(Fragment "Szlakami Bessów")
Z cyklu: Bieszczady w moim życiu
KAPITAN
Granica to była wielka świętość. Za czasów PRL nie wolno się było nawet do niej zbliżać. Przebiegała po niezbyt wysokich, górskich grzbietach. Wąską, krętą ścieżynką przemykała wzdłuż dawno niekoszonego pasa bujnych traw i jeżyn porastających leśne przecinki. Zejście z niej na drugą stronę było ciężkim przestępstwem.
Ostatni komendant strażnicy WOP w Wetlinie w te strony przyjechał bezpośrednio po ukończeniu szkoły oficerskiej. Z własnej nieprzymuszonej woli. Zabiegał nawet o to.
Mundur zrzucił dopiero wtedy, gdy jego formację przemianowano na Straż Graniczną.
Jak mawiał, na stróża się nie nadawał.
Dowódcą był wzorowym. Podwładni starannie wygoleni, czyści .Regulaminowo umundurowani. Tylko wojskowe buciory mieli zwykle bardzo brudne. Niestety, w bieszczadzkich górach błoto jest zawsze, a podkomendni kapitana słynni byli z tego, że zawsze można było się na nich natknąć za kolejnym załamaniem granicznego szlaku. Podlegał im odcinek od Kremenarosa, kilkaset metrów poniżej którego znajdował się betonowy słup triplex, zbieg trzech granic aż po Matragonę, gdzie występuje unikalne w karpackim łuku zjawisko polegające na przeciąganiu wód polskiego strumienia przez słowacki Ung. Ma tamtędy rzekomo przejść gazowa "pieremyczka" do Velkich Kapuszan. Hydrologiczne cudo ulegnie zagładzie. Kaptaż budowniczym wielkiej rury nie jest potrzebny.
W czasach, gdy integralności terytorialnej kraju noszącego nazwę PRL strzegli chłopcy kapitana, nikt jeszcze o gazociągu nie słyszał. Ale przemyt istniał. Głównie butów: takich na wibramie i horolezek, szpanerskich niebieskawych plecaczków z żółtą obramówką,
Przemycano też i inne towary. Zakazane wydawnictwa, płynne procenty, waluty.
Po latach w pamięci zachowało się tylko piwo "Znakomite". Chłodne, pieniące się miodową goryczą. Knajpa z VYCZAPEM PIWA była z góry widoczna. Niespełna godzinę drogi w dół. Ścieżka wiła się przez gęsty bukowy las, jakieś zagajniki, aby blisko zabudowań słowackiej już wsi wypaść na świeżo pokoszone łąki. Niestety, do najbliższego przejścia granicznego w Barwinku, dopiero wówczas otwartego, należałoby jechać wiele godzin samochodem. Mieć z sobą paszport, zaproszenie, wykupione zawczasu korony, poddać się odprawie, wypełnić deklaracje. A VYCZAP był w zasięgu ręki.
Gdy nad spłukanymi letnimi nawałnicami połoninami zaczynało grzać słońce, grzało na dobre. Plecaki ciążyły niemiłosiernie. Cięły gzy. Bielały brązowo-brunatne przewodnickie koszule. Sól ze spoconego ciała osadzała się na nich. Gardło wysychało na wiór. Nie pomagały długie nogi idących przodem dziewcząt. Podświadomość działała na wyobraźnię. Skutecznie. Wspomnienie cierpkiego grzechu dręczyło całe ciało, opanowywało umysł i...skręcało się z granicznej ścieżki. Działał kaptaż!!!!. Tym z WOP nie było to dozwolone. Mogli tylko przestępców łapać, gdy opici piwem jak bąki wracali na polską stronę i sprowadzać z kontrabandą na dół do komendanta. Udowodnienie przestępstwa przemytu jest proste, jeśli jest towar. Niestety - w instrukcji postępowania z podejrzanymi o nielegalne przekroczenie granicy nie znajdował się zakaz... siusiania. Kontrabanda bezśladowo wsiąkała w leśną ściółkę.
Kapitan wiedział o wszystkim. Odgrażał się, że sporządzi protokół, spowoduje odebranie przewodnickich uprawnień, zamknie do aresztu, powiadomi zakład pracy i rektora uczelni i ...nie pożyczy chleba, gdy do jedynego sklepiku w Wetlinie akurat nie dowieźli.
To było najgorsze ostrzeżenie. Za przyczyną studenta o imieniu Bazyl, posiadacza kieszonkowego zegarka z dedykacją dla 44 potomka rabinackiego rodu, a dziś gwiazdy krajowego dziennikarstwa, nastąpiła zmiana treści kapitańskich raportów. Prowadziliśmy razem bazę w Berehach. Bazyl niestety popadł w vyczapowe uzależnienie. Konflikt z kapitanem i jego podkomendnymi narastał. Los zrządził, że pewnego razu zawitał do nas Rajd Drogowców i Transportowców. Wiele setek turystycznego luda. Bulgoczące skrzynki z zaopatrzeniem dowoziły zakładowe nyski. Było gwarnie, rojno i wesoło.
Pod wieczór, zanim zapłonęły ogniska, tknęło mnie, aby bliżej się przyjrzeć, kogo dopinguje zgrupowana po obu stronach Prowczy gromada zdobywców gór. Wytrwale młócili kamieniami wodę. Celowali do czegoś. Piżmowca? Żmii? Już się przygotowałem do wygłoszenia reprymendy, gdy usłyszałem metaliczny brzęk. Towarzyszył mu jęk zawodu. Znów nie udało się. Młodzież chciała się jakoś rozerwać. Ustawili w dnie potoku pionowo pocisk z haubicy kal.122. Wyciągnęli go z jakiegoś okopu pod Jawornikiem. Cały zardzewiały. Tylko tępo zakończony zapalnik z gniazdami na płaski klucz pokrywała żółtawa maź smaru konserwującego. Rzeczywiście - rozrywkowa sztuka. I to nawet bardzo. Musiałem przerwać zabawę. Skonfiskowałem jej główny obiekt. Zawiadomiłem kapitana. Gdy przyjechał służbowym ułazem, zapadła już noc. Razem obejrzeliśmy trofeum rajdowców. Dobrze celowali. Ich kamienie zdołały już nadwyrężyć zapalnik. Ruszał się. Wybuch mógł nastąpić przy kolejnym gwałtownym wstrząsie. Nie można go więc było wieźć samochodem. Asfalt na szosie do Wetliny był dawno nie naprawiany. Po ostatniej zimie wyrwy w nawierzchni nader często pasażerom podrzucanych do góry i na boki pojazdów dawały o sobie znać nader dotkliwie. Pocisk z haubicy przetrzymałby zapewne parę podskoków ułaza. No, może paręnaście. Maszyna przydała się jednak. Jej reflektory oświetliły szosę. Ktoś musiał pocisk nieść w obu rękach przed sobą. Całe siedem kilometrów. Kapitan nie chciał zaryzykować pozostawienia rozrywkowej sztuki w przydrożnym rowie. Mogliby go znaleźć rozrywkowi rajdowcy.
"Nosiciel" pocisku tego wieczoru uratował zapewne wiele istnień ludzkich. Po odejściu do cywila został w Bieszczadach na stałe.
O tym, dlaczego tak szybko posiwiał, opowiadać nie chce. Witold S. Michałowski
Do dziś nieznana Redakcjo!
Co prawda nie całkiem przypadkowo zajrzałem przed kilkudziesięcioma minutami na stronę www.bieszczady.info.pl - jest rewelacyjna! A "Echo" to już był całkowity hit! Następnym razem przypadek to już nie będzie. Ciekawe wiadomości, ciekawi ludzie, a szczególnie Jeden.
Na początku lat osiemdziesiątych byłem komendantem Stanicy Komendy Chorągwi ZHP Siedlce w Łuhu. Jednym z wielu naszych Przyjaciół był dowódca Strażnicy WOP w Wetlinie Pan Jakub Demel. Jeśli jest to Ten, który widnieje w stopce, to ... Serdeczne pozdrowienia od "moich" harcerzy i "kadry". Co prawda jesteśmy już w wieku mocno podeszłym (trzydzieści parę i nawet po pięćdziesiątce), ale pamięć (wdzięczna) jeszcze dopisuje. Proszę o informację, co zrobić, aby Wasz miesięcznik błądził do Siedlec. Łączę serdeczne pozdrowienia
hm Roman Litwiński "Anioł"
|