MAJÓWKA NAD SANEM
Od kilku miesięcy jestem uczestnikiem forum dyskusyjnego na wortalu www.bieszczady.info.pl , będącym po patronatem internetowym Wirtualnej Polski. Używam tam pseudonimu "Stały Bywalec", czując się nim istotnie, jako że od 1986 r. prawie corocznie spędzam urlop w Bieszczadach. Ta miłość do Naszych Gór lub Padołu Łez (jak określamy Bieszczady na forum) pogłębia się - niezależnie od urlopu zacząłem wyjeżdżać tam co rok także na długi weekend majowy.
Dyskusja internetowa pozwala przytłumić tęsknotę i skrócić czas oczekiwania, jest jakąś namiastką rzeczywistego pobytu. Poza tym chyba autentycznie polubiliśmy się wzajemnie. My, to znaczy Szaszka, Aleksandra, Agajotek, Duszewoj, Barszczyk, MarekM, Kasandra, Dagmara, Iza, Lupino, Admin (czyli administrator listy), no i ja - Stały Bywalec. Jest na tej liście także szereg innych, bardzo sympatycznych osób. Przepraszam, jeśli podając powyższe pseudonimy opuściłem kogoś ze stałych "forumowiczów". Planujemy spotykać się również niewirtualnie. Ustaliliśmy już miejsce, termin i hasło z odzewem, po którym rozpoznamy się wzajemnie. Termin: wszystkie piątki od 3 maja do 25 października, w godz. od 14,00 do 16,00 (może wtedy ktoś z nas, będąc akurat w Bieszczadach, pojawi się na takim "dyżurze"). Miejsce: urocza mordownia w Dwerniku, gm. Lutowiska. Hasło: "w Bieszczadach najlepsze pierogi są w knajpie w Dwerniku" (bo tak jest faktycznie). Odzew też jest ustalony wg przygód kpt. Klossa, ale w tym artykule go nie podam. Bardzo zainteresowani mogą go znaleźć w internecie, wertując nasze wypowiedzi na forum.
Dzieli nas w zasadzie wszystko: miejsce zamieszkania, wiek, wykształcenie, stan cywilny i majątkowy, poglądy polityczne, itd. Łączy tylko jedno: miłość do Naszych Gór. I w zasadzie jedynie o tym dyskutujemy.
Po powrocie z majówki zdałem relację z pobytu owym sympatycznym "współszaleńcom", a ci poradzili mi ją opublikować w prasie. M.in. otrzymałem również konkretną propozycję opublikowania jej właśnie w tym regionalnym miesięczniku. Oto zatem moja relacja z majówki, trochę zmieniona ze względu na specyfikę tej, było nie było, poważnej publikacji.
1 maja (środa)
Jedziemy do ośrodka w Sękowcu k/Zatwarnicy, gm. Lutowiska, w cztery osoby (dwie pary), ale oddzielnie, dwoma samochodami. Ja z żoną i Adaś ze swoją Panią. Mamy zarezerwowany tam pobyt od dziś do 6 maja. Ośrodka wypoczynkowego nie wypada tu reklamować, natomiast znakomicie zareklamuje się on sam na stronie www.sekowiec.com . Wyjazd z Warszawy o godz. 10,10. Do Janek pod Warszawą średnie tempo 18 km/godz. Później półgodzinny korek na moście w Białobrzegach Radomskich. Ale humor dopisuje, tylko kotka Sabinka miauczy z tyłu na siedzeniu. Musieliśmy ją zabrać. W domu nikt nie pozostał. Córka (15 lat) wyjechała na dziecinno - młodzieżowy zjazd po- i przedkolonijny. Co się tam będzie włóczyła z wapniakami po jakichś Bieszczadach.
Z Adasiem i jego panią jesteśmy w stałym kontakcie "komórkowym". Wyjechali wcześniej, wyprzedzają nas o 2 godz.
Za Ostrowcem Świętokrzyskim ruch już prawie żaden. Przed Rzeszowem tankowanie i kawa (ja) oraz piwo (żona). Kot już zobojętniał, nie miauczy. Przyjazd do Sękowca ok. godz. 18.
Witamy się z gospodarzami oraz z "Adamostwem", wypuszczamy i karmimy kota, a następnie idziemy w czwórkę w Sękowcu, przez most na Sanie, do sklepu "Pod Lipą" na małe zakupy i oczywiście na piwo. Kierowcom się to należy po ich ciężkiej pracy.
Żona (moja) postanowiła, że wpuścimy Adasiom w nocy kota do ich pokoju. I tak uczyniliśmy.
2 maja (czwartek)
Udajemy się sami na południowo - wschodni kraniec Polski, u źródła Sanu. Kierunek: grób Hrabiny. Jedziemy naszym samochodem (przez Stuposiany i Muczne) najpierw do Tarnawy Niżnej. Tam kupujemy bilety do Bieszczadzkiego Parku Narodowego dla nas i samochodu (3 zł od osoby i 3 zł za parking w Bukowcu). Potem jazda do Bukowca, droga wąziutka, coraz gorsza. Z przeciwka wielka ciężarówka z długimi kłodami drzew. Ale udało się. Parking w Bukowcu prawie pełny. Zostawiamy samochód i idziemy do Sianek przez Beniową. Ale, psiakrew, nie sami. Sporo stonki turystycznej, chociaż na pewno mniej niż na połoninach. Czas refleksji i zadumy na zachowanym cmentarzyku w Beniowej. Napisy oczywiście tylko cyrylicą. I dalej naprzód. W schronisku nad Negrylowem krótki odpoczynek. Ostatni odcinek do grobu F. i K. Stroińskich (cmentarz w Siankach) dość błotnisty, stonka rozrobiła glinę na błoto. I znów czas refleksji na ławeczce w Siankach, tuż u grobu Hrabiny Klary. Sianki były przed wojną modnym lwowskim kurortem. I cóż z tego pozostało ? Po stronie polskiej tylko cmentarz, po ukraińskiej parę chałup. Powrót, poczynając od Negrylowa, trochę inny: nie przez Beniową, lecz drogą bardziej na zachód. My z żoną wyrywamy jako pierwsi, na "Adamostwo" czekamy pół godziny na parkingu w Bukowcu. Z parkingu zabieramy też jakiegoś młodego człowieka, który przybył z Tarnawy Niżnej (tam się zatrzymał) i nie miał już sił wracać na piechotę. W Mucznem robimy przerwę na obiadokolację (pstrąg), towarzystwo pije piwo, a ja się patrzę. Ciężka jest dola szofera. Ale w Sękowcu czeka cała bateria butelek tego boskiego napoju i tym się pocieszam, pijąc na razie ... piwo bezalkoholowe. No i wreszcie powrót.
3 maja (piątek),
dyżur uczestników forum
Nawalili z kretesem. Poza mną na dyżurze nie było nikogo z "forumowiczów". Czekałem od godz.14,10 do 15,50. Ale po kolei.
W kierunku Dwernika wyruszyliśmy się z Sękowca uroczą trasą stokową wiodącą do Nasicznego. Pogoda była super piękna a droga bezludna, czego nie można powiedzieć o innych trasach w tamte dni majowe. W Nasicznem skręciliśmy w lewo i dalej pomaszerowaliśmy prosto do Dwernika, zachwycając się po drodze kościółkiem (cerkiew z Lutowisk, rozebrana i tu przeniesiona). Dopiero dochodząc do gospody wyznałem, że nie jestem tu prywatnie, lecz "służbowo", gdyż "mam dyżur". Zanim wszystko dokładnie wyjaśniłem, towarzystwo było zatroskane, czy aby nie dostałem udaru od słońca. W końcu mi jednak uwierzyli.
Przed knajpą, przy stolikach, siedziało małe zgromadzenie, które poinformowałem, że "w Bieszczadach najlepsze pierogi są w knajpie w Dwerniku". Odrzekli, że wolą piwo. Trudno. W środku było dwóch turystów wyglądających na łazików bieszczadzkich, więc też powtórzyłem hasło. Odrzekli, że chętnie spróbują te pierogi (?!). My też oczywiście złożyliśmy zamówienie - po 2 porcje pierogów ruskich i po 2 piwa na buzię. Pierogi świetne, a piwo, po takim marszu, w upale ... To nieprawda, że bogowie na Olimpie pili nektar. Oni pili piwo, to tylko komunistyczna cenzura zniekształciła potem mitologię grecką w trosce o wychowanie młodzieży. W gospodzie był też jakiś miejscowy sinonosy. Moi kompani zaczęli się zgrywać, abym i jego zagadnął, gdyż może właśnie on jest uczestnikiem listy internetowej. Coś usłyszał, gdyż zaczął skwapliwie przytakiwać, myląc przy tym internautów z astronautami. Postawiłem mu piwo, mój kolega drugie i chyba go ululaliśmy (wcześniej właśnie samotnie kończył konsumpcję "wina marki wino"). Następnie kulturalnie, jak na Stałego Bywalca przystało, wyjaśniłem szefowej owej placówki gastronomicznej, iż będzie miała przyjemność gościć w piątki internautów. Najpierw jakby się przestraszyła, ale następnie dotarło do niej, iż na tym nie straci, a może wręcz przeciwnie. Podałem jej też nasze hasło (oczywiście bez odzewu), wtedy się rozczuliła i spytała, czy nie chcę trzeciej porcji (pierogów). Zdziwiła się też nazwą "Pod Stenką". Oczywiście przymiotnik "zezowatą" taktownie opuściłem (gospoda ta nosi wśród bieszczadników nieformalną nazwę "Pod Zezowatą Stenką"). Któż to imię wymyślił? Chyba Barszczyk albo Duszewoj. Kiedyś pracowała u niej Basia, która na drugie imię miała Stenia. Ale już jej tam nie ma. Natomiast ładne i zgrabne kosookie dziewczę, lecz o innym imieniu, faktycznie tam pracuje. Gdy sprzątała ze stołu puste butelki po piwie, obawialiśmy się, że może pomylić je z pełnymi.
Straszną reklamę pierogów tam zrobiłem. Gdy tylko wchodził ktoś do środka, mówiłem głośno (niby do mojego towarzystwa) hasło. Osoby wchodzące nadstawiały wtedy uszu i zaraz zamawiały pierogi. W końcu ich zabrakło.
Wreszcie najedzeni i napojeni wyszliśmy z tej "dużej gastronomii". Doszliśmy do skrzyżowania z drogą do Zatwarnicy, gdzie dla Naszych Pięknych, ale Zmęczonych, Pań złapaliśmy okazję, a ja i Adaś powędrowaliśmy do Chmiela. Tam w sklepie zaspokoiliśmy jeszcze pragnienie (cały czas panował upał) oraz porozmawialiśmy z turystą - rowerzystą przybyłym tu na swoim dwuśladzie aż spod Warszawy. Następnie weszliśmy na zbocze Otrytu i pomaszerowaliśmy okrężną drogą do Sękowca. Nikogo już nie spotkaliśmy.
W Sękowcu, w naszej kwaterze, żona pokazała mi bąbel na pięcie.
4 maja, sobota
Panie się zbuntowały. Nie będą dziś dużo chodzić. Trudno. Jedziemy więc samochodem Adasia do Wołosatego. Parkujemy i idziemy jakieś 4 km w stronę Przełęczy Bukowskiej. Po drodze chwila zadumy na cmentarzyku w Wołosatem. Grób wielkiego miłośnika Bieszczad, prof. Konopackiego (już powojenny). Potem zawracamy. Słońce grzeje, ani jednej chmurki, widoki - sami znacie. Stonki turystycznej dużo, ale prawie wszystko od razu powędrowało na Tarnicę najkrótszym wejściem z Wołosatego. Wejdą jak najszybciej, zrobią zdjęcie, zjedzą kanapkę, naśmiecą i ... z powrotem w dół do samochodów. U nas atmosfera luzacka. Trwaj chwilo, jesteś piękna. Następnie podróż samochodem do Wetliny i obiad w Hotelu Górskim (pstrąg). W drodze powrotnej krótki przystanek w Ustrzykach Grn. - spacer i odnowienie zapasu piwa (zakupy w sklepiku przyparkingowym). Ceny jak w Warszawie, za późno się zorientowałem.
5 maja, niedziela
Moja żona nie idzie na wycieczkę, lecz umawia się z nami na godz. 15-tą w hotelu w Zatwarnicy na obiad. Powód: bąbel na pięcie. Maszerujemy więc tylko w trójkę przez most na Sanie w Sękowcu i zaraz skręcamy w prawo idąc do Hulskiego leśną drogą nad samym Sanem. Potem ścieżka odbija w lewo. W Hulskiem podziwiamy żywot mieszkającego tam (bez elektryczności) samotnika, przeprawiamy się z pewnym trudem na drugą stronę strumyka i zdobywamy "Mount Ryki" najkrótszym podejściem na przełaj. Następnie schodzimy w dół, do ruin cerkwi w Krywem. Pogoda piękna, gorąco, zbiera się chyba jednak na burzę. Widoki - marzenie ! I tylko my, oprócz nas ani żywego ducha ! Postój w ruinach cerkwi, lektura tablicy informacyjnej. Kiedyś, do akcji "Wisła", była tu ludna wieś. Odpoczynek na przycerkiewnym cmentarzyku przy grobie zmarłej w 1945 r. śp. Katarzyny Jaskółki (napis polski). Historia aż wyje. Wracamy nie przez Hulskie, lecz górą, drogą stokową w kierunku Zatwarnicy. Gdy już rozpoczęliśmy ostatnie zejście w dół, nagle zerwała się burza. I tu przydała mi się Wasza telepatyczna pomoc, Wasze myśli, o których tak ładnie napisaliście na forum. Dosłownie w chwili spadania pierwszych kropel deszczu znaleźliśmy się bowiem przy pustym szałasie robotnika leśnego. Weszliśmy tam, usiedliśmy grzecznie na ławeczce i przeczekaliśmy burzę (ponad pół godziny). Przez szparę w drzwiach widzieliśmy, jak piorun uderzył w stację przekaźnikową koło Zatwarnicy (ok. 200 m od nas w linii prostej). Potem zeszliśmy do Zatwarnicy (koło kościoła), skręciliśmy w prawo w stronę hotelu i spotkaliśmy ... moją żonę idącą już z powrotem (była już godz. 16,20). Zabraliśmy ją i w czwórkę poszliśmy na obiad, oczywiście z piwem. Ale szaleństwa piwnego nie było, następnego dnia czekał nas przecież samochodowy powrót do Warszawy. W domku wielka niespodzianka: Sabina złapała mysz. Pierwszy raz w życiu, wcześniej nie miała takiej okazji, no bo gdzie ma złapać myszkę kanapowy kotek ? Tylko ją trochę naddusiła, wygoniliśmy ją (mysz) na dwór, niestety prosto w kły jamnika Bąbla (psa gospodarzy).
6 maja, poniedziałek
Powrót. Dużo ciężarówek, bo to pierwszy roboczy dzień po długim majowym weekendzie. Z tyłu miauczący kot. Na pewno z żalu za tamtą myszą. Na ostatnim odcinku (Radom - Warszawa) istne szaleństwo kierowców. Widzieliśmy wypadek, obecna była i policja, i straż pożarna, i pogotowie (jednak tylko z uwagi na konieczność stwierdzenia zgonu). Podróż trwała od godz. 8,05 do 16,20. "Adamostwo" wyjechali o samym świcie, trzy godziny wcześniej. W domu już czekała na nas córeczka, jakoś wyjątkowo grzeczna i pokorna. Przyznała się, że na tym ich zjeździe młodzieżowym zagoniono wszystkich do malowania płotu. No cóż, miała wybór, mogła pojechać z nami.
I to by było na tyle. Teraz ja będę czytał Wasze wspomnienia wakacyjne. I będę się nimi "nastrajał", jako że pierwsze trzy tygodnie września znów spędzę w Bieszczadach. Żona puszcza mnie solo, lecz niezupełnie samego, przydając mi za "body guarda" swojego brata. Ale szwagier lubi łazić, jest wysportowany, więc myślę, że niemało kilometrów razem przewędrujemy, wpadając oczywiście na piątkowe dyżury do Dwernika.
Autor tego artykułu jest z zawodu rzeczoznawcą majątkowym.
Stały Bywalec
(nazwisko i adres znane Redakcji)
|