Onegdaj byłem w interesach w naszym Sejmie. Niby nic nadzwyczajnego,
bywam tam już ponad 25 lat, ale tym razem dostrzegłem tam coś niż
zazwyczaj innego. Instytucje tę ochrzciłem wdzięczną nazwą „Akwarium”,
bowiem po przekroczeniu magicznej bramki w Nowym Domu Poselskim (nowy
to on jest już tylko z nazwy), człowiek daje nurka w zupełnie inną
rzeczywistość. Zupełnie jakby się zanurzył w akwarium, którego szklana
szyba oddziela od siebie zupełnie różne i kompletnie nieprzystające do
siebie światy. Pracujący tam ludzie zajęci bywali zupełnie innymi,
dla nas, zwykłych śmiertelników niepojętymi sprawami. Ale był ruch,
interes się kręcił aż miło, na naszych wybrańców narodu czekały spore
grupki rozmaitych, używając obowiązującej nomenklatury, biznesmenów i
lobbystów. Widać było gołym okiem, że nasi parlamentarzyści darmo
chleba nie jedzą. To, że sprawy te na ogół nie miały nic wspólnego z
naszym codziennym bytem i tym, po co podobno się tam owi zabiegani
posłowie znaleźli, nie ma i mieć nie może żadnego znaczenia.
Ale tym razem było zupełnie inaczej. Jest coś takiego drodzy
czytelnicy jak syndrom upadku firmy. Wszyscy ci z Was, którzy mieli
nieszczęście pracować w upadającej firmie doskonale będą wiedzieć o co
chodzi. Jest coś charakterystycznego w wyrazie twarzy (jeszcze)
pracujących tam ludzi, przemykają się oni chyłkim po korytarzach, w
takiej firmie panuje zazwyczaj cisza, w powietrzu zaś unosi się dobrze
wyczuwalny zapach upadłości i rozkładu. I właśnie na taki
klimat natknąłem się w naszym Parlamencie. Dotyczy on nie tylko posłów
(w ich przypadku to zrozumiałe, nie bardzo biedactwa wiedzą pod jakie
ugrupowanie się podwiesić, żebyśmy ich znów na cztery lata na ciepłe
posadki włożyli), ale także wszystkich tam pracujących. I Straży
Marszałkowskiej, i „borowików” myszkujących po naszych teczkach i
torbach, ale także całego personelu tam pracującego. A przecież oni
wszyscy nie stracą pracy dopóki Sejm będzie istniał. Jak tai czy taka
jedna z drugim nie podpadną nikomu, to spokojne się mogą przechować aż
do emerytury. A w pracy też się zbytnio nie utrudzą, a profity uboczne
wcale, wcale. Więc o co idzie? Cóż tam nie tak, na tej Wiejskiej?
Widziałem jeden z filarów orlenowej komisji, jak grzmiącym głosem
(wiemy, ach już wiemy któż to on) udzielał kolejnego wywiadu do
telewizyjnej kamery. Skończył swą kwestię, ludzie z telewizji się
zwinęli i odeszli. On sam podszedł do okna, spojrzał przez nie (a
pogoda tego dnia fatalna w Warszawie była, wiatr, śnieg, słońca ani na
lekarstwo), jakoś tak zapadł się w sobie zgarbił się i zszarzał. Już
nie wyglądał dostojnie, nie sprawiał wrażenia, ze wszystko wie i
wszystko przewidzi. Był po prostu zmęczonym, zniechęconym i bezradnym
człowiekiem. Inni też nie lepsi. Przemykają się nasi posłowie tak
jakoś chyłkiem pod ścianami, od pokoju do pokoju. W restauracji puchy,
pójdzie ten Hawełka z torbami jak nic. Po korytarzach martwica, drzwi
nie trzaskają, nikt niczego tam już nie szuka. Nastrój podły,
posłowie smutni czegoś i niepewni jak nigdy. Ot atmosfera jak w firmie
do której już jutro ma przyjść syndyk. Uderzyło mnie to, bowiem nawet w
czasie stanu wojennego nie było w Sejmie takiej atmosfery rozkładu,
upadku i braku wiary w przyszłość (nie tylko swoją). I pomyślałem
sobie, mały biedny żuczek zanurzony w akwarium, że - pozostając dalej
przy akwarystycznym słownictwie, zabrakło w wodzie tlenu. Podłoże, na
którym rosną rośliny i którego równowaga mikrobiologiczna warunkuje
zdrowie całego akwarium zgniło i wydzielać poczęło trujący siarkowodór
zabójczy dla wszystkich tlenem żyjących organizmów. Toteż marnieją one
na naszych oczach, słabe są jakieś i osowiałe. Uciec gdzie nie mają, bo
poza akwarium nie przeżyją ani chwili, a skąd nagle ów siarkowodór i
jak dalszemu jego wydzielaniu się zapobiec, temu przeciwdziałać już ani
siły ani sposobu nie mają. I powiało na mnie grozą,
zrozumiałem tam bowiem, że napisano już na ścianie owe słowa znane,
tylko my, ślepcy, dostrzec ich na czas nie potrafimy. Zrozumiałem tam
także, że płonna nasza nadzieja, gdy wpatrujemy się codziennie
wieczorem w telewizor oczekując, iż spłynie stamtąd do naszych głów i
domów jakiś nurt ożywczy. To wszystko już tylko gra cieni na
ścianie, w tych figurach nieprawdziwych nie ma już życia, na wpół
zdechłe już one i same w piętkę gonią. Co prawda przed kamerami puszą
się one jeszcze, ale to zwykle oszustwo, czyli inaczej mówiąc marketing
wyborczy. Zaś nam wszystkim pozostały już tylko nasze puste ręce i
skołatane głowy. Co dalej? Jedno wiem na pewno, dalej ten wóz już nie
pojedzie, rozpada się na naszych oczach, trzeba tylko mieć ostre
spojrzenie, bo jak to mówi Pismo: ..”kto ma oczy do patrzenia i uszy do
słuchania...” Używając słów poety spokojnie można powiedzieć:
zaraza w Grenadzie. Ciekawym tylko, gdzie ów zwierz Alpuhary ów
Almanzor siedzi - czy aby nie przypadkiem na Krakowskim Przedmieściu?
|