Z cyklu "Bieszczady w moim życiu"
Fragment "Szlakami Bessów"
Wstęp
Bieszczady, XX wieczna odmiana ussuryjskiej tajgi i Dzikich Pól, kraina zarośniętych burzanem pogorzelisk i podmokłych zarośli, gdzie kluczyłeś po ścieżkach dzikiego zwierza, głuchych ostępów leśnych
i rozsypujących się w proch zmarłych od mrozu buków. Szukałeś w nich samotności, przygody, możliwości bezpośredniego obcowania z naturą i sprawdzenia samego siebie. Nie góry, nie step i nie tajga, a bieszczady.
Z małej litery. To było to, co należało chronić, ocalić dla przyszłych pokoleń. Stawały się atrakcją turystyczną na skalę kontynentu. Spotkać w nich można było Brazylijczyków, Japończyków, Nowozelandczyków.
Niestety, urzędnikom w latach PRL zabrakło wyobraźni. I mamy to co mamy: tętniącą samochodami obwodnicę i zapyziały trzeciorzędny pseudo turystyczny grajdoł w Ustrzykach Górnych, siedzibie Parku Narodowego, którego dyrekcja już któryś tam rok walczy o usunięcie paru szaletowatych pawilonów sklepowych z samego centrum Ustrzyki Górne City. Coraz mniej ludzi tu chce przyjechać i coraz więcej marzy, aby stąd się wyrwać. Czy naprawdę wszystko już stracone?. Czy należy zacząć odprawiać żałobne requiem dla bieszczadu? Przyroda ma cudowną moc naprawiania ludzkich błędów, małości, braku wyobraźni. Są też tacy, którzy będą jej bronili. Warto im pomóc. Na początku poznajmy ich trzech.
H E N R I
Bieszczady tak naprawdę zaczynają się w Komańczy. Międzynarodową sławę tej wsi przyniósł pobyt Prymasa Tysiąclecia w miejscowym klasztorze Sióstr Nazaretanek. Gdy wkrótce po tym wydarzeniu w dalekim Rzymie odbywała się konferencja prasowa, zagraniczni dziennikarze zadawali pytania, w którym miejscu na Syberii leży ta...Kuman, Koman, Komancza. Tak im obco i niesłowiańsko brzmiała nazwa. A gdyby wiedzieli, że od pokoleń zamieszkiwały ją rody Czurmów, Czekerdów, Pengrynów, Haratynów, jeszcze bardziej utwierdziliby się
w błędnym mniemaniu.
Tu wczesną jesienią na stacyjce przejeżdżającej raz dziennie spotkałem Henriego: wysoki, ubrany na czarno, chudy drągal z długimi słomianymi włosami, spływającymi spod okrągłego donkiszotowatego kapelusza. Z naszytej na udzie kieszonki spodni wystawała drewniana fujarka. Całość uzupełniały niesamowicie zabłocone buciska. Ich właściciel musiał tego dnia przemierzyć szmat drogi. O tej porze roku wszechwładne panowanie nad traktami łączącymi ludzkie siedziby obejmował chlupoczący żywioł - błoto. W tłustej, ciężkiej, brunatnej mazi grzęzły po osie pojazdy, łamały nogi zwierzęta. Człowiek nie dawał jej rady. Chyba, że wezwał na pomoc biesa. I bies od prawieku rządził tą krainą. Przenikał do ludzkich dusz. Kusił do złego, rozboju, mordu, rabunku. Kupcy wędrujący na północ z baryłkami wina, bezlitośnie łupieni przez opryszków, polecali duszę Panu Bogu, gdy przyszło im przekradać się przez ponure knieje krainy Biesów - Bieszczady. Taką nazwę do dziś nosi las na zboczach Kanasiówki. Karpaty pokrywała ongiś nieprzebyta puszcza. Sięgała aż po początek oceanu stepów, na którego przeciwległym brzegu wznosił się Wielki Mur. To było władanie nomadów. Chińczycy nazywali ich Hiung Nu - barbarzyńcami z północy - Hunami. Od nich wywodził swój rodowód turecki szczep Połowców-Kumanów. Krwiożerczych koczowników wchłonęli z biegiem wieków, spokojni osiadli sąsiedzi. Niedobitki, ścigane przez tępiących ich zawzięcie Mongołów, szukały schronienia w leśnych głuszach. Od Kumanów ma pochodzić nazwa Kumanczy-Komańczy. Wieś leży na starym szlaku handlowym, który wiódł przez "uhorskie worota" na Węgry.
Nazwa Sanu, największej rzeki tego rejonu, ma celtyckie pochodzenie, a odnalezione w islandzkich klasztorach stare sagi skandynawskie podają, że walki z Gotów z Hunami toczyły się w Czarnym Lesie. Historycy lokalizują go gdzieś w tych stronach. I jedni i drudzy, czy to się komu podoba czy też nie, musieli pozostawić po sobie przekaz genetyczny u potomków, nie zawsze przymusem gwałconych dziewcząt i kobiet. Dziewuchy w karpackich dolinach zawsze wyrastały niezwykle dorodne. Krew z mlekiem.
Zyndram z Maszkowic przywiedzionych spod Grunwaldu krzyżackich jeńców osadził w niezbyt odległej Zyndranowej.
Patrząc na uśmiechającą się, ozdobioną brakiem przedniego zęba super nordycką fizjonomię Henriego, można mieć wątpliwości, czy nie jest potomkiem któregoś z nich?
Na pewno nie pochodził z Bawarii. Jako wędrowny cieśla przemierzał świat. I dostał się w niewolę. W niewolę bieszczadu.
Wkrótce po spotkaniu otrzymałem od niego pisany łamaną polszczyzną list.
Cześć Michał! Już jest zima w Bieszczadach. Tutaj mamy koło 30 cm śnieg. Byłem jeszcze kilka razy na Hulskie. Niedziela ostatni raz. Naprawdę kocham ten miejsce. Nie wiem czemu, ale czuje się tam jak do domu. Dla mnie tam jest możno energia i ja miszlę, że tam można robić cosz dobrego. Tam natura dobre może uczyć człowiek jak żyć razem z ziemią. Może tu jest mój miejsce
i moje przeznaczenie. Zobaczymy.
Przez następne dwa lata pracował w Szwajcarii przy budowie drewnianych domów dla bogatych ludzi. Zgromadził nieco grosza. Pod koniec 2000 roku zarejestrował w Warszawie fundację SAN TRIBE. Jej celem jest tworzenie miejsc, w których można mieszkać w zgodzie z naturą i rozwijać naturalny sposób życia razem z przyrodą: bez prądu i urządzeń elektronicznych. Bez maszyn i pojazdów z silnikami spalinowymi. Bez chemii. Bez używek. Bez broni palnej. Z naturalną agrokulturą stosującą materiał nasienny, nieprzetworzony genetycznie metodą Fukuoki. Fundacja została utworzona, aby zrealizować projekt WIOSKI NATURALNEJ-kroku w kierunku zakończenia rabunkowej eksploatacji i degradacji przyrody. Ma dać początek nowej przyjaźni między człowiekiem i Matką Ziemią. I to właśnie w Bieszczadach. Tam, gdzie zaledwie pół wieku temu ludzie pomiędzy sobą nie mogli się porozumieć. Henri zrobił już następny krok. Razem z poznaną gdzieś w szerokim świecie dziewczyną pochodzącą spod Zakopanego kupili szmat ziemi na Hulskim. Tam stanęło ich tipi. Obiecał przyjaciołom, że gdy mu się urodzi syn, to wystąpi o zmianę nazwiska. Chce się nazywać...Hulski. Bez von. Zwyczajnie Hulski. Jest tylko cieślą. Witold. St. Michałowski
|