Mało kto w Lesku pamięta, że kiedyś przy bocznym placu, naprzeciw domu Moszczeńskich, właścicieli apteki, stał jakby przylepiony do ozdobnej kamienicy Dawida Gotlieba szeroki, ale parterowy dom z cegieł. Mieszkało tam kilka rodzin żydowskich. Dom ten zburzony został pod koniec okupacji niemieckiej, a ślady fundamentów widoczne były jeszcze przez kilka lat.
Ja miałem specjalne powody, by pamiętać ten dom i szczególnie sklep, który był od frontu. Mówiło się o nim "U Libowej". Byłem tam nieraz. A dla mnie wydawał się jakby zaczarowany, pełen tajemnic i dziwnych zapachów chemicznych. Całe to pomieszczenie to była jedna większa izba przedzielona na pół. Z przodu, czyli od frontu był właśnie sklep, a w głębi, za jakimś przepierzeniem, mieszkanie właścicielek. Sklep prowadziły dwie Żydówki, czy to siostry, czy też matka i córka, też niemłoda już osoba. Pamiętam, że starsza Libowa była wysoka, koścista, w okularach o grubych szkłach, przez które oczy jej wydawały się jeszcze większe niż były w rzeczywistości.
W sklepie Libowa sprzedawała - jak byśmy to dziś powiedzieli - pasmanterię : tasiemki, gumki, które mierzyło się na metry, igły, nici i różne dodatki do szycia. Ale szczególnie był tam wielki wybór wełnianych włóczek oraz nici do haftowania, muliny, kordonków i to wszystko w najrozmaitszych kolorach. Były też, jako specyfika ówczesnych czasów, wzory, można powiedzieć szablony do haftowania i wyszywania. Były tanie i proste rysunki na białym płótnie, które po przeszyciu linii prostym ściegiem w jednym, przeważnie szafirowym lub niebieskim kolorze, wieszało się gdzieś w kuchni. Oprócz rysunku, czasem trochę koślawego, były napisy w rodzaju "Dzień dobry", "Zimna woda zdrowia doda" itp. Za niewielką opłatę można było w sklepie wybrać wzór do haftowania. I zaraz w sklepie właścicielki wiadomym sobie sposobem, chemicznie przenosiły wzór na odpowiednie płótno, na którym klientki chciały wyszywać lub haftować. Były to ozdobne wzory monogramów, wstawek do bielizny pościelowej, różnych serwetek, laufrów i zasłonek do drzwi. Niektóre wzory były z liternictwem hebrajskim, bo bogatsze Żydówki przygotowywały sobie wyszywaną ślubną wyprawę. Była to mozolna i kunsztowna praca. Parę kobiet w mieście haftowało na zamówienie, ale nikt nie dorównywał matce mego kolegi Kazka, pani Marcie Bielakowej w ozdobnych, często ażurowych i misternych haftach.
Ja przychodziłem do sklepu po wełnianą włóczkę. Kilka pań w Lesku, a wśród nich moja matka, za namową Libowej próbowały wyszywać kilimy. Skąd Libowa miała wzory ? - na pewno pochodziły one z zagranicy - z Austrii albo Czech. Były to drukowane kartony wielkości takiej, jaką miał mieć kilim, z rozrysowanymi konturami, a między liniami były pola dla różnych kolorów oznaczone różnymi znaczkami (szrafurami). A jak dobrać kolor dla każdej szrachury? Klientka dobierała, a Libowa doradzała i nieraz prowadziły długie rozmowy. Wyszywało się na dziurkowanej kanwie, zwanej jutą. Cały płat juty musiał być pokryty powstającą tkaniną i każda dziurka musiała być wykorzystana. Wyszywając trzeba było ilość oczek na jucie rozliczyć według wzorcowego kartonu. Była to praca monotonna i mozolna, ale nie wolno było się pomylić. Nieuwaga z jednym oczkiem, niby drobna usterka, a na wyszytym już kilimie psuła całą symetrię. Nieraz trzeba było pruć kilka zrobionych już szeregów, by poprawić wadliwie włączony kolor. Gdy mamie mojej zabrakło jakiegoś koloru, wołała mnie ( a miałem 5 czy 6 lat i mieszkaliśmy na Polanie) i mówiła : "Boluś, masz tu kawałek włóczki i 20 czy 30 groszy, pójdziesz do Libowej i przyniesiesz mi motek takiego koloru". Nie było przypadku, by któregoś koloru Libowa nie miała lub zabrakło. I kolory były zawsze identyczne, a włóczka tej samej jakości.
W sklepie Libowej przeżyłem też pierwszy kontakt z "techniką elektryczną". Któregoś razu, gdy wchodziłem do sklepu, nad głową rozległ się długi przenikliwy i niemilknący dźwięk. Przestraszyłem się, a do tego obie Libowe zaczęły do mnie krzyczeć: "Zamknij drzwi, zamykaj drzwi". Chciałem uciekać, ale gdy zamknąłem drzwi, to diabelski dźwięk nagle ucichł. Za chwilę dowiedziałem się i zrozumiałem, co to jest dzwonek elektryczny. Już w 1931 roku Libowe zafundowały sobie tę nowoczesność - sygnalizację, żeby mogły spokojnie siedzieć na zapleczu w mieszkaniu, a gdy ktoś otworzy drzwi do sklepu, natychmiast stanąć za ladą.
Kilka małych kilimów wypracowanych przez matkę wziąłem z rodzinnego domu i zachowałem w mieszkaniu w Warszawie. Jeden dałem bratu, który od dawna mieszka we Francji. Po jednym ofiarowałem też siostrzenicom mojej matki - Hance i Teresie. A wreszcie pomyślałem, że jeden taki wyszywany okaz powinien znaleźć się znowu w Lesku. Pierwszy kilim, który w 1928 roku wyszyła na grubym jutowym podkładzie przekazałem dla leskiej Izby Pamięci, kiedy byłem niedawno w Lesku z okazji przekazania moich zbiorów fotograficznych. Na tle kilimka umieszczona będzie odpowiednia dla tamtych czasów fotografia mojej matki Józefy Baranowej. Niech eksponaty te świadczą o pracowitych zajęciach i miłych dla oka pamiątkach.
Na dawnym domu Dawida Gotlieba, na bocznej ścianie ozdobionej u góry filigranową attyką z chorągiewką, w późniejszych latach wybito okno, a potem drzwi. Na dole mieści się teraz jakiś sklep. W połowie wysokości tej ściany, spod farby można się dopatrzyć śladów spadzistego dachu parterowego domu, w którym Libowa sprzedawała swoje towary. Zachował się też szkic tego zakątka Leska z 1955 roku wykonany przez mego brata Edwarda, ówczesnego adepta sztuk plastycznych. Rozpoczynano wtedy zabudowę placu. W miejscu, gdzie stał dom ze sklepem Libowej na szkicu widać drewniany barak, gdzie mieszkali pracownicy firmy budowlanej.
Bolesław Baraniecki
6.08.2002
|