Mam wrażenie, że żyjemy w kraju, w którym ostatnio wszystko działa nie według jakichś reguł, ustaw czy przepisów, tylko według "widzimisię". Komuś "widzi się" kilka reform na raz, innemu "widzi się", że będzie taniej, a jest drożej. Jeden powtarza, że tylko on jest uczciwy, że chce dobrze, tylko inni mu przeszkadzają w dziele wielkopomnym, drugi obiecuje, że coś załatwi... a tamten, że nie pozwoli tego załatwić, co obiecuje ten pierwszy, z tym, że już innej opcji...
Co za czasy! Nie liczy się człowiek, liczy się układ. Ktoś może powiedzieć - "pesymista z ciebie pismaku!". A ja mu na to, że tylko "dobrze poinformowany optymista!" Pachnie świeża trawa i kwitnące jarzębiny, kasztany i czeremchy - mały senny światek "na końcu świata w centrum Europy". Wszyscy mamy wyczekaną wiosnę, niby kto się przejmuje tym, że wszystko wokół stoi na głowie? A zresztą, to pewnie przez wiosnę, powiedzą niektórzy - lekkie rozprzężenie; ale już są tacy, co czekają, by wyskoczyć ze swoim "widzimisię".
I tak wszyscy sobie. Każdy w swoją stronę... Nawet ten felieton widzi mi się kiepsko! Bo jak tu znaleźć myśl główną, kiedy wszystko "rozsiejane". Robię wstępną kwalifikację. O porze roku? Było. O sąsiadach? Było. O wścibianiu nosa w nie swoje sprawy? Było. O małomiasteczkowości? Było. O pazerności i złości? Było. No tak... O! Zbliża się sezon, może o tym (choć już coś kiedyś też było...). Ale teraz z innej beczki. Sezon właściwie to już mamy, bo przecież w maju przeżyliśmy istny najazd. Cieszyli się hotelarze, cieszyli się gospodarze.
Nie wiem jak turyści. Bo jako tubylec raczej omijałam szerokim łukiem miejsca uczęszczane. Raz tylko zaplątałam się w okolice zapory solińskiej i po kilkunastu minutach już bardzo chciałam się ewakuować. Musiałam to jednak robić to powoli, tłok jak na Marszałkowskiej w samo południe. Uciekać! Uciekać! Moje małe L. leży na trasie w Bieszczady. Cała sztuka więc w tym by "złapać" takiego potencjalnego turystę z trasy. Spowodować, by chciał się tu (u nas) zatrzymać. Aby jednak to zrobił musi mieć powód. Załóżmy, że turysta nie słyszał o L., nie wie o Kirkucie, galerii w Synagodze, cmentarzu wojskowym, załóżmy, że nie interesują takiego turystę zabytki.
Jak zrobić dobre wrażenie na pierwszy rzut oka znad kierownicy? Czym go ująć? Może zaskoczyć? Co zrobić, by powiedział: "zatrzymajmy się tu!".
Podobno przy poznaniu nowej osoby, o pierwszym wrażeniu decyduje pierwsze 7 sekund kontaktu. Te sekundy decydują, czy uznamy kogoś za interesującego, sympatycznego i godnego poznania. Ile potrzebuje miasteczko takie jak L.? Śmiem twierdzić, że tyle samo! Gdy ktoś gna w góry - to śmiga przez centrum i tyle go widzimy. Jedno co zostawia po swoim pobycie, to trochę spalin z rury wydechowej. To za mało, by mówić o turystyce w L.
Oczywiście spece o turystyki powiedzą jedno - promocja.
Pomijając to, że źle mi się kojarzy termin "promocja", bo dotyczy sprzedaży jakiegoś "super" specyfiku czy produktu, zadaję sobie pytanie: kto tu tą promocją powinien się zająć? I czym to się do biesów i czadów je?!! Ano mówiąc naukowo "promocja np. gminy to działanie polegające na skutecznej jej komunikacji z otoczeniem, w wyniku czego zakupione zostaną przez odbiorców promocji walory tejże, tj. jej oferty: gospodarcza, turystyczna i kulturalna." Oczywiście wszystkie strategie i plany rozwoju są opracowane, a jakże! Oferty, programy, diagnozy...
Oczywiście, wszystko trafia prędzej czy później na mur w postaci zdania "nie ma pieniędzy". Jasne, że głową nie przebije. Niemniej oznacza to dla nas jedno - spaliny z samochodów mijających L turystów... 15 km kw. powierzchni na ziemi na której zameldowanych jest 6 066 osób, czyli według mnie ponad 6 tysięcy ludzi promujących L. Nie chcę już trąbić, że powinny być oferty kompleksowe, strony internetowe co najmniej w dwóch, trzech wersjach językowych, czy modny obecnie: dobrze wypromowany "produkt turystyczny". Wszystko to piękne i może kiedyś do tego dojdziemy, ale póki co: - Drogi Turysta pędzący nad Solinę albo na połoniny przejedzie przez Lesko na wysokim biegu. Jeśli jest z natury optymistą, to popatrzy na lewą stronę miasteczka - w miarę nową. Ten co lubi wyszukiwać "dziury w całym" z pewnością popatrzy na prawo (oczywiście, dużo się zmieniło, ale 7 sekund przy niektórych zabudowaniach wystarczy, by popsuć wrażenie). Mamy więc i czym się pochwalić i czego powstydzić.
Jednym z pierwszych etapów osławionej strategii promocji jest budowanie ogólnego pozytywnego wizerunku gminy, a skoro nie ma kasy na promocję samą w sobie, to może trzeba zainwestować w ludzi, bo zadowoleni ze swego miejsca zamieszkania ludzie to zarazem najlepsi ambasadorzy swojego Miejsca na Ziemi.
@s
|