W kwestii dojrzałych jabłek z pozycji horyzontalnej
W raju prababka Ewa zaczęła rewolucję w niebie od jabłka, ja prawie dwa tygodnie leżąc w szpitalu
w pozycji horyzontalnej nie miałam szans na zrobienie rewolucji, ale na obserwację - tak. Przez okno vis a` vis mojego łóżka widziałam jabłoń, a na niej dorodne jabłka. Spytacie Państwo: "I co z tego?" Otóż, z każdym kolejnym dniem pobytu wzbierała we mnie zwyczajna złość. Po tygodniu dojrzała we mnie myśl, żeby podzielić się z kimś swoim spostrzeżeniem. Rozesłałam SMS następującej treści: "Od tygodnia leżę w szpitalu, za oknem widzę piękne jabłka, a na talerzu grudkę kwaśnego sera i herbatę-lurkę na śniadanie i deser". Oczywiście wiadomość nigdy nie dotarła tą drogą do właściwych osób. Ale to już zupełnie inna sprawa. Dzięki tym cholernym jabłkom, szare życie pacjenta nabrało "rumieńców", nawet ciągle niskie ciśnienie podskoczyło nieco w górę.
I kiedy zdarzyło się, że na obiad był ryż z jabłkami, już był powód do radości: "Nareszcie jabłko ze szpitalnego sadu trafiło do nas"! A figa z makiem - szpiedzy donieśli, że te jabłka były kupione. A niech tam. Trudno. I nadszedł pewien wtorek. Godziny popołudniowe, p. W., leżąca obok mnie 80-letnia pacjentka z Wołkowyi, dała sygnał: "Ktoś w białym kitlu rwie jabłka". Powoli, acz z pewnym detektywistycznym zapałem ruszyłyśmy jak jeden mąż do okna. Śledząc, gdzie trafi ok. 20 kg jabłek, ku naszej radości odkryłyśmy, że do kuchni. Stąd prosty wniosek: "Jutro będzie kompot zamiast lurki albo surówka z marchewki i jabłka (taka gigant)". Środa do południa pełna napięcia. Pora obiadu. I...nic, nawet herbaty-lurki nie ma do popicia. Wnioski zostawiam Państwu. Czwartek. Szpitalny dzień jak co dzień. Badania. Wyjazdy. Dyskusje. Godzina 16 00 , leżymy posłusznie w łóżkach, pielęgniarka mierzy ciśnienie i nagle mówi: "O, znowu ktoś kradnie jabłka ze szpitalnego sadu!". Dla nas, detektywów z bożej łaski, to sygnał do wytężonej pracy. Kto? Gdzie? I dlaczego". Dwa samochody czekały już na "zbiory". W sadzie uwijało się trzech mężczyzn. Jeden z nich przeszedł przez ogrodzenie, wziął duży worek dorodnych jabłek na ramię i zniósł do samochodu (Opel-Astra). Zrobiłam zdjęcie, zobaczył to. Wracając po następny, wyraźnie dał nam do zrozumienia odpowiednimi gestami, co możemy mu zrobić i bez skrępowania "pracował" dalej. Zbiory tego dnia to 5 worków jabłek. Zastanawiałyśmy się - stać faceta na porządny samochód, na aroganckie zachowanie, ma odwagę w biały dzień, czemu nie kupi sobie , tylko kradnie, czemu nie zapłaci szpitalowi choćby po złotówce i naraża się na śmieszność? Czemu? Odpowiedź dał jeden z pracowników.
-Kiedyś, jak tylko dojrzały pierwsze jabłka w sadzie, kuchnia korzystała z nich przy sporządzaniu jadłospisów. Od kilku lat, kiedy bieda jak parasol, nikt ich nie obrywa. To co? Mają zgnić? Obrywa kto ma chęć i możliwości. A, że nie do końca "legalnie?". Kto wymaga legalności gdziekolwiek? Proceder trwa kilka lat, kto pierwszy i odważniejszy, ten lepszy! Skoro nie zjedzą pacjenci, zjedzą nasze dzieci i my sami. Zresztą są smaczne i nieopryskiwane. I jest ich naprawdę dużo, ale nikogo to nie obchodzi. Rzeczywiście, może i lepiej, że ktoś zje i choć część nie zgnije. Skończą się jabłka i znowu w tym temacie będzie błogo, sielsko i anielsko. Niet problema. Jest i udowodnimy, że nie fikcyjny. Na pytanie, dlaczego kuchnia szpitalna nie korzysta z sadu, padła odpowiedź, uwaga! - Sanepid zabronił!, bo w szpitalu jest kotłownia! Oniemiałam!
A gdzie jest Sanepid, kiedy na rynku i w sklepach sprzedają owoce, które rosną wzdłuż dróg, po których poruszają się setki tysięcy samochodów? Gdzie jest, kiedy kupujemy - nieświadomi zagrożeń - ukraińskie warzywa i owoce z rejonów skażonych? Gdzie jest, kiedy mieszkańcy wylewają szamba do rowów, potem to spływa z wodą deszczową do rzek, a my tę wodę mamy potem w kranach? W imieniu pacjentów leskiego szpitala zgadzam się na tylko takie "trucie" jakie zawierają w sobie te jabłka. To naprawdę "mały pikuś", jeżeli weźmie się pod uwagę sprawy żywienia w szpitalu w skali makro. (A`propos - zjadłam jabłko ze szpitalnego sadu, było naprawdę smaczne). Ten reportaż ze szpitalnego łóżka mogłabym tu zakończyć, ale nie mogę. Na sali była pacjentka, która w ciągu ostatnich miesięcy leżała w trzech szpitalach naszego regionu: Sanoku, Krośnie i Lesku. Te same stawki, ta sama Kasa Chorych, a wyżywienie w Krośnie o niebo lepsze od pozostałych - żadnych bułeczek-kałmuczek, na których starsi ludzie łamią protezy lub w ogóle nie jedzą, bo w ustach robi im się "błoto"; jeżeli ryż to dwie łyżki, ale sypki, a nie pół talerza "kitu"; posiłki ciepłe, zawsze estetycznie podane; rzadko zdarzały się zwroty jedzenia. Na tablicach ogłoszeń wisiały tygodniowe jadłospisy. Prosty stąd wniosek, że może być dobrze, trzeba tylko zmienić formułę. I to powinien być kolejny krok w modernizacji leskiego szpitala. Jadwiga Szurlej
|