W piątek, 19 listopada w warszawskim klubie Proxima odbył się koncert
grupy KSU. Był to kolejny występ w ramach polskiej trasy koncertowej
tego zespołu. KSU promuje swoją nową płytę zatytułowana „Nasze
słowa”. Nowy krążek to charakterystyczna dla tego zespołu mieszanka
utworów, na którą składa się zarówno osty rock jak i ballady. Nowe wcielenie
Można powiedzieć, że KSU odżyło na nowo. Program promocji zespołu jest
napięty i bardzo ambitny, bowiem po zakończeniu przed Świętami polskiej
części tournee na którą złoży się ponad 100 występów; po 21 stycznia
2005 roku zespół wyjeżdża na występy do Wielkiej Brytanii (Londyn), a
dalej do Niemiec i USA. O tym, jak bardzo intensywna jest
promocja nowego-starego oblicza KSU świadczy fakt, że tygodniowo dają
oni obecnie po sześć koncertów w różnych miastach Polski. Promowana
płyta „Nasze słowa” ukaże się oficjalnie na przełomie roku. Mocno
zmienił się skład zespołu. Ze „starego” KSU pozostał tylko jego lider,
Eugeniusz Olejarczyk – Siczka. Nowi członkowie to: Paweł Tylko –
basista z Tarnowa, Jasiu-Jarosław Kidawa – gitara, Wrocław i Sebastian
Mnich – perkusja, także z Tarnowa. Ustrzycki fenomen
Zespół KSU jest na polskiej scenie muzycznej swoistym fenomenem i to
fenomenem podwójnym. Jak na polskie warunki istnieje bardzo długo, cały
czas w zasadzie gra tę samą muzykę. I o dziwo, muzyka ta wcale się nie
zestarzała. Na koncerty grupy przychodzą całe rodziny. Rodzice grubo po
40-tce przyprowadzają swoje dzieci, bądź też dzieci ciągną na koncert
swych rodziców. I jak zaobserwowałem w piątek, wszyscy świetnie się
bawią. Przy tym wszystkim KSU pozostał zespołem, którego teksty nic
nie straciły na aktualności i ostrości osądu naszej rzeczywistości, o
czym świadczą słowa piosenek z jego najnowszej płyty. Jej nieoficjalny
tytuł brzmi: „Bieszczady 2004 – Nowaja Sistiema”. Jest także KSU
zespołem, który wszystko zawdzięcza samemu sobie. Pozostał niezależny
do dzisiaj, choć za tę niezależność przychodzi członkom zespołu słono
płacić. Do dzisiaj sami projektują i drukują swoje plakaty, sami
je rozwieszają. Sami wydają własne płyty, sami je także promują.
Pozostał także KSU zespołem, który nigdy nie wstydził się faktu, że
jego rodzinnym miastem pozostają Ustrzyki Dolne (z innymi różnie to
bywa), a słowa jednego ze starych utworów „...małe miasto, mali ludzie,
małe sprawy...” rozsławiły Ustrzyki na całą Polskę i okolice. Zresztą prawie wszyscy „starzy” członkowie KSU swoje „pozazespołowe” życie także związali z naszym miastem. Bogusław Augustyn - „Bohun” jest dyrektorem ustrzyckiego Domu Kultury, w którym także znajduje się nasza redakcja.
„Plaster” pracuje w ustrzyckiej telewizji kablowej, „Tutak” w miejskiej
oczyszczalni ścieków. Jedynie „Ptysiu” wyemigrował z Ustrzyk prowadząc
w Warszawie jakieś budowlane biznesy. Ustrzykom pozostał wierny
także lider zespołu „Siczka” – Eugeniusz Olejarczyk, który
mieszka na 1-go Maja pod 41, w obskurnej, zagrzybionej 100-letniej
budzie, którą szumnie nazywa swoim mieszkaniem. Gdy zapytałem go, czy
kiedykolwiek wyprowadzi się z Ustrzyk, roześmiał się i odpowiedział:
„chyba tylko gdzieś dalej w Bieszczady”. Nie wiem, czy wszyscy
zdajemy sobie sprawę z tego, co dla młodych ludzi żyjących i w
Ustrzykach Dolnych i w ogóle w całych Bieszczadach zrobił KSU. Otóż
swoim sukcesem pokazuje codziennie na deskach całej Polski, a wkrótce i
Europy i USA, że nie ma się co wstydzić faktu, że się jest z prowincji,
z Bieszczad, na dodatek Ustrzyk i do tego Dolnych. „Siczka” ze
swoim KSU zrobił dla promocji naszego miasta i Bieszczad więcej, niż
wszystkie władze samorządowe wzięte razem do kupy. I to zupełnie za
darmo i najczęściej przy całkowitej obojętności kolejnych władz naszego
miasta. Kolejna nasza szansa
Fenomen KSU powinniśmy co rychlej wykorzystać do prawdziwej promocji
naszego miasta, zaś szerzej całego Podkarpacia. Kto nam broni
zorganizować coroczny koncert-konkurs promocyjny zespołów z Podkarpacia
i Lubelszczyzny? A może pomyślelibyśmy o tym, żeby taką imprezę
umiędzynarodowić i zaprosić na nią zespoły młodzieżowe ze Słowacji i
Zachodniej Ukrainy? Na tego typu imprezę można spokojnie uzyskać
dofinansowanie ze środków UE i to zarówno z „działki” „promocja
regionów” jak i „kultura”. Czy nasi mądrzy samorządowcy w ogóle o tym
pomyśleli? Można przecież pomóc „Siczce” w stworzeniu w Ustrzykach
studia nagraniowego, i płyty KSU wykorzystać do promocji miasta i
regionu. W tę inicjatywę powinny się wspólnie zaangażować wszystkie
bieszczadzkie samorządy. Inne miasta mogą nam tylko pozazdrościć takiej
możliwości. Festiwal Trzech Narodów
Można by taką imprezę zorganizować dwukrotnie w ciągu roku. Raz na
otwarcie sezonu letniego, dwa zimowego. Na początek zaprosić do udziału
w niej szukające promocji zespoły „młodzieżowe” ze Słowacji i
Zachodniej Ukrainy, a od nas z Podkarpacia i Lubelszczyzny. Dalej
pomyśleć by można o poszerzeniu listy uczestników o Czechy, Węgry, całą
Ukrainę i całą Polskę. Szydercom natychmiast odpowiadam, aby
spojrzeli na Sejny, maleńką miejscowość na Pojezierzu Augustowskim tuż
przy granicy z Litwą. Dzięki grupie tamtejszych zapaleńców wydających
periodyk „Pogranicze”, to właśnie małe Sejny, przy których nasze
Ustrzyki to spore miasto, a nie byłe wojewódzkie Suwałki są znane w
całej Europie i poza nią także. Proszę tylko pomyśleć, jak by to
była dla nas reklama. W końcu skończyły by się „biedne, głodne
bieszczadzkie dzieci”, a cała Polska dowiedziała by się, że Bieszczady
to nie nędza i beznadzieja, ale nowy sposób na życie. Gdyby zaś udało
się na wypromować imprezę na poziom międzynarodowy, to wówczas sukces
na rozwój miasta murowany. Zysk nie tylko kulturalny
Poza oczywistą promocją naszego miasta (i to w bardzo dużej części za
nie nasze pieniądze) wymierne korzyści odnieśli by wszyscy mieszkańcy
zarówno samych Ustrzyk jak i okolic. Więcej ludzi to zwiększony ruch w
pensjonatach i hotelach, większe zakupy w sklepach, reszta firm
usługowych też by na tym zarobiła. Może w końcu doczekalibyśmy
się przyzwoitej całodobowej stacji paliwowej w naszym mieście. Przecież
niejako „przy okazji” powstałby w mieście cały „festiwalowy” biznes:
(druk koszulek, produkcja okolicznościowych gadżetów festiwalowych
itp). Więcej ludzi, to więcej sprzedanego jedzenia, a to z kolei
większe zyski dla naszych bieszczadzkich rolników. I proszę
pomyśleć, że to wszystko można wyciągnąć z faktu, ze kiedyś w naszym
bardzo małym mieście paru „nawiedzonych małolatów” założyło zespół KSU.
A ja stawiam dolary przeciw orzechom, że w sławetnej strategii rozwoju
miasta i regionu, przyjętej przez nasze władze samorządowe, nikt się
nawet nie zająknął o tym, co tutaj napisano. Cóż z Warszawy lepiej
widać. Co dalej? Wybór należy do nas, ale jak to szło? „...mali ludzie, małe miasto...”
Specjalne podziękowania składam „Agrafce”, bez której udziału ten
artykuł by nie powstał. Choć z rodem Lublina, zakochała się w naszych
Ustrzykach i muzyce KSU bez reszty.
|