapą?...
- To złamanie… Ale już nieruchome… zrośnięte… Postaw go! Ciekawe jak on chodzi?
Paweł postawił kotka na ziemi, razem ze strzępami wełny na pazurach. Po sekundzie kot był już na wysokości kolan.

- On opiera łapę na nadgarstku… Dotknij tutaj Olu… O, jakie wytarte! To nie łapa, to hokejka…
„Kto cię skrzywdził kocie?” spytał Paweł w myślach.
„Nadepnęli. Nie chcieli.” odmyślał mu kot.
„I zostawili samego?”
„Uciekłem. Bolało.”
- Na pewno jakoś się nazywał… Szkoda, że nam się nie może przedstawić…
- Możesz go sobie nazwać Olu, jak chcesz!
- Jak cię wołali kocie?
„Akoszua. I Kerikeri. I Getaut.”
- Paweł? Ty go chcesz zatrzymać?
- No… Przecież go tu nie zostawimy… Oddamy komuś… Pierwsza chałupa… - Pewnie, że nie zostawimy… Ależ on musi być wygłodzony!
„Domyśliłaś się wreszcie? Akoszua bardzo głodny. Akoszua zdycha z głodu.”

W drucianym bagażniku mieli prowiantu na dwa dni. Był biały ser, był termos ze śmietaną, były kanapki z wędliną, zapakowane w styropian.
Kot wbił się z impetem bryłę sera. Chyba go nie gryzł a łykał. Ogon wyprostował prawie pionowo ku niebu.

- Jak on tu się uchował? Nic go nie zjadło?
- Olu… tu wilk, kuna ani lis długo się nie pokażą… Za bardzo ludźmi pachnie… „Kupa. Lis lubi. Ale nie chodzi po drzwach… drzewach” poprawił Pawła Akoszua.
- Musiał się czegoś wystraszyć… Może go ktoś pogonił… i dlatego się zgubił…
- Czego miał się tutaj wystraszyć, Olu? Aborygena? Ci wszyscy ludzie są przyjaźni życiu!
„Czarnego Człowieka? Też mi nowość. Rude koty już widziałem.” Śmietana znikała błyskawicznie. Koci brzuch pęczniał w oczach.

- Może go odstawić od tego na chwilę? - Paweł z niepokojem obserwował zaokrąglającego się kota. „Kupa. Wszystko mało.”
- No nie! Już skończył! Całe dwa kubki! Gdzie się to zmieściło?
- I co teraz robi?
- Gdyby mógł, to by stanął słupka! Patrzy na ciebie Olu…
- Daj mu jeszcze to z kanapek!
- Nie rozpęknie się nam?
„Słuchaj kobiety.”
Paweł zabrał Olgę do strumyka, aby umyć zatłuszczone dłonie. Kot usiłował iść za nimi, ale jego tułowiem zamiatało na boki i zrezygnował przy pierwszym błocie.
Gdy ochlapani wrócili pod lipę, kot już leżał zwinięty w bagażniku, na polarze, który zdjęła do mycia Olga.

- Jak go nazwiemy?
- Nie wiem Olu… Może Dżinks? Opowiadałem ci te kreskówki…
- Całkiem nieźle!
„Kupa. Akoszua.”

I było już jasne, że pozostaną razem. Do końca życia jednego z nich.
I tak się stało.


Strona główna serwisu   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 1