Z cyklu: Ludzie i ich pasje
Kiedy 7 lipca 1999 r. rozstałem się z Edwardem w Sanoku, gdzie byłem obecny na wernisażu Jego wystawy w Muzeum Historycznym, umówiliśmy się, że gdy tylko nadarzy się okazja, spotkamy się by "odrobić zaległości". Spotkania jeszcze nie było, co wcale nie oznacza, że nasze kontakty się urwały. Nic podobnego.
W tym czasie wymieniliśmy kilka listów, a w każdym były informacje o aktualnych zdarzeniach, życiu osobistym, pragnieniach i zamierzeniach na przyszłość. W jednym z listów ich autor wyraził opinię, że będąc już na emeryturze coraz częściej myśli i zajmuje się swoją młodzieńczą pasją - latawcami. Zaproponowałem, żeby zechciał tą pasją zainteresować Czytelników "Echa Bieszczadów", zwłaszcza tych stanowiących najmłodsze pokolenie.
Jak było do przewidzenia - "ryba połknęła haczyk". Edward napisał artykuł jeszcze w grudniu ub.r., ja go otrzymałem niedawno. Myślę, że jest to początek pewnego cyklu, w którym autor opisze tradycje konstruowania latawców i organizację zawodów, a nade wszystko odda Czytelnikom ducha tej pasji oraz przedstawi historię "chłopców z tamtych lat".
Jeśli okaże się, że w wyniku lektury Jego artykułów znajdzie się choćby kilka osób, którym ta pasja się spodoba, będę wielce usatysfakcjonowany.
Janusz Rabiej
O latawcach, pasji i tradycji
Latawiec był i jest jedną z najstarszych zabaw świata - popularną i nobliwą. Bawili się nim możni władcy i zwykli ludzie, a wśród nich młodzi, dorośli i zacni staruszkowie.
Dzisiejsze czasy sprzyjające ekologii odświeżyły jego tradycje, a postęp techniczny (stosowanie syntetycznych cienkich płócien), zupełnie zmieniły jego budowę, funkcję i rodzaje. Ożyły nawet te dawne tradycyjne modele japońskie, chińskie czy hinduskie, bo tam w ogóle latawiec się narodził.
Japoński prostokątny "Edo", mały zwinny latawiec zwany bojowym, z bambusa i bibułki, posiadający wyszukane kształty latawca akrobatycznego, sterowany był przy pomocy dwóch sznurków. Stał się "pasjonującą sprawą" zmuszającą do twórczej zabawy odwołującej się do przeszłości. Duch i idea do dziś pozostała ta sama.
Każdy latawiec "wisi w powietrzu" latając, bo "zawieszony" (unoszony) jest do góry przez podmuch wiatru. Trzymany jest na "uwięzi" na cienkim sznurku, a szybując na tle nieba, przywołuje różną symbolikę, daje satysfakcję z tworzenia i przyjemność oglądania dzieła.
To wszystko sprawia, że latawiec dzisiaj ponownie staje się bardzo modny, tym tematem zajmują się indywidualni ludzie i całe kluby, spotykają się pasjonaci na zawodach międzynarodowych, festiwalach, a nawet na...kongresach. Jest przedmiotem wnikliwych studiów oraz luksusowych wydawnictw pieczołowicie gromadzonych w bibliotekach.
Moje twórcze dziecinne myślenie jest związane właśnie z modelarstwem i latawcami. Mimo że uprawiam go dzisiaj od czasu do czasu, to duch tego sportu jest mi bardzo bliski. Zbudować go, czy wypuścić, to znaczy dokonać czegoś "specjalnego".
Co roku w dniu 1 stycznia, kiedy pozwala na to pogoda, wypuszczam mały kolorowy latawiec bibułkowy, bardzo ruchliwy - na cześć japońskiej tradycji noworocznej.
Wracając do mojej pasji - interesują mnie latawce tradycyjne, o specjalnych właściwościach, z papieru lub bardzo cienkiego plastiku. Lot takiego latawca jest nerwowy i wymaga pewnej wprawy, a ta dopiero pozwala nim manewrować.
Nie urodziłem się w kraju bambusa i dlatego jego obróbka i właściwości są dla mnie bardzo egzotyczne. Osobiście lubię latawce japońskie, których jest bardzo wiele typów - słynne prostokątne "Edo", trójkątne "Nagasaki-Hata" z dwoma pomponami, koreańskie z dziurą pośrodku albo indyjskie. To są latawce proste, ale nierzadko bardzo kapryśne, wymagające pewnej znajomości zasad latania, wiele zależy od budowy, a zwłaszcza od uwięzi. Te latawce nie lubią silnego wiatru, im wystarczy ledwie regularny podmuch i już reagują i są sprawne; w przeciwieństwie do przestarzałych i ciężkich latawców skrzynkowych.
Cała istota sterowania latawcem tkwi w sprawnym posługiwaniu się sznurkiem, będącym najczęściej cienką, silną nicią. Kiedy jest szybko pociągany - wzlatuje do góry, wystarczy go popuścić i szybko zluzować od razu traci skuteczność i opada kołysząc się lub kręcąc wokół własnej osi. Ponownie poderwany, natychmiast idzie do góry.
Te właściwości wykorzystywane są w zawodach, gdzie trzeba strącić przeciwnika lub przeciąć mu sznurek. Do tego celu służy "mandza", jest nią kolorowa nić pokryta drobnym pyłem szklanym, a tnie jak papier ścierny. Używając go trzeba bardzo uważać, bo łatwo można nim się skaleczyć.
Ten sposób rozrywki mnie nie interesuje, ale są zagorzali jego zwolennicy, szczególnie w Indiach, gdzie w okresie sprzyjających wiatrów urządzane są słynne walki latawców. Handlarze sprzedają ogromne ilości gotowych latawców i szpulek nici z mandzy. Dorośli, młodzież i całe rodziny wychodzą na płaskie dachy i "walczą" ze sobą latawcami. Warto wspomnieć, że budowa latawców i organizowanie zawodów zakazane jest w Afganistanie na mocy prawa ustalonego przez talibów. Największe festiwale są urządzane w Japonii. Każda grupa uczestników buduje swój model z bardzo długą i liczną uwięzią, żeby latawiec wytrzymał silny napór wiatru. Na festiwalu w Hamamatsu walka polega na strąceniu przeciwnika na drugą stronę rzeki, mimo że do trzymania uwięzi wyznaczani są najsilniejsi zawodnicy. Natomiast we Francji od 20. lat co drugi rok w nadmorskiej miejscowości Dieppe urządzane jest spotkanie latawcowe. Zjeżdżają na nie sympatycy z całymi rodzinami nie tylko z Francji, ale z różnych narodowych klubów, np. grupa staruszków z Bankoku w Tajlandii. Zawodom przygląda się przebrany król i on nagradza zwycięzców.
Śmiem twierdzić, że każdy latawiec ma swoją "duszę" i zachowuje się w powietrzu różnie. Jest własnym znakiem na niebie, a świadomość, że jest połączony z właścicielem cienką nicią ma w sobie pewną poetykę. Kiedyś, przed laty, puszczałem je na nadmorskich wydmach Bretanii. W czasie letniego dnia, na tle błękitnego nieba wyglądały przepięknie. Niedaleko jednego z nich trzepotał świergotliwy skowronek i wcale sobie nie przeszkadzały, "innego zdania" była wrzaskliwa mewa, jej latawcowe figle były nie w smak.
Latawiec, jaki budowałem będąc młodzieńcem, i który pamiętam musiał mieć ogon motylkowy z nawiązanymi kawałkami papieru. Takie były stare poglądy, że bez niego latawiec nie poleci. Oczywiście, że nieraz ogon pomaga w stabilizacji, bo inaczej nabiera rotacji. Teraz te latawce, które lubię, latają bez ogonów; uważam, że są niepotrzebne i zmieniają jego charakter i lot. Japończycy uważają, że: "Latawiec z doczepionym ogonem jest równie smutny jak pogrzeb".
Z ogonem czy bez? - To już od Ciebie Czytelniku zależy. Ucieszę się bardzo, jeżeli to o czym piszę kogoś zainteresuje. Będę wielce rad i będzie mi przyjemnie kontynuować pisanie o latawcach dalej, pod warunkiem, że znajdą się ludzie chcący dowiedzieć się coś więcej o ich konstrukcji, zwyczajach z nimi związanych i ewolucjach, jakie potrafią.
Edward Baran
Francja, grudzień 2001
|