Zapomniane sobótki
Jeszcze tylko dzieci szkolne starają się z pomocą swoich nauczycieli przypominać dawne tradycje i obrzędy ludowe. Młodzież starsza nie chce już brać w tym udziału albo kończy się to niewesoło.
Przypominam sobie własną młodość. Ponieważ w mojej wsi nie było rzeki, nie mogliśmy puszczać wianków, ale sobótki, czyli dzień św. Jana w czerwcu obchodziliśmy co roku. W Jankowcach wyglądało to tak: już od południa chłopcy ściągali z lasu suche gałęzie, kawałki drzewa, grube patyki, bo musiało tego być bardzo dużo, na ogromny stos. Las był blisko, więc większego kłopotu z tym nie było. Ponieważ Jankowce otaczają wzgórza, wiadomo było, że stos układamy na najwyższej górze wznoszącej się nad wioską, aby ogień widać było z daleka. O zmierzchu młodzież i dzieci z całej wioski przychodziły na to miejsce. Stos już był gotowy do rozpalenia, więc obsiadaliśmy go dookoła i zaczynały się śpiewy. Kiedy repertuar piosenek ludowych i popularnych został zaliczony prawie w całości, a wokół zapadał zmierzch, zapalało się ognisko. Iskry strzelały wysoko w górę, a gdy zrobiło się zupełnie ciemno widać było, że na okolicznych wzgórzach zapalają się takie same ogniska. Słowa znanych piosenek dochodziły z kilku stron. Co odważniejsi brali z ognia płonące gałęzie i wywijali wokół siebie, a z rozżarzonych szczap sypały się iskry lecąc w dół. Gdy ktoś mocno rzucił bierwiono, tworzyły długą smugę ogników. Było bardzo wesoło. W zapadających ciemnościach, te płonące żagwie i skaczące wokół ogniska postacie, do tego wykrzykujące, nie zawsze zrozumiałe przez oddalonych słuchaczy słowa, przypominały pradawne czasy i zwyczaje. Dogasające ognisko dawało jeszcze jedną okazję do popisów; co odważniejsi skakali przez jeszcze tlący się żar, nie zważając na niebezpieczeństwo poparzenia. Ci skaczący najdalej byli nagradzani oklaskami. Kiedy wszyscy byli już porządnie zmęczeni, siadali, by odpocząć przed rozejściem się do domów. Zawsze długo w noc niosły się ostatnie śpiewy świętujących najdłuższy dzień, a najkrótszą noc w roku, mieszkańców Jankowiec. O tym, że na drugi dzień były kłótnie o wypalone i zdeptane zboże czy inne uprawy, wolę nie wspominać. Ale sobótki lub inaczej noc świętojańska były dla nas ogromną radością. Stanisława Roztocka
|