Na obu brzegach rzeki San - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Na obu brzegach rzeki San


2002-06-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-01-30 19:26:15
Stanisław Maciela  


Podejmowane kolejne próby poszerzenia wiedzy o zgrupowaniu wojennych bunkrów i umocnień na odcinku od Leska do podsanockich Olchowiec wymagają wsparcia pochodzącego od bezpośrednich uczestników tych wydarzeń,
Sergiusz - Rosjanin, babcia Polka, syn żołnierza z załogi bunkrów mieszka w mieście Tuła znanego z wyrobu samowarów.
Ojciec Sergiusza - rocznik 1916, dyplom lekarza odebrał w czerwcu 1940, a już w sierpniu z kartą powołania do wojsk ochrony granic znalazł się w regionie południowo - zachodnim, objętym porozumieniem zawartym pomiędzy Wieczesławem Skrabinem Mołotowem - reprezentującym Stalina, a Joachimem von Ribbentropem, działającym z upoważnienia Adolfa Hitlera i Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Tu jako lekarz - psycholog włączony został do zespołu szkolącego i przygotowującego załogi dla budowanych "toczek"( bunkrów) na prawym brzegu rzeki San, od Leska do Sanoka.

Skompletowanie kilkunastoosobowych załóg nie było prostym zadaniem, gdyż przybyłe tu 17 września 1939 jednostki Armii Radzieckiej to pogranicznicy - czyli wojska ochrony granic o strukturach z okresu pokoju. Załoga bunkra, oprócz dobrego wyszkolenia wojskowego, musi mieć wyjątkową odporność psychiczną i dobre zdrowie. Zamknięty w betonie człowiek musi być przygotowany na długi okres życia i walki w dymie prochu strzelniczego, racjonowaniu wody i żywności, najczęściej bez łączności. Sergiusz z pamiętnika nieżyjącego już ojca przekazał mi w roku 1990 część wiedzy. Po resztę zaprasza do Tuły. Chciałby też przyjechać do Ojczyzny swojej babci oraz odnaleźć odważnych ludzi z rodziny Józefa Śmietany w podjasielskich Szebniach (Dlaczego ? - To w dalszej części).

Stojące na obu brzegach Sanu armie wiedziały o sobie wszystko. Budowa bunkrów nie była maskowana, nie była też utajniana. Częściową tajemnicą było tylko to, jaki rodzaj uzbrojenia został zainstalowany. Oficerowie z obu brzegów spotykali się za wspólnych gościnach, wymieniając okolicznościowe toasty. Od roku 1915 nie było konfliktu między stronami, a wspólna Szkoła Wojskowa w Kazaniu szkoliła kadrę w sztuce taktyki wojennej na potrzeby obu armii. Z czasem narastało przekonanie, że to wszystko się źle skończy. Adolf z marszu zdobywał lub taktycznie obchodził zachodnie umocnienia. Francuska linia Maginota nie odegrała większego znaczenia - a mogła ! Dla nas, dla Polski mogła odegrać dużą rolę. Wystarczyłoby, aby 1 września 1939 r. nasi ówcześni zachodni sojusznicy: Francja i Anglia wystrzelili kilka pocisków na stronę niemiecką - nie byłoby "17 września". Stalin miałby poważny problem widząc, że niemiecki atak na Polskę spotkał się ze stanowczym sprzeciwem Zachodu. Dzisiaj można powiedzieć, że został zachęcony do " 17 września" mało krzepiącymi słowami słanymi z Zachodu dla walczącej Polski. Później argumentował, dla Zachodu, że przybyli tu dla ochrony swoich mniejszości narodowych, a budowane obiekty to strażnice -placówki dla pograniczników. Równocześnie wiedział od swoich doradców, że rzeka San, na odcinku Myczkowce - Lesko - Sanok, ze względu na małą głębokość może być wykorzystana dla łatwego przemarszu przeciwnika. Znalazło to uzasadnienie w akceptacji budowy bunkrów, wprawdzie typu lekkiego, z uzbrojeniem działka 45 mm. W tym czasie na lewym brzegu Sanu, w miejscowości Dolina k/ Zagórza, na terenie posiadłości i pałacu płk. Romana Małachowskiego, ulokowała się zmotoryzowana jednostka z 454 zapasowej grupy dywizji Wehrmachtu. Jednostka ta na mocy porozumienia Ribbentrop - Mołotow została wycofana z wcześniej zajętych trenów na kierunku Przemyśl - Chytrów. Następnie przybył tu oddział saperów, który rozpoczął intensywne szkolenia w zakresie budowy mostów i przepraw. W ramach ćwiczeń budowano i demontowano drewniane mosty na dużym stawie, obecnie należącym do p. Olszewskich. Jeszcze do dzisiaj pozostały w dnie stawu wbite dębowe słupy. Przygotowywano przeprawę przez San - atak na ZSRR w ramach planu Barbarossa.

Nastąpiło to rankiem 22 czerwca 1941.

W dniu 24 czerwca 1941 r. przez Przełęcz Dukielską przekroczyła granicę między Słowacją a Generalnym Gubernatorstwem ( taką nazwę nosiła ta część Polski ), Słowacka Rychla Skupina. Formacja podporządkowana została dowódcy 17 Armii Niemieckiej gen. C.H. von Stulpnagela. Rychla Skupina, czyli szybka grupa, powstała jako sojusznik - satelita armii niemieckiej po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z ZSRR przez ówczesnego Prezydenta Słowacji ks. Josefa Tiso. Nazwa "szybka grupa" nawiązywała do taktyki przyjętej przez Niemców "Błyskawicznej Wojny" (Blitzkrieg). Dowódcą Słowackiej Armii został mianowany gen. Ferdynand Czatlosz. W godzinach popołudniowych 24 czerwca 1941 pododdziały Rychlej Skupiny pod dowództwem mjr płk. R. Pilfauska osiągnęły rejon rozmieszczenia - Haczów, Brzozów, Kombornia. Dwie kompanie czołgów typu LT - 38, LT 40 oraz starsze modele LTvz - 35 dowodzone przez poruczników Valko i Jarembaka wraz z dowódcą oddziału pancernego mjr Dobrotką rozlokowały się we wsi Kombornia. W okolicy wsi Jasienica - Stara Wieś ulokował się batalion zmotoryzowanej piechoty i oddział saperów, w Humniskach kwatery zajął oddział rozpoznawczy. W haczowskim młynie i posiadłości pp. Kalitów kwatery zajęły: - dowództwo grupy, dywizjon artylerii oraz oddział łączności. Kalitowie to teściowie harcmistrza Bronisława Nogi. Pamiętają go najstarsi lescy harcerze ze zorganizowanych obozów brzozowkiej i leskiej chorągwi przy młynie w Haczowie. Starsi Haczowianie wspominają słowackich "vojakov", jak po Mszy w miejscowym kościele śpiewali swoje melodyjne, patriotyczne pieśni o treści wcale nie pochwalnej niemieckiemu sojusznikowi. Wspominał też o tym w swoich pamiętnikach nieżyjący już były naczelnik leskiej poczty Haczowianin Stanisław Cymerman. Generał Czatlosz wzywał vojakov Supiny do wierności wobec niemieckiego sojusznika, o wsparcie go w walce z myślą o przyszłej Słowacji i Europie. Plan pochodu Armii Niemieckiej na wschód zakładał szybkość działania i omijanie, a następnie okrążanie i likwidowanie ugrupowań Armii Radzieckiej. Rychla Skupina została przeznaczona do wsparcia 17. Armii Niemieckiej przy forsowaniu Sanu na północ od Sanoka i dalszej ofensywie na kierunku Chyrów - Lwów. Słowacy, którzy stali w odległości 40 km od linii umocnień Lesko - Sanok, przeszli szosą Brzozów - Grabownica - Jabłonka - Dydnia i pod wsią Temeszów bez strat przekroczyli San. Cała linia obronna bunkrów, okopów, zapór przeciwczołgowych, została ominięta, pozostała bez walki. Zakładano, ze zgromadzone tu wojsko i załogi bunkrów pozostawione bez zaopatrzenia i wsparcia muszą się kiedyś poddać. Jednak w wyniku chwilowych niepowodzeń jednostek niemieckich i słowackich na kierunku Chyrów, podjęto decyzję, że Skupina zostanie skierowana z powrotem na zachód i wejdzie w niemieckie zgrupowanie Coretti (nazwa od dowódcy płk. Corettiego). Następnie obejdzie rosyjską linię bunkrów nad Sanem i zaatakuje je od tyłu. Wcześniej wiedziano, że bunkry są w większości posadowione w zboczach pagórków i mają ograniczone pole obstrzału. Oddział pancerny Skupiny składający się z czołgów LT - 38 wraz z kompanią niemieckich żołnierzy w pojazdach samochodowych po dotarciu z Tyrawy Wołoskiej do Załuża został podzielony na dwie grupy, z zadaniem opanowania linii umocnień na odcinku leskim i sanockim. Grupa skierowana w kierunku sanockim po przejściu kilku opuszczonych bunkrów dostała się w zasadzkę i została ostrzelana ogniem krzyżowym dwóch bunkrów z miejscowości Bykowce. Poniesiono tu straty w ludziach i sprzęcie. Od pocisku działka 45 mm spalone zostały dwa słowackie czołgi i kilka samochodów w tym 6 samochodów osobowych Skoda. W jednym z czołgów zginęła cała 4 - osobowa załoga. Byli to: Frantisek Zan, Ludowit Makovicki, velitel desadnik Karol Penciak i strielnici Stefan Galbawy. Od pocisków bunkrów polegli też żołnierze niemieccy z ugrupowania Coretti, ze sztabu policyjnego pułku SS "Sud". Zginął też jadący z oddziałem cywilny tłumacz j. niemieckiego na ukraiński. Poległych pochowano obok na wzgórku zwanym "Bukowina". Cmentarz ten do roku 1945 był ogrodzony betonowymi słupkami, łączonymi kutym, grubym, stylowym łańcuchem. W centralnym miejscu stał obelisk z godłem Słowacji. Na 37 mogiłach, w betonowych postumentach umieszczone były dwuramienne słowackie krzyże oraz stylowe, żeliwne krzyże stosowane na niemieckich i austriackich cmentarzach z okresu I wojny światowej 1914-1915. W roku 1942 na cmentarz w Załużu ekshumowano z Kuźminy wcześniej poległego tam Słowaka - aspiranta Stefana Fabry. Obecnie cmentarz ten jest zdewastowany i zaniedbany. W latach pięćdziesiątych wykuto lub wyłamano krzyże nagrobne, które wraz z otaczającym łańcuchem - znikły (podobno zawieziono je na złom). Pozostał z prawej strony jeden krzyż wzór niemiecki. Starzy ludzie z okolicy kiedyś mówili, że to grób cywila tłumacza, a tabliczka nagrobna gdzieś była przechowywana. W roku 1996 vojaci z jednostki w Trebiszowie posprzątali obiekt, postawili wysoki, metalowy krzyż z szarfą w narodowych kolorach Słowacji, a napis na tablicy głosi:


NA VECNU PAMIATKU SLOVENSKIM VOJAKOM
VOJACI 21 ZMECHANIZOVANEJ BRYGADY ARMADY SLOVENSKIEJ REPUBLIKI TREBISOV
13.06.1996 ZALUŻ



Koniec części I
(Leski odcinek obronny w następnym numerze)


Stanisław Maciela
10 kwietnia 2002




Część II (nr 28)

Oddział, kierujący się od skrzyżowania w Załużu w kierunku Leska, od razu został ostrzelany z bunkra posadowionego w zboczu góry, naprzeciw przystanku kolejowego. Była to ostatnia stacja kolejowa przed granicznym mostem na Sanie. Na bocznicach kolejowych stały wagony ze sprzętem wojskowym oraz dwa wagony szpitalne, przewidziane do transportu chorych i rannych przez Ustrzyki do Chyrowa. Były tez wagony ze sprzętem i materiałami podobnymi do gumy. W późniejszym czasie okazało się, że była to masa gumowa, którą miano wykładać górną powierzchnię bunkrów, aby ewentualne bomby mogły się odbijać, nie czyniąc szkody konstrukcji. Obejście lewą stroną nie było możliwe ze względu na zbocze góry. W nocy i dodatkowo w osłonie dymnej przeszła korytem Sanu część oddziału, chronił ich od pocisków wysoki brzeg. Nie zdążono ściągnąć z pola ostrzału wagonów stojących na torach, utrudniło to walkę załodze bunkra. Na miejscu pozostał oddział saperów niemieckich, który dopiero 2 lipca, przy pomocy dynamitu i miotacza ognia zdobył bunkier. Był to najdłużej broniący się bunkier. Załoga stawiała bohaterski opór od 28 czerwca do 2 lipca 1941. Zginęło tam 25 osób, w tym 6 stanowiących załogę, 16 rannych przeniesionych z wagonów szpitalnych oraz 3 osoby cywilne, będące rodziną dowódcy. W pamiętniku żołnierza - doktora z Tuły pozostało pytanie : "Dlaczego ta załoga broniła się do końca? Czy dlatego, że miała specjalne zadanie obrony transportu sanitarnego i sprzętu zgromadzonego na torach? Czy dlatego też, że dowódcą był rodak generalisimusa Józefa Stalina, a honor Gruzina nakazywał mu takie zachowanie? Dowództwo Armii Radzieckiej wyrażało zgodę na przyjazd rodzin i odwiedziny stacjonujących tu żołnierzy. Żony oficerów mogły przebywać cały czas w rejonie stacjonowania oddziału, nawet przejazdy kolejowe były bezpłatne. Zdobywcy bunkra uznali załogę za godnych siebie przeciwników, docenili ich bohaterską śmierć, oddali im należne honory wojskowe. Nie przetrwał do dzisiejszych czasów mały obelisk tam ustawiony, upamiętniający zdobywców i pokonanych. W późniejszym okresie obiekt bunkra podzielił los innych, został ponownie wysadzony ładunkiem dynamitu. Dzisiaj trochę ryzykując możemy wejść do resztek poszarpanych ścian i stropów. Pozostała mała studnia, resztki rur wodociągowych i wiszący na głowami odłam zbrojonego betonu. Powojenne dzieci szkolne zabrały sobie wkłady papierowe z filtrów powietrznych do wysuszania atramentów w zeszytach, a starsi odcięli druty zbrojeniowe. W roku 1969 ówczesne władze Sanoka, zamurowując otwory strzelnicze jednej ściany, stworzyły szczególny pomnik z resztek wysadzonych umocnień. Na czołowej ścianie znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona poległym. W górnej części istnieje duży napis:


OSTANĄ SIĘ W LEGENDZIE
TE DNI GNIEWU
CHWAŁY I KRWI


Dalszy pochód słowackiej Skupiny i Wehrmachtu aż do Leska odbył się bez większych trudności. Bunkier pod starym zamczyskiem Sobień został ominięty tą samą drogą co wcześniejszy, ale i tak nie miał o co walczyć, bo już miał wiedzę z Bykowiec. W murach zamku był punkt obserwacyjny i łącznościowy całego odcinka umocnień, aż do Leska. Z Łukawicy nie zdążył odjechać na wschód transport tarcicy, przygotowany przez miejscowy tartak. Stad też pochodziły deski używane do szalunków przy pracach betonowych ścian i stropów budowanych bunkrów. Nowy zarządca tartaku bardzo szybko uruchomił ich przetarcie na potrzeby już organizowanego obozu jenieckiego w Olchowcach. Vojacy Skupiny przeszli obok młyna w Podstawiu; przez Bezmiechową i Jankowce dotarli do umocnień nieprzygotowanych na taką okoliczność obrońców, aby przeciwnik znalazł się przy wejściu. Pozostałe bunkry, przeważnie nie ukończone, pod względem budowlanym w większości wyposażone tylko w karabiny maszynowe bez działek, bez skompletowanej w pełni załodze nie stawiały większego oporu. Najlepiej uzbrojony był obiekt obok leskiego cmentarza, który trochę powalczył z artylerią niemiecką stacjonującą na Huzelach. Od pocisków uszkodzeniu uległo wiele grobowców i nagrobków na cmentarzu parafialnym. Pierwszy bunkier przy moście nosił umowną nazwę "Kordon" czyli graniczny. Spełniał rolę administracyjną odpraw oficjalnego przejścia granicznego. W podwyższonym standardzie na leskim odcinku wykonany był obiekt obecnie umownie nazywany " w Jankowcach". Dwupoziomowy, typu "suomi" tzn. fiński posiadał na wyposażeniu agregat prądotwórczy do zasilania radiostacji, wydajną wentylację niższego poziomu, instalacje hydrauliczna windy towarowej między poziomami ( napęd ręczny). Zlokalizowany w bezpiecznej strefie był przewidziany dla dowództwa odcinka. Na całej linii umocnień istniały dwa zasadnicze typy betonowych bunkrów: dwu i jedno poziomowych. Typowy bunkier fiński (suomi) przystosowany był do działania w ostrych, zimowych warunkach, w niskich temperaturach otoczenia. W niższym poziomie uzyskiwano w czasie mrozów dodatnie temperatury bez stosowania ogrzewania, załoga miała dość dobre warunki do życia i walki. Większość bunkrów była jednopoziomowa o spartańskich warunkach jakie występowały tam w okresie zimy. W ostateczności przewidziane tu było ogrzewania piecykami naftowymi.

Techniczne wyposażenie bunkrów, uzbrojenie, pole ostrzału, lokalizację obiektów, w tym i niemieckich na lewym brzegu Sanu, usypanie ziemno - palisadowego wału przeciwczołgowego biegnącego od zamku przez Posadę Leską poznano dość szybko i dokładnie. Natomiast zagadkę wadliwego wykonania ciasnych wejść do bunkrów - co uniemożliwiło wniesienie podstaw - postumentów działka - wyjaśniono dopiero po kilku latach. Jakim celom miała służyć wybetonowana przez Niemców polna droga w Huzelach, potocznie nazywana przez ludność "Głęboka droga" (boczna od drogi Huzele-Gruszka-Tarnawa. Te i inne tematy mogą znaleźć rozwiązanie i być omówienie dokładniej w późniejszych terminach.

Penetrując obecnie rozszarpane, betonowe resztki można się doszukać ciekawych, niewyjaśnionych odkryć. Jedną z nich są firmowe odciski i wytłoczki Śląskich walcowni na stalowych trawerzach zbrojenia stropów. Po dojściu do Leska dowódcy vojaci Skupiny zostali odznaczeni za zdobycie umocnień. Znowu Słowianie zostali skierowani przeciwko Słowianom, nie z własnej woli. W Lesku zaczęła się okupacja i administracja niemiecka, a z nią nowe zagrożenia. Słowacka Skupina wróciła na poprzedni odcinek frontu wschodniego. W rejonie Chyrów - Sambor skompletowano wszystkie formacje pod dowództwem gen. Czatlosza. Koło Dublan w jakimś wypadku zostało rannych trzech słowackich żołnierzy. Zostali na leczeniu w domach dawnych osadników niemieckich Krancberg - Dublany. Byli to Polacy niemieckiego pochodzenia, a Hitlera nazywali "Tolkopf" (szalony). Przez całą okupację niemiecką "na Krancbergu" pomagano ludności polskiej, nie uznawali tej wojny, nie korzystali z przywilejów okupacyjnych. W r. 1944 musieli opuścić swoje domy wraz z cofającą się Armią Niemiecką. Na wschodnim froncie Rychla Skupina otrzymała nową nazwę Rychla Brygada "Rudolf". W niedługim czasie dołączyła własna eskadra lotnicza Slovenskiego Vzdusnego Zbrana, wyposażona w samoloty Praha i Letov. Po dotychczasowym zwycięskim marszu ponieśli duże straty w bitwie pod Winnicą. Od tego czasu zaczęły się dezercje z armii do polskich i rosyjskich ugrupowań ruchu oporu. Tylko niektórym udało się później wrócić do swojej Ojczyzny z I Czechosłowackim Korpusem gen. Ludvika Svobody. Zaczynali od Przełęczy Dukielskiej w r. 1941 w stanie osobowym 1950 żołnierzy, w tym 60 oficerów. Ilu byłych vojaków z Rychlej Skupiny i I Korpusu w drodze powrotnej do swojej Ojczyzny zostało na cmentarzach podkarpackich : w Nowosielcach, w Zarszynie, Woli Sękowej i na cmentarzu wojennym w Dukli? Jeśli będziecie kiedyś w słowackim Świdniku lub Trebiszowie trzeba koniecznie zwiedzić miejscowe muzea. W Świdniku dyrektorem muzeum jest dr Josif Rodak, który bardzo chętnie udostępnia archiwa turystom z Podkarpacia. Wzięci do niewoli rosyjscy żołnierze z bunkrów i umocnień wraz z lekarzem z Tuły zostali umieszczeni w przejściowym obozie jenieckim w miejscowości Olchowce k/Sanoka, następnie przewiezieni do obozów koło Jasła i Krosna. Tysiące rosyjskich żołnierzy poszło do niewoli niemieckiej, nie na śmierć żołnierską, lecz z głodu i chorób. Dla tych właśnie jeńców Niemcy przygotowali głodowe obozy. Jeden z nich znajdował się w Moderówce k/ Jasła. 8 października 1941 r. na stację kolejową w Moderówce przybył pierwszy dwutysięczny transport jeniecki. Ludzie odziani w łachmany często bosi, wychudli, wyczerpani słaniali się na nogach i co krok padali na ziemię. Dobijanych przez eskortujących SS-manów zbierali koledzy na drabiniaste wozy i wieźli na teren obozu. W listopadzie 1941 sprowadzono dalsze trzy transporty po około 1 -2 tysiące jeńców. Każdorazowo wynoszono z wagonów kilkanaście zwłok, a przemarsz na dwukilometrowej trasie ze stacji kolejowej do obozu, dostarczał nowych ofiar. W obozie było pięć baraków, które mogły pomieścić tylko część jeńców. Reszta pozostała na polu ogrodzonym drutem kolczastym. Otwarta przestrzeń, dokuczliwe wiatry i występujące już w listopadzie ujemne temperatury przy ogólnym wycieńczeniu, ciężkiej pracy i panującym głodzie spowodowały wysoką śmiertelność wśród jeńców. 12 grudnia 1941 r., wybuchła epidemia tyfusu. Oberleutnat Neuman i lekarz Karl Reiter dokonali selekcji zarażonych tyfusem. Wszystkich skazano na śmierć głodową w osobnych, zamkniętych brakach. Zwłoki wywożono do zbiorowej mogiły na tzw. Bierowskie Doły w odległości niespełna 1 km od obozu, obok drogi do Bierówki. Spośród 5 - 6 tys. jeńców do wiosny 1942 r., przeżyło ok. 200. Odesłano ich potem do podobnego obozu w Rymanowie. Pamięci tych żołnierzy, jeńców powstał wiersz, którego strofę przeczytajmy:


Napisz to. napisz. Zwykłym atramentem
na zwykłym papierze: nie dano im jeść,
wszyscy umarli z głodu. Wszyscy. Ilu?
To duża łąka. Ile trawy
przypadło na jednego? Napisz : nie wiem;
Historia zaokrągla szkielety do zera.
Tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc


Noblistka Wisława Szymborska


Jeniec doktor z Tuły postanowił uciec z obozu. Licząc na swoją względną znajomość j. polskiego miał nadzieję, ze dzięki tamu przeżyje. Miedzy zwłokami zmarłych na tyfus został wywieziony z obozu. Te transporty nie były szczególnie pilnowane przez Niemców. Nocą szedł, w dzień się ukrywał. Wyczerpanego znaleźli na swoim polu ludzie z pobliskich Szebni. Pomogli mu, odżywili, ubrali. Szczątki munduru zakopali, a wraz z nim znaczek rozpoznawczy, medalion, tzw. "nieśmiertelnik". (W czasie wojny żołnierze Armii Radzieckiej mieli wojskowy medalion w postaci ebonitowej kapsułki o wym. 5 x 1 cm. Wewnątrz znajdowała się kartka z podstawowymi danymi a mianowicie: nazwisko, imię, imię ojca, rok urodzenia, miejsce powołania, adres krewnych, itp. ten medalion był noszony w górnej kieszeni na piersi.) Potem odnalazł drogę do polsko - rosyjskiej partyzantki w rejonie leśnym Krepnej - Ożennej. Przeżył, wrócił do domu. Spisał całą swoją drogę wojenno - jeniecką, uzupełnił szkicami umocnień nad Sanem, zapamiętał nazwiska ludzi, którzy mu pomogli. Pamiętnik zostawił synowi Siergiejowi. Wrócił też do domu w Tule Sergiusz, który mając cztery lata wraz z matką i jej zakładem pracy z Tuły (pracującym na rzecz uzbrojenia Armii), był ewakuowany przed zbliżającą się ofensywą daleko na wschód od Moskwy. Los sprawił, że tam przybyli wcześniej - nie z własnej woli - ludzie z Kresów i razem przyszło im żyć i dzielić się kromką chleba.


Stanisław Maciela



Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3