W połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku panował w Polsce doktrynalny komunizm, jednakże trzeba przyznać, że w wersji łagodniejszej niż w tzw. "pozostałych barakach" obozu przodujących państw. Przede wszystkim funkcjonowało indywidualne rolnictwo i jakieś szczątki prywatnej przedsiębiorczości. W Lesku "prywatna inicjatywa" prowadziła dwa sklepiki pasmanteryjne w budkach obok ratusza, dwa bary z wyszynkiem piwa (Pawłusiewicz i Granatowski), kilka salonów fryzjerskich oraz warsztatów rzemieślniczych - szewskich i stolarskich. Wszystko to działało pod czujnym okiem organów finansowych, które tylko czekały na okazję przywalenia "kapitalistom" domiarem. Życie jednak dowiodło już nieraz, że można ludzi zastraszyć i zglajszachtować, a nawet upokorzyć, lecz niemożliwe jest zabicie drzemiących w nich marzeń. Na marzeniach wyrosły wielkie fortuny amerykańskich multimilionerów. Mit pucybuta stającego się bogaczem rozpalał wyobraźnię ludzi czynu na całym świecie. I jak się okazało, w Lesku także przybrał konkretne wymiary. Ni stąd ni z owąd, przy dróżce biegnącej na krawędzi parku zamkowego, naprzeciw byłego przedszkola, wyrosła budowla zbita z nieheblowanych desek, długa na około 30 metrów. Szeptana wieść doniosła, że powstał oto w Lesku "salon bilardowy". Jak się okazało, jeden z licznej grupy zawodowej leskich stolarzy postanowił wziąć sprawy w swoje ręce na długo przed reformą Balcerowicza. Kto tam wtedy słyszał o analizie rynku, biznesplanie, monitoringu, factoringu, reklamie, tudzież podobnych wytworach nauki ekonomii? Dla odważnego charakteru , jakim niewątpliwie dysponował nasz stolarz, liczył się tylko pomysł i czyn wprowadzający go w życie. "Salon" został wyposażony we wszystkie atrybuty wymagane w tego rodzaju miejscu rozrywki: dwa kanały do gry, kule drewniane (własnoręcznie chyba wyszlifowane przez właściciela), a nawet w tablicę do zapisywania wyników gier. Nigdy jednakże nie doszło do oficjalnego otwarcia przybytku. Owszem, w niedziele po Mszy w kościele salon był odwiedzany przez nieliczne grono entuzjastów bilarda, którzy lubili rozegrać jedną czy dwie partyjki. Właściciel wszkże nigdy się tu nie pokazał, a opłaty za gry były honorowo wrzucane do specjalnej puszki. Tak przebiegał pierwszy i ostatni sezon działalności tej siedziby hazardu.
W późniejszych latach stał on nieczynny, aż do momentu jego rozebrania. Przypuszczalnie pomysłodawca i twórca tego dzieła nie uzyskał licencji na tego typu działalność, a bez licencji w amtym systemie niedopuszczalna była jakakolwiek działalność. W ten sposób zabita została śmiała inicjatywa wyrosła na marzeniach, a Lesko straciło jedno z nielicznych miejsc rozrywki. Według mnie, działalność tego leskiego stolarza, mimo niepowodzenia, zasługuje na podziw i szacunek. Pewnie obok spłodzenia gromadki dzieci był to największy czyn jego życia. A że się nie udało? Przecież nawet w Ameryce nie spełniają się wszystkie marzenia. Tadeusz Filar
Od redakcji: z tego co pamiętamy "salon" ten był własnością Edwarda Woźniaka - stolarza z Leska.
|