AKOSZUA
pamięci Jinksa - Bieszczadnika,
aktualnie w Kocim Niebie
Poplątane ścieżki przecinały kotlinę we wszystkich kierunkach, wiły
się wśród zdziczałych jabłoni, wiązały w pęczki przy stromych zejściach do Rzeki
i skupiały promieniście przy popielatych łysinach ognisk. Ogniska wywędrowały
najwyraźniej razem z ludźmi, bo nie pozostała po nich najmniejsza, niedopalona
głownia, żaden osmalony kamień.
Ścieżki i koliska na pewno nie wydeptały
się same, ale daremnie byłoby szukać tu odcisku buta. Gleba, już od tysięcy lat,
chętnie i bez wstrętu zabliźniała ślady bosych stóp. Natomiast geometria
protektora podeszwy, ślad pojazdu na gumowych kołach, a zwłaszcza odciski
metalowych gąsienic, były jej miłe jak noworodkowi tatuaż. Takie blizny
zatrzymywały jedynie wodę spadającą z nieba, a woda była jej świętą własnością.
Gdyby nie ślady ognia i bujna jeszcze, jesienna roślinność, teren byłby jota
w jotę podobny do gigantycznego lęgowiska pingwinów. Seledynowe od wyblakłej
trawy pieczęcie po ludzkich gniazdach nie tworzyły jednak ciasnych skupisk;
porozsiewane były w załamaniach terenu, unikając nierówności i stoków.
Prostokąty znaczyły ślady po szałasach i namiotach. Te okrągłe, z centrycznymi
śladami palenisk, były pamiątkami po indiańskich tipi.
To nie do wiary, ale
po kotlinie szurnęła najwyraźniej jakaś gigantyczna, brzozowa miotła. Ominęła
zakwitające dziewięćsiły na stoku, nie strącając im ani jednej łuski, ominęła
kępy rudziejącej gencjany i nie zahaczyła o żaden z bujnych i czepliwych ostów.
Jedynym produktem cywilizacji, o którym zapomniała, był czerpak do wody,
wyklepany z obciętej, aluminiowej puszki i zawieszony na leszczynowej plecionce
ogrodzenia okalającego maleńkie, jedyne w kotlinie źródełko. To tutaj gleba
wypluwała nadmiar wody.
Na przeciwległym brzegu Rzeki, na eksponowanym w
popołudniowym słońcu stoku, bielały płaskie, rzeczne kamienie. Ktoś zadał sobie
trud wysłania w kosmos ważnej informacji, ale skorzystać z niej mógł
najprawdopodobniej tylko „Landsat 7”, który co szesnaście dni robił kotlinie
pamiątkową fotkę, aby wysłać ją na inny kontynent. Litery, wielkie na dwa
chłopa, układały się w napis RAINBO.
„W” obsunęło się najprawdopodobniej do
wody, a może obłożył nim sobie ognisko jakiś wędkarz, jakby w Rzece zabrakło
kamieni. A może, wyga cwany, wiedział, że kamuszki z Rzeki, w ognisku,
zamieniają się w granaty?
Ciężko o krajobraz bez skazy, więc i tu,
nieuchronnie musiało coś zazgrzytać. W tym celu postawiono tu kiedyś pojedynczy,
maleńki domek. Mały i z daszkiem wokół, tak, aby deszczówka myśliwym toastów nie
rozcieńczała. Bielał, przeraźliwie wapiennie i w tej funkcji sprawdzał się nawet
nocą, służąc za idealny punkt orientacyjny. Ignorowany najwyraźniej przez całe
lato, zarósł pokrzywami po szyję. Znalazł się jednak ktoś, noszący przypadkowo
ubranie i dotarł do tęskniącej bieli ze świecowymi kredkami. Gigantyczny portret
Indianina z orlim piórem za opaską, z przymrużonym okiem i przerysowanym
kciukiem wyciągniętej przed siebie pięści mówił przestrzeni „Tak trzymać!”.
Przestrzeń posłusznie trzymała. Magia naszyjnika z niedźwiedzich pazurów robiła
swoje.
Paweł, od godziny mówił, mówił i mówił. Zasychało mu już w ustach, ale
Olga była tak ciekawa wszystkiego, że nie miał serca zamilknąć, choć na chwilę.
Przyoblekał wszystkie swoje obserwacje w słowa, a Olga chłonęła je tak, jakby
czytał jej ponownie „Piknik na skraju drogi”. Miało to i swoje dobre strony, bo
słowa, nawet własne, głębiej zapadają w pamięć niż poszarpane
myśli.
Najbardziej zafascynował ją dwuwymiarowy, niebieskoskóry Indianin.
Paweł musiał jej opisać wszystkie rodzaje niebieskości, od ultramaryny po
indygo. Pamiętała je jeszcze doskonale. Trójwymiarowych, żubrzych odcisków kopyt
w glinie mogła dotknąć i słowa nie były potrzebne. Paweł przemilczał o istnieniu
jeszcze innych śladów, które pozostawiły żubry.
Mieli już zamiar wracać do
tandemu, pozostawionego w lipowym cieniu, gdy usłyszeli cieniutkie, ale
chrapliwe miauknięcie, zakończone wyraźnym znakiem zapytania.
- Rysio?
Żbisio? - szepnęła Olga, postępująca za Pawłem.
Z przyklapłych, pożółkłych
traw wypełzł kotowaty stworek i błyskawicznie wspiął się po nogawce
Pawła.
- Gdzie on? Gdzie? Masz go? - niecierpliwiła się Olga.
Tylko
gepardy i koty domowe mruczą z zadowolenia, więc już po kilku sekundach wiadomo
było, co w trawie piszczało. Kociak owinął się wokół szyi Pawła i lizał go po
uszach.
Jak można jednocześnie mruczeć i lizać?
Olga, nawet nie próbując
zdjąć kotka, wczepionego w sweter Pawła, szybko przebiegała palcami po jego
tułowiu i łebku.
- Ale fortepianik miniaturowy! Same żebra! Wąsy już ma!
I wiesz co? To kocurek!
Pawłowi udało się wreszcie przesunąć kota na pierś,
ale nadal nie można było go oderwać od swetra.
- Kolor! Jaki kolor? -
dopytywała Olga trzymając na nim obie dłonie.
- Pełna gama szarości, ale
bardzo wyraźne ciemniejsze pręgi. Buras pospolity!
- Skąd tutaj kot? Jak
myślisz? Przecież tu wokół kilometrami pustka!
- Dobrzy ludzie go porzucili…
Sam tu nie mógł dotrzeć… Ale dotknij Olgo, co z jego łapą?...
- To złamanie…
Ale już nieruchome… zrośnięte… Postaw go! Ciekawe jak on chodzi?
Paweł
postawił kotka na ziemi, razem ze strzępami wełny na pazurach. Po sekundzie kot
był już na wysokości kolan.
- On opiera łapę na nadgarstku… Dotknij tutaj
Olu… O, jakie wytarte! To nie łapa, to hokejka…
„Kto cię skrzywdził kocie?”
spytał Paweł w myślach.
„Nadepnęli. Nie chcieli.” odmyślał mu kot.
„I
zostawili samego?”
„Uciekłem. Bolało.”
- Na pewno jakoś się nazywał…
Szkoda, że nam się nie może przedstawić…
- Możesz go sobie nazwać Olu, jak
chcesz!
- Jak cię wołali kocie?
„Akoszua. I Kerikeri. I Getaut.”
-
Paweł? Ty go chcesz zatrzymać?
- No… Przecież go tu nie zostawimy… Oddamy
komuś… Pierwsza chałupa… - Pewnie, że nie zostawimy… Ależ on musi być
wygłodzony!
„Domyśliłaś się wreszcie? Akoszua bardzo głodny. Akoszua zdycha z
głodu.”
W drucianym bagażniku mieli prowiantu na dwa dni. Był biały ser,
był termos ze śmietaną, były kanapki z wędliną, zapakowane w styropian.
Kot
wbił się z impetem bryłę sera. Chyba go nie gryzł a łykał. Ogon wyprostował
prawie pionowo ku niebu.
- Jak on tu się uchował? Nic go nie
zjadło?
- Olu… tu wilk, kuna ani lis długo się nie pokażą… Za bardzo ludźmi
pachnie… „Kupa. Lis lubi. Ale nie chodzi po drzwach… drzewach” poprawił Pawła
Akoszua.
- Musiał się czegoś wystraszyć… Może go ktoś pogonił… i dlatego się
zgubił…
- Czego miał się tutaj wystraszyć, Olu? Aborygena? Ci wszyscy ludzie
są przyjaźni życiu!
„Czarnego Człowieka? Też mi nowość. Rude koty już
widziałem.” Śmietana znikała błyskawicznie. Koci brzuch pęczniał w
oczach.
- Może go odstawić od tego na chwilę? - Paweł z niepokojem
obserwował zaokrąglającego się kota. „Kupa. Wszystko mało.”
- No nie! Już
skończył! Całe dwa kubki! Gdzie się to zmieściło?
- I co teraz robi?
-
Gdyby mógł, to by stanął słupka! Patrzy na ciebie Olu…
- Daj mu jeszcze to z
kanapek!
- Nie rozpęknie się nam?
„Słuchaj kobiety.”
Paweł zabrał Olgę
do strumyka, aby umyć zatłuszczone dłonie. Kot usiłował iść za nimi, ale jego
tułowiem zamiatało na boki i zrezygnował przy pierwszym błocie.
Gdy ochlapani
wrócili pod lipę, kot już leżał zwinięty w bagażniku, na polarze, który zdjęła
do mycia Olga.
- Jak go nazwiemy?
- Nie wiem Olu… Może Dżinks?
Opowiadałem ci te kreskówki…
- Całkiem nieźle!
„Kupa. Akoszua.”
I
było już jasne, że pozostaną razem. Do końca życia jednego z nich.
I tak się
stało.
|