(ze zbioru „Tłumacze ciszy”)
Mrówki potrafią budować swe kopiaste mrowiska w najdziwaczniejszych miejscach. Sewerek rozpowiadał kiedyś po wsi, jak to w ciągu jednego sezonu, w nieużywanym barakowozie, stojącym obok tego, który sam zajmował, czarne pracusie usypały z igliwia kopiec do kolan. Miały osłonę przed ulewami i wiatrem – lokalizacja była genialna – godna sprytnego survivalowca. Tłumaczył przy tym, że pod barakowozem musiała przebiegać żyła wodna o silnym promieniowaniu, które jest dla mrówek tym, czym dla kota waleriana, ale nikt mu w tę historię specjalnie nie wierzył. Zresztą i spierać się nie było o co, bo mrowisko dawno już wyszuflowano, a barakowóz odholowano na inny wypał, dla węglarzy – ludzkiej odmiany mrówek, najczarniejszej z czarnych. Tego lata, przy ścieżce do chałupy Waliszka, tej od Rzeki, też zaczęła powstawać rudawa górka. Dwukrotnie ktoś rozmiótł nożyskami kopczyk, chyba z głupiej ciekawości, co też w środku siedzi. A wiadomo - mrówki siedzą. Waliszku wkurzył się w końcu, przyłapawszy kolejnych entomologów – amatorów z patykami przy mrówkach i jak tylko się dowiedział, że Bożek ma w szopie jeszcze kilka rozkładanych piramidek z siatki, co to mu zostały po akcji „Mrówka sprzymierzeńcem leśnika”, to zaraz wymękolił od niego, za pół litra, jedną sztukę i cały dumny rozstawił ją nad swoim prywatnym mrowiskiem. Kopiec rósł w oczach i kiedyś nawet Konik przy nim się zatrzymał, na ryby kuśtykając, i zaczął kombinować czy nie warto by trochę tego drobiazgu na miód, do butelki, nie nałapać. Miał zamiar zalać mrówki spirytusem i nalewkę wcierać sobie w gnaty. Waliszku wykpił go bezlitośnie, pomówił o gusła, zabobony a nawet o medycynę niekonwencjonalną. W podogonie poradził mu wcierać pokrzywy. Konik wymiękł pod jego naciskiem i po przetrawieniu sprawy zameldował się z ćwiartką spirytusu spożywczego, która obu bardzo smakowała, nawet bez wkładki. Z mrowiska wiodły promieniście mrówcze szlaki zapachowe, którymi robotnice wędrowały na żerowiska. Raz, na kwaśno wyperfumowane, nie ulegały żadnym przesunięciom i były przez owady tak wydeptane, że czytelne nawet o zachodzie słońca, kiedy ruch pieszy na nich zamierał. Ten najważniejszy i najszerszy szlak, prowadzący gdzieś na nadrzeczną łąkę, jak na złość przecinał ścieżkę, którą najczęściej docierali do Waliszka turyści szukający noclegu, nadciągając z reguły od strony mostu. Idąc za ciosem, ze zdeterminowaną konsekwencją bezrobotnego, Waliszku na kawałku okorka wypalił lutownicą koślawy napis: „Uwaga! Szlag mrówek!”. Przybił okorek do żerdki i wpaliczył go dwa kroki od skrzyżowania obu ścieżek. Był to drugi we wsi znak drogowy. Pierwszym był nakaz stopu przy wyjeździe na główną szosę. Już po tygodniu i Ceśka, i dzieciska, i sąsiedzi korzystający ze skrótu do Rzeki, zaczęli używać nowego określenia topograficznego. Mówili: „przez krzyżówke pójde”, „za krzyżówką”, albo też „turysty ciągną od krzyżówki”. To ostatnie pieściło ucho najczulej. Zerkając od czasu do czasu w kierunku mrowiska, w obawie o siatkę, która w każdej chwili mogła dostać nóg i udać się do skupu złomu, Waliszku przyuważył przebogatość ludzkich zachowań w konfrontacji z jego tabliczką. Jedni zatrzymywali się, oglądali kopiec i szeroko okraczali mrówczą dwupasmówkę, inni nie zwracali wcale uwagi na to, co pod nogami, zajęci rozmową lub wgapianiem się w zabudowania, a jeszcze inni przystawali, szurając nogami w mrówczej procesji. Zadowoleni z ukatrupienia kilku setek niesympatycznych owadów – maszerowali dalej. Jak to ludzie. A ludzi, od dwóch lat, przybywało tu coraz więcej. Wioska stała się jakby modna od czasu, jak Mietucha z Konikiem wykręcili numer ze złotem, za Rzeką. Garść mosiężnych wiórków wystarczyła, aby stopa życiowa wszystkim drgnęła i uniosła się ciutek powyżej szamba, w którym tkwili od niepamiętnych czasów. Ogólnym, cichym porozumieniem, wszyscy we wsi mieli przykazane udzielać w temacie kopalin, metali i geologii pokrętnych informacji, szczerze - jak w polityce. Baby musowo musiały, na co dzień, nosić na sobie wszystko, co złote w domu było, albo przynajmniej na takie wyglądało. Że niby taki cichy dobrobyt, ale wiadomo skąd.
*
Dzieci Waliszków każde, jak dotąd, wakacje spędzały w myśl zaleceń miastowych lekarzy – na łonie przyrody. Okrągły dzień kręciły się koło domu i z nudów stawały - w przenośni i dosłownie – na głowie. Adaś był o rok starszy od Gusi i we wrześniu wybierał się do czwartej klasy. Atrakcją im było, jak matka po chleb do sklepu wysłała, lub puściła z jajkami do Babki, mieszkającej w „górnej wsi”. Zapuszczały się też za most, ale dopiero tego lata za przyzwoleniem rodzicieli, którzy przeprowadzili uprzednio krótki instruktaż. Streszczał się do dwóch elementarnych zasad: „Filujecie najpierw w lewo, potem w prawo, potem jeszcze raz w lewo – i smyr!”; „Krajem, krajem, lewą stroną, a jak harleje zapyrkają – to myk do rowu!”. Jak na razie nie było kłopotów, bo i ruch kołowy był tu tak nienachalny, że niejednemu zmęczonemu, na środku asfaltu zdarzyło się bezkarnie komara przyciąć. Zmęczeni wracali najczęściej spod czerwonych parasoli zdobiących pierwszy, autobusowy przystanek. Od niedawna dzieciska najwyraźniej wzięły los w swoje ręce; Waliszku odkrył w stodole mały składzik zdeptanych puszek po piwie. Nowa kadra bieszczadników dojrzewała w oczach. Spod parasoli musiały pochodzić także dwie czerwone czapeczki, które pewnego dnia wykwitły na ich głowach. Czapeczki reklamowały brązowy napój na spotęgowanie pragnienia. Ten sam, którego Konik używał do czyszczenia chromów, gdy trafił mu się do naprawy jakiś „motocykiel”. Adaś i Gusia były oczami i uszami domostwa. Ceśka wiedziała o listonoszu na kwadrans nim zapukał do drzwi i Teodur nie mógł się nadziwić, że od kuchni nawet się nie odwraca a pyta: „Coś dobrego panie Teosiu?”. Rzadko bywało coś dobrego, ale Teodur i tak dziwił się nieustająco. Nim u progu zameldowali się goście, to Ceśka miała czas na halkę coś narzucić, a Waliszku wciągnąć do gaci podkoszulek. Jeśli turyści pozostawali na kwaterze, to Waliszku zasięgał potem, na boku, języka. „Deptali?” – pytał swoich ochroniarzy. Adaś i Gusia meldowali posłusznie: „Przeszli jak słoniska!” albo; „W porzo goście – skikali na dwa metra!” I wiadomo już było, jak traktować nabytych. Ci pierwsi na pewno nie mogli liczyć na to, aby im gospodyni kozie mleko zaproponowała. Mieli za to, jak w banku, doliczoną do rachunku „taksę klimatyczną”. Natomiast ci „tańczący z mrówkami” – otrzymywali plusa „na dzień dobry” i jak chęć wyrazili, to nawet na pogodę w tivi mogli sobie wieczorkiem zerknąć. Z czasem domowy wywiad dotarł się tak znakomicie, że meldunki stały się zbyteczne. Waliszku dyskutując wstępnie z nowoprzybyłymi, zerkał tylko na czerwone czapeczki swych latorośli. Jeśli były daszkami na obyrt nałożone – stawał się nadzwyczaj oficjalny, a bywało, że i z satysfakcją w czorty odprawił. Jak na razie nie zdarzyło się, aby ktoś z „tańczących” nabroił, albo wymknął się bez zapłaty. System wczesnego ostrzegania sprawdzał się bezbłędnie, jak detektor kłamstw. *
W sobotę, wczesnym popołudniem, na podwórku Waliszków zgrzytnął rowerowy dzwonek. Zbyrkanie dzwonkiem na pewno nie było manierą Teodura, bo ten ciągle miał nadzieję, że kiedyś Ceśkę wizytą swą w negliżu zaskoczy. Waliszku, oskrobujący nad wiadrem swój nieudany plon ziemniaczany, powstrzymał gestem żonę, która już rwała się do drzwi, aby czynić honory. Dopiął pasek spodni, poluzowany od siedzenia na zydelku, i wyszedł na ganek. Oparty o płotek kwietnika stał dziwny rower z dwoma siodełkami. Z wiklinowego koszyka przed kierownicą, w jakim dzieciobójcy wożą czasem dzieci, łypał na niego szelmowskim okiem szary, wypasiony kot. Mężczyzna, musowo kierownik roweru, grzebał w sakwach przytroczonych do ramy pojazdu. Jego partnerka, przytrzymując się sztachet, wytrzepywała piasek z tenisówek. Podobnych gości Waliszku naoglądał się już dziesiątki, ale w znajomym obrazku coś było nie tak, bo w jego tle połyskiwały gołe, blond główki Adasia i Gusi. Mordki im się uśmiechały szelmowsko, jak kociemu pasażerowi. Czerwone czapeczki trzymały w rękach. Waliszku był nieco zdezorientowany. W zestawie szyfrów nie było takiego kodu. Nastąpiło rutynowe powitanie, indagacje dwustronne, uzgadnianie cennika noclegowego, aż w końcu Waliszku popchnął Ceśkę ku schodom na górkę, aby gościom pokazała pokój. - E! Ochrona! Co to ma być? Gorąc wam? A sygnał gdzie? He? - Tata! Padniesz! On tego dwojaka nad mrówami przeniósł! A potem te panią też na rękach… Sie ona mrówek chyba boi… Bo jak inaczej… - zameldował dowódca patrolu podwórkowego. - Nie dwojaka a tandema! – odruchowo sprostował Waliszku.
Coś mu tu nie grało jednak, i to potężnie. Raz się tylko zdarzyło, że ktoś dużym łukiem, od zarośli, ominął krzyżówkę, ale to byli krysznowcy, na łyso i w żółtych kieckach, których i tak Waliszku spławił, bo w płciach się fatalnie pogubił przy wstępnych rokowaniach. Sprawa się wyjaśniła, kiedy Ceśka, korzystając z tego, że goście mościli się w pokoiku rozpakowując sakwy, konfidencjonalnym szeptem syknęła: - Mietek! Ona albo słabo widzi, albo ociemniała kompletnie… To dlatego wspólnym dwojakiem jeżdżają! - Tandemem, kobito… tandemem! – odsyknął jej Mietucha, co istoty rzeczy nie zmieniało, ale to on miał rzadkie, ostatnie słowo.
*
Pod wieczór, już dobrze po obiedzie, który wyjątkowo, nawet nie proszona o to Ceśka, na górę im zaniosła, goście wybrali się do sklepu. Dzieci tak długo się napraszały, aż uzyskały prawo do popilnowania kota. Kot się wabił Dżinks i chodził na smyczy. Właściwie, to holował – na zmianę – albo Adasia, albo Gusię, obwąchując wszystkie kąty podwórka. Dzieciska – jak to one – oczywiście musiały popróbować czerwonawych kulek, które wsypała do kociej miseczki pani Olga, ale cuchnęły im maminymi kroplami na serce i wątróbką, której nie znosiły. Kot widocznie, też na coś musiał chorować, że takie świństwo mu aplikowano, ale najdziwniejsze, że łykał je, aż mu się uszy trzęsły. Któż zrozumie apetyty miastowego kota? Za to miastowi ludzie doskonale rozumieli apetyty dzieci, bo ze sklepu przynieśli im po grapefruicie, niby za opiekę nad Dżinksem. Teraz trochę zażenowani patrzyli, a raczej tylko pan Paweł patrzył, jak bąkając podziękowania obracają je w grabkach, niepewnie spoglądając na mamę. Nie wiedziały, najwyraźniej, czy wypada toto obłupać jak pomarańczę, czy kozikiem oskrobać - jak tata ziemniaki. - Mama? Jak to… - zaczęła Gusia. Ceśka rumieńców dziwnych dostała i szybko odebrała im owoce. - Na deser! Na deser wam przekroje i pocukruje! – ratowała honor rodziny. Wieczorem Waliszku zapędził się, aż do półpiętra, chcąc ich zaprosić na „Płonący wieżowiec 6”. Ceśka w porę za podkoszulek, na dół go ściągnęła. - Puknij sie stary! Co?
Paweł i tak zszedł po wrzątek do kolacji, którą sami sobie na górce pichcili i zaczął wypytywać gospodarza o stan następnego mostu, którym chcieli się nazajutrz przeprawić na drugi brzeg Rzeki. Pytanie było na miejscu, bo ten nibymost od dawna był wyfiletowany ze środkowego filaru wiosenną krą i zwichrowany. Nawet dla akrobatów bez roweru mógł stanowić problem. Waliszku nie odradzał jednak tej trasy, bo miał meldunek z pierwszej ręki, jak kierownik tandemu pokonuje przeszkody terenowe. - Rower da sie górą przenieść, a żone można dołem przeprowadzić, bo woda niska. Rower też można przeprowadzić. Przecie silnika nie zaleje… To państwo musowo u Bola, co tam tylko mieszka, zatrzymacie sie chyba? Bo przed i za nim to psy zadkami szczekają… - A tak! Znamy się już dobrze i mamy w okolicy swój ulubiony zakątek. A żona obiecała mu kiedyś tabletki na odrobaczenie kotów. Odwiedzimy go na pewno… - Proszepana… - odezwała się nieśmiało Gusia, dłubiąca w grapefruicie – A kto Dżinksa na noc wysika? Adaś łypnął na nią złym okiem znad swojej połówki, bo uprzedziła go o sekundkę. - To chyba my razem – zaproponował Paweł. – Karimaty przy okazji odepnę, żeby nie zawilgły. - Niech pan wciągnie rower na ganek. Po przekątnej chyba sie zmieści. Tutaj dziwne szczury mamy. Samochodu ani motoru nie ruszą, ale w rowerowych oponach coś jest, jakiś dodatek na smak, że niejednemu tu kichy oskubały. Na ganek to kot ma oko. Do rana na żarcie czeka… Waliszku trafił okazję przynajmniej szczurami się pochwalić. Bo tak ogólnie, to miał mało czym. Konkretnie – niczym.
*
Było dobrze po dziesiątej, ale Mietucha twardo jeszcze katował się telewizorem, rozważając, co lepiej - smażyć się w windzie, czy dusić w dymie. Ceśka zległa, godzinkę temu w sypialnym, bo to ona najwcześniej wstawała kozę zapaliczyć, kuraki wypuścić, świni dać i takie tam. Grzmotnęło coś na ganku, dokładnie w momencie, gdy na ekranie jakieś schody się oberwały, więc reakcja Waliszka była podwójnie nerwowa i bardzo szybko przeszedł do pionu. Na dodatek zbyrknął dzwonek roweru. Pies, wcześniej, nie był uprzejmy nawet warknąć, więc sprawa była zagadkowa. Z podręcznym styliskiem od siekiery w prawej, lewą ręką klepnął pstryka od gankowego światła i odkluczywszy drzwi, otworzył je szeroko, w pozornie gościnnym nastroju. A jakże… Któżby inny z psem mógłby nocą się nie pokłócić, jak nie ukochany sąsiad - Konik, który wyplątywał się teraz nieporadnie z tandemu. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest trącony i złachany jak książka kucharska Ceśki. Z przerażeniem w oczach obmacywał się po piersiach. Gors ciemniał mu wyraźną plamą świeżej wilgoci. - Kurde! Oby tylko to krew była… No nie… Stłuczyłem jednak! – wymamrotał, oglądając paluchy. - Coś stłuczył znowu ofermo? – przywitał go grzecznie Mietucha. - Wiadomo co… Flaszka była ale poszła sie … - Rzecz nabyta… Właź szybko i myk na pokój! I na palcach, bo mi gości pobudzisz do reszty! Waliszku wciągnął Konika, za mokre klapy, do środka i wmanewrował zygzakiem do gościnnego. Zatrzeszczały schody, bo z góry, jednak, kogoś hałas ściągnął. Paweł, w dresie najwyraźniej nocnym, zszedł do trzeciego schodka. - Coś się stało? – zagadnął. Na pewno dobrze wiedział, co się stało, jak tylko dzwonek usłyszał. Szczury dzwonkami się nie bawią. - Nic takiego… Sąsiad tylko leciutko rower trącił. Bo światło na ganku oszczędzam… Wszystko w porządku! - To może ja go jednak gdzieś wyprowadzę? Trochę przejście na pewno blokuje... Paweł zszedł o schodek niżej, już gotów do przeparkowania. Za żadną cenę, sprytny jak zwykle Mietucha, nie mógł do tego dopuścić, nim sam pojazdu nie oglądnie. Nie miał pewności, czy Konik urody mu nie uszkodził. Jak ten bohaterski strażak na filmie, błyskawicznie podjął jedyną, rozsądną decyzję. - Sąsiad już nie bedzie wychodził… Nikt nie bedzie wychodził! Łazienke przecież mamy na miejscu… Jak jeszcze pan nie śpi to może na chwile do nas…? Znajdą sie jakieś krople na sen… Serdecznie… Paweł chwilę się certolił, ale Mietucha już nie popuścił. Wyjścia nie było. Szczęściem Konik ściągnął drelich z tłuczniem szklanym w kieszeni napierśnej i cisnął gdzieś w kąt. Siedząc za stołem sprawiał złudne wrażenie, jakby tylko lekko się napił, jak to przy sobocie. Alkohol, z jego górnego i częściowo z dolnego odzienia parował, nasycając atmosferę do podejrzanego stężenia. Waliszku szybciutko uchylił lufcik, gdy już panów zapoznał i usadził Pawła na tapicerowanym, najlepszym krześle. W barku, oprócz wielkanocnych pisanek i paczki plastikowych rurek do ssania soczków, miał dwie flaszki wina marki „Bożek”. To była reszta, jaką uszczęśliwiony gajowy wydał mu, załapawszy za zbędną piramidkę ochronną dla mrówek, całe pół litra sklepowej wódki. Waliszku odniósł kolejny sukces tego wieczoru, kiedy udało mu się nakłonić, nieco nieufnego Pawła, na degustację. Dalej poszło już lepiej. Ostatecznie marka była prima sort - Bożek słynął, od horyzontu po horyzont, z talentu do omijania głupich akcyz. Niestety, rozmowa się nie kleiła. Z Konikiem nie było o czym dyskutować, a tylko się cieszyć, że popadł w milczącą apatię po ubytku. Z braku lepszego tematu Mietucha zaczął wyjaśniać Pawłowi pochodzenie trunku, historię transakcji i dobrnął do jej istoty - czyli do mrowiska. Tu Paweł wyraźnie się ożywił, załapał temat i przestał powstrzymywać rękę Waliszka, kiedy ten rozlewał drugą flaszkę. Kiedy skończył mówić o mrówkach - żniwiarkach, grzybiarkach, miodziarkach, prządkach i kompletnej egzotyce, to zreflektował się, że zapowietrzy się tego wieczoru, nim skończy o wszystkich dziewiętnastu krajowych gatunkach. Konik, jak to on, niedwuznacznie odpływał, ślepka przymykając. Raz tylko ożywił się, kiedy Paweł porównywał mrówcze społeczeństwo do ludzkiego. - No, no… Też niewolników trzymają… Wojsko mają… Policje też na pewno, jak znam życie… - wypalił. - Jakbyś znał życie mondralo - to byś suchy tera był! – zgasił go Waliszku przytomnie. Mniej przytomnie wygadał się, w końcu, o swym systemie kwalifikacji gości, o krysznowcach, a nawet o tym, że wie o przenoszonym przez krzyżówkę tandemie. - W religiach Wschodu jest taka zasada „nie zabijaj” do kwadratu, albo jak to się mówi; „Żyj i daj żyć innym”. To się nazywa „ahinsa”. Muchy nie skrzywdź, komara z ręki zdmuchnij i tak dalej… - Paweł starał się wyjaśnić ideę przystępnymi słowy. - Glizdą buta nie sznuruj… - burknął pod nosem Konik. - To pan… ten… tego… też? – Waliszku nie wiedział jak się, możliwie subtelnie, wygadać. - Ależ nie! My z żoną kierujemy się tylko swoimi osobistymi zasadami… Żadna religia! Bez przesady! Pchły na kocurze tłuczemy bez litości, na przykład... To pasożyty i w dodatku przenoszące pasożyty… - O kurde! Tegom nie wiedział! – Konik wreszcie wykazał jakieś przychylne zainteresowanie tematem. - A jest taka możliwość. Konkretnie - nicienie i tasiemce. - Życie jest piękne! – zanucił Konik – Nie mam pcheł! Kurde… Ale ta flaszka! – przypomniał sobie o stłuczce, niepotrzebnie psując całe piękno ulotnej chwili. - Paweł… - Z pięterka, przez kuchnię, omijając łukiem sypialny, dobiegł szept pani Olgi – Jesteś tam? - Jeszcze minutę Olu! – po tej samej trajektorii odpowiedział jej Paweł. - Ja już bardzo dziękuję, ale muszę już iść do żony… Ta pora… A jutro trasa… - rozłożył ręce, gestem zrozumiałym w całym męskim świecie. - Jasne, jasne… - Waliszku nie protestował. Paweł wyciągnął dłoń do Konika, który nauczony doświadczeniem, nawet nie próbował się podnieść, by uniknąć na dobranoc kompromitacji i pożegnał się na siedząco. I było po zawodach. - No! Mój ty Koniku na biegunach! – Mietucha zwrócił się do lekko przetrzeźwiałego sąsiada, kiedy zostali już sami – Idziesz do domu! Już ci światło pale na ganku… Żebyś dwa razy do tej samej rzeki nie wszedł… A nalewke to sobie zrób na pchłach, co ich podobno nie masz, a nie na mrówkach… Góre od garnituru tu zostawiasz, bo szkło mi na podwórku wytrzepiesz i goście jutro gume złapią… W obecności Waliszka Konik chwiać się już nie wstydził i dał się poprowadzić przez kuchnię, przerabianą już trasą, na ganek. Rower ominął, przyciskając się do ściany. Mietucha, odczekał przyzwoitą chwilę, do momentu, aż Konik nie trafił do głównej arterii wsiowej, w snop sinego światła rtęciówki. Obejrzał dokładnie tandem, ale ten był zdrowiutki. Ganek przezornie napowrót zaciemnił, żeby kilowatów nie nabijać. Rozbuł się i padł na kuchenną leżankę, wiedząc, że wypity, migiem z sypialnego by wyleciał. Przyszła pora na podsumowanie dnia. Nie było specjalnie czym czachy grzać. Kolejny raz upewniło go, że aby mieć szacunek do samego siebie, trzeba szanować wszelkie życie. I nie trzeba specjalnie golić głowy, ani ubierać się po babsku. Nawet nie trzeba jeździć rowerem. Wystarczy tylko pożyć trochę w zielonościach, wśród zwierząt, ptaków i owadów, i skumać, byle nie za późno, jak wiele dostaje się za darmo, figę w zamian dając. Pod zamkniętymi powiekami zaczęła przesuwać się niekończąca się wstęga maszerujących robotnic i uskrzydlony Waliszku, w chmurce podobnych mu kolesi z czułkami, rozpoczął lot godowy, nie przejmując się tym, że po pierwszym i ostatnim barabara czeka go – jak twierdził Paweł – smutny zdech. Czegóż miał się bać? Miewał gorsze majaki przed snem, a te były nawet przyjemne, bo przynajmniej mógł sobie oglądnąć z góry kawał swojej działki i mrowisko. Obraz łąki zamigotał mu znienacka pod powiekami i wewnętrzną projekcję zakłóciły zupełnie zewnętrzne doznania. Ktoś, z dworu, omiatał świeżo wybielony sufit kuchni latarką. Waliszku otworzył oczy i miał ochotę jęknąć, ale był jeszcze w połowie niemą mrówką. Rzeczywistość gotowała mu los gorszy od losu mrówczego samca; czekał go niechybnie powrót niedopitego Konika. Nie wciągając nawet kapci na odnóża, podciągnął pancerz na odwłoku i czym prędzej dał światła na ganku, pomny, co Konik potrafi zrobić z rowerem. - Psyt! Psyt! – uprzedził go, pianissimo, zdecydowanie za blisko mieszkający sąsiad. - Konik! Krówa! Pomiłuj! Jużem spał… Ceśka śpi… Dzieci śpią… Goście śpią! Tylko ciebie cholera nosi… zawarczał mezzo piano – bo był u siebie – Waliszku. - Już mnie nima… Tylko te flaszke ci oddaje… - Jaką flaszke? Nic nie pożyczałeś! A pić już nie bede - choćby ze złota była… Konik uniósł szkło ku żarówce i prześwietlił jej sypką zawartość. - A kto by to pił? Te małe - czarne ci oddaje… Już ich nie chce… Same mi wczoraj jakoś nalazły… Nic im nie jest… Tylko nażarte są… cukrem, bo miodu w domu nie było… Unikając wzroku Waliszka, z uwagą oglądał pod światło mrówki, jakby sprawdzał czy ilość się zgadza. Z trudem ogniskował zmęczony wzrok na tak małej bliży. Nogi natomiast zogniskował z łatwością, a nawet skrzyżował. Wolną ręką oparł się o ramę roweru, a ten - przywykłszy już do pieszczot Konika - posłusznie i z hukiem zwalił się na dechy ganku, tym razem budząc i Ceśkę, i dzieci, i gości. Przy okazji, także, pół wsi i mrowisko na krzyżówce.
|