"Krwawa Gruszka" - historii ciąg dalszy


2003-11-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-01-20 11:59:04
Jadwiga Czyżewicz - Szurlej  


W "WIADOMOŚCIACH LESKICH" nr 7(47) z lipca 1995 roku ukazał się artykuł Andrzeja M. Martynusa pt. "Krwawa Gruszka" (Gruszka - szczyt 583 m npm). Opisał w nim wydarzenia z czasów II wojny światowej. Czytamy w nim: " W dniu 12 września 1939 r., po nocnym postoju w Czaszynie, wycofujący się batalion Wojska Polskiego dotarł na Gruszkę i tutaj, wobec zwiększającego się nacisku zmechanizowanych i bardzo silnie uzbrojonych wojsk niemieckich, idących od Sanoka w kierunku Leska - podjął decyzję o rozbrojeniu i demobilizacji. Pozostawiona na miejscu broń została później przejęta przez mieszkańców Łukowego i Olchowej.
28 września 1939 r. obaj agresorzy Rzeczypospolitej podpisali porozumienie, na mocy którego granice pomiędzy nimi od południa przebiegały nurtem Sanu, co dzieliło Bieszczady na połowę - Lesko znalazło się w stalinowski Związku Radzieckim, a Gruszka i wszystkie miejscowości położone na lewo od nurtu Sanu - w Generalnym Gubernatorstwie. Władze GG włączyły te tereny do powiatu sanockiego i wielu interesantów musiało jechać do Sanoka przez Gruszkę, Tarnawę, i Zagórz.


Powstanie we wrześniu 1939 r. we Francji Rządu Polskiego na wychodźstwie i zapoczątkowana tam organizacja Armii Polskiej spowodowała masową dążność Polaków do przedostania się do Francji. Najkrótsza i najbardziej dostępna droga wiodła przez Węgry, Jugosławię i Włochy. Z tego też względu powstały w nowych granicach powiat sanocki, graniczący z Węgrami i Czechosłowacją, stał się jednym z głównych szlaków tej wędrówki. Ani przedostająca się za granicę, ani też miejscowa ludność polska nie były przygotowane do tego rodzaju akcji. Niemal do połowy stycznia 1940 r. przerzut ludzi przez granicę odbywał się w sposób żywiołowy. Przewodzili mu początkowo studenci sanockiego gimnazjum, pełniąc role przewodników. Stopniowo jednak, na przełomie lat 1939/40, ruch ten został ujęty w karby organizacyjne w ramach Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) i Polskiej Organizacji Zbrojnej (POZ) tym bardziej, że przez te ziemie wiódł jeden z głównych szlaków kurierskich pomiędzy Warszawą a Budapesztem.


Na tych terenach przerzuty ludzi odbywały się w zasadzie dwoma trasami: tak zwana trasa ks. Stanisława Buczka (Marek) wiodła z Sanoka przez Niebieszczany - Poraż - Kalnicę - Baligród - Cisnę - Żubracze, z licznymi na niej punktami kontaktowymi; trasa prof. Józefa Reca wiodła z Sanoka przez Poraż - Morochów - Mokre - Wysoczany - Komańczę - Haburę - Medzilaborce.


W początkach tej akcji przerzutowej, z jednej strony brawurowość, duża nieostrożność i brak doświadczenia osób podejmujących próby przekraczania granicy, nieraz całymi grupami w nieznanym sobie terenie, z drugiej zaś strony wzmożona czujność Niemców oraz prowokacje, zdrady, inwigilacje współpracujących z nimi nacjonalistów ukraińskich, powodowały liczne wpadki i aresztowania. Ludność ukraińska, zamieszkująca w strefie przygranicznej, często z własnej inicjatywy wyłapywała przekraczających granicę, dokonując rabunku lub też zatrzymując uchodźców i dostarczając ich Niemcom, za co etatowi łowcy otrzymywali wynagrodzenie. Wiosną 1940 r., po ustąpieniu śniegów, w okolicach wsi ukraińskich widywano na polach okaleczone i obrabowane z ubioru zwłoki wielu ludzi, którzy na własną rękę podążali za granicę.


Sanockie więzienie szybko zaczęło zaludniać się Polakami ujętymi na granicy bądź w strefie przygranicznej. Zatrzymani na granicy oficerowie nie przyznawali się do swojego zawodu ani stopni wojskowych, a podawali się za robotników, chłopów, rzemieślników, urzędników itp. Każdy z ujętych, zanim trafił do więzienia, przechodził przez wstępne przesłuchanie i śledztwo w gestapo, trafiając najczęściej w ręce takich gestapowców jak Leo Humeniuk, Otto Kratzmann, Johann Lipski-Linde, czy szef Kurt Stawitzki. Przesłuchujący, chcąc wydobyć zeznania, że zatrzymany szedł do Polskich Legionów, stosowali wyszukane tortury. Poza biciem pięściami po twarzy, kopaniem po wszystkich częściach ciała, stosowano bicie pałkami, metalowymi prętami, przypalanie papierosami, przykuwanie łańcuchami do ściany i podłogi w wąziutkiej, zupełnie ciemnej, betonowej celi. Tak zmaltretowanych przekazywano do więzienia, gdzie pomocy w ulżeniu ich cierpieniom udzielali współwięźniowie i ukradkiem polscy strażnicy. Wielu z nich zabierano powtórnie na przesłuchanie do siedziby gestapo, gdzie ponownie poddawano ich torturom. Niektórzy z przesłuchań już do więzienia nie wracali, bo albo ginęli zamordowani w śledztwie, albo rozstrzeliwano ich na sanockim cmentarzu żydowskim przy ulicy Kiczury.


 112 Polaków pochodzących z terenu niemalże całej Polski, ludzi różnych zawodów, w przeważającej mierze reprezentujących patriotyczną polską młodzież, którym nie dane było przedostać się na Węgry i dalej, do Francji - oddało na zawsze swą krew Ziemi Bieszczad, giną w pierwszej masowej egzekucji w mocy z 5 na 6 lipca 1940 roku na zboczach Gruszki. Pod koniec miesiąca czerwca, bliżej nieustalonego dnia 1940 roku do Sanoka przybył specjalny sąd gestapo z Rzeszowa i w gmachu Sądu Grodzkiego, chcąc usprawiedliwić zbrodnię pozorami praworządności, przeprowadzał rozprawy, polegające na postawieniu więźniowi pytania : Czy szedł do Polskich Legionów na Węgry? Niezależnie od odpowiedzi, jakie padały, po ich zaprotokołowaniu, rozprawę zamykano. Na rozprawę doprowadzano więźniów - wywoływanych imiennie z celi po 10 osób - pod silnym konwojem policyjnym, który następnie odstawiał ich z powrotem z gmachu sądu, przez podwórze, do więzienia, do właściwych cel. Dnia 5 lipca 1940 r., w upalny dzień, w godzinach wieczornych, gmach sanockiego sądu otoczony został silnym kordonem policji niemieckiej. Podobnie jak poprzednio, funkcjonariusze placówki gestapo w Sanoku, wywoływali imiennie poszczególne osoby z celi i doprowadzali je po 10 osób do tej samej sali rozpraw, jak w ubiegłym miesiącu, mieszczącej się w tym samym kompleksie budynków. Tu doraźny sąd policyjny ogłaszał doprowadzonym wyroki śmierci, informując ich jednocześnie, że generalny gubernator - Hans Frank - z aktu łaski nie skorzystał. Po odczytaniu wyroków skazani odprowadzani byli do jednej celi zbiorczej na parterze więzienia, gdzie oczekiwali przez kilka godzin na dalszy bieg wydarzeń.


Około godziny 24-tej przystąpiono do wywozu więźniów na miejsce egzekucji. Transportu skazanych dokonano przy użyciu czterech ciężarowych samochodów policyjnych, krytych prezentem. Skazańcy siedzieli na ławeczkach, tyłem do siebie, a po bokach i z tyłu na burtach siedzieli konwojujący ich żandarmi w hełmach, uzbrojeni w karabiny. Trasa przejazdu prowadziła z Sanoka przez Zagórz, Tarnawę Górną i Dolną do lasu na Gruszce.
Przed egzekucją, w godzinach wieczornych, w miejscu przeznaczonym na egzekucję, został wykopany ogromny rów przez nieustaloną formację niemiecką w mundurach roboczych (należy przypuszczać, że był to oddział junaków Baudienstu). Po rozstrzelaniu przywiezionych skazańców, samochody wracały ponownie do więzienia i przywoziły na miejsce egzekucji kolejne grupy. Egzekucję zakończono 6 lipca przed godziną 5-tą rano. Po jej zakończeniu i po zasypaniu mogiły ziemią, miejsce zbrodni zamaskowano dwoma ściętymi świerkami.
Wkrótce po egzekucji, w godzinach rannych znalazło się na Gruszce dwóch mieszkańców Tarnawy (p.Kabala i p.Kasper Baraniewicz). Odnieśli wrażenie, że w mogile coś się porusza, podjęli więc próbę odkrycia. Po próbie odkopania dostali się do ciała rozstrzelanej w tej egzekucji jedynej kobiety - Leokadii Górskiej z Sanoka (żona kapitana 2 Pułku Strzelców Podhalańskich, kurierka przerzutowa). Zwłoki były jeszcze ciepłe. Niestety, pojawienie się funkcjonariuszy gestapo z psami policyjnymi(którzy przybyli sprawdzić efekt wykonania egzekucji przez policję), spowodowało, że musieli się szybko wycofać. Odkrycie p.p. Baraniewicza i Kabali dowodzi, że egzekucja odbyła się szybko i mogły być zakopane osoby jeszcze żyjące.


W księdze głównej z 1940 roku sanockiego więzienia, w rubryce określającej przyczyny ustania aresztu tymczasowego, administracja więzienna odnotowała 113 samobójstw. W okresowych sprawozdaniach komendanta żandarmerii sanockiej z dnia 15 lipca 1940 roku znajduje się następująca relacja: W dniu 5 lipiec 1940 r. zostały wydane w tutejszym Sądzie Grodzkim wyroki śmierci na 113 schwytanych osobach przez Sąd Doraźny z Rzeszowa. Wyroki te zostały tej samej nocy przez oddział Schutzpolizei 45 Batalionu Policyjnego z Rzeszowa - wykonane.
W rzeczywistości rozstrzelano 112 osób, ponieważ jeden z konwojowanych zbiegł. Jan Schaller - mieszkaniec Krakowa, aresztowany w czasie próby przekroczenia granicy, torturowany i skazany na śmierć, wywołany został do pierwszego transportu. Jeden z niemieckich policjantów polecił mu wrzucić na skrzynię samochodu łopaty, dzięki czemu znalazł się na końcu ławeczki zajętej przez współskazanych. Po opuszczeniu plandeki, kiedy samochód już ruszył, J. Schaller zdał sobie sprawę z tragizmu położenia. Czy skończy życie za pół godziny, czy teraz - to ta sama cena, należy zatem wykorzystać chociażby 1% szansy. Mając - jak wszyscy skazani - ręce skute kajdankami, uderzył głową w twarz Niemca i całym ciałem przerzucił się przez tylną burtę samochodu. Spadł bokiem ciała na jezdnię. Było to niedaleko za Sanokiem (mniej więcej w Zahutyniu, tam, gdzie dzisiaj znajduje się warsztat samochodowy p. J. Dyrkacza). Noc ciemna, droga nieoświetlona, rzucił się w pole porośnięte zbożem. Samochód zatrzymał się, wyskoczyło zeń dwóch Niemców i z karabinów ostrzeliwali zagon. Nie wiedzieli czy trafili, czy też nie, ale dłuższy postój mógłby zmobilizować konwojowanych do ucieczki. Pojechali dalej. J. Schaller uciekał cały czas na zachód, omijając Sanok, wiedząc, że będzie poszukiwany. Zdawał sobie sprawę, że drogi są jego wrogiem. Dopiero po dwóch dniach doszedł do samotnej zagrody, gdzie ludzie zdjęli mu kajdanki i przez jakiś czas leczyli. Potem poszedł dalej, w Krakowskie i tam włączył się do oddziału partyzanckiego na Podhalu. Po wojnie pełnił funkcję architekta gminnego w Mszanie Dolnej.
Tak zginęło 112 patriotów, ludzi rekrutujących się ze wszystkich warstw polskiego społeczeństwa, pochodzących ze wszystkich stron kraju. W większości byli to młodzi ludzie - 19 uczniów szkół średnich, 6 studentów, 19 ze średnim wykształceniem oraz wojskowi, rolnicy, robotnicy, rzemieślnicy. Wszyscy, którzy mieli tutejsze miejsce zamieszkania - to kurierzy. Zwłoki rozstrzelanych po zakończeniu wojny zostały ekshumowane i złożone na cmentarzu przy ulicy Rymanowskiej w Sanoku, gdzie na zbiorowej mogile, staraniem ZBOWiD-u w 1948 roku wzniesione zostało mauzoleum.




Epilog


Minęło osiem lat od napisania tego artykułu. Czas wakacji ściągnął do Leska licznych turystów. Któregoś dnia zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałam, że przebywa w Lesku syn jednego z więźniów związanych z mordem na Gruszce. Z początku nie dowierzałam, ale osoba mówiąca te słowa nakazywała zainteresować się sprawą. Wtedy padło nazwisko: Schaller, Janusz Schaller. Wiedziałam, że tak brzmiało nazwisko więźnia, który jako jedyny uciekł z transportu więźniów wiezionych na rozstrzelanie na Gruszce.


Tym sposobem los zetknął mnie z człowiekiem, który kilka razy bywał z ojcem na jego grobie w Sanoku i na miejscu kaźni. Bywał, gdyż ojciec zmarł na zawał serca 28 czerwca 1963 r. i tak naprawdę jest pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. A oto co usłyszałam: Ojciec brał udział w obronie twierdzy Modlin na początku wojny. Kiedy Niemcy okrążyli miasto, żołnierze poddali się na honorowych zasadach (wyszli z bronią). Potem postanowił uciec na zachód i tam włączyć się do polskiego wojska. Jak większość żołnierzy, chciał najpierw dotrzeć na Węgry. Południową granicę Polski można było pokonać dzięki konwojentom, którzy przez nią przeprowadzali. Do dziś nie wiadomo, czy konwojent ich wydał, czy po prostu miał pecha. Kiedy znalazł się w niemieckich rękach, naprzód Granzschutzu a później gestapo w Sanoku, zrozumiał, że jest źle, ale, że aż tak źle jak się później okazało, tego na początku jeszcze nie przypuszczał.

Znał język niemiecki, nazwisko też niemieckie dawały mu szansę "zostania" Niemcem, ale odrzucił ją, był Polakiem. Matka Polka z okolic Limanowej, ojciec urodzony jako kolejny potomek niemieckich przodków, czuł się Polakiem. Sam Jan Schaller urodził się w Mszanie Dolnej 17 maja 1920 r. jako syn Józefa i Zofii z d. Pawlikowskiej.
Przez pół roku pobytu w sanockim więzieniu przeszedł istne piekło z wybiciem zębów włącznie. Wreszcie przyszedł lipiec i wyrok śmierci przez rozstrzelanie. W przeddzień egzekucji wszyscy skazani zostali powiadomieni o tym. Obmyślali w celi, że się nie poddadzą łatwo. Ale co innego mówić, a zupełnie coś innego wykonać.
Miał na nogach ciężkie buty narciarskie, bo został aresztowany w zimie. W obcasie buta miał schowaną nieco przytępioną żyletkę, postanowił zrobić z niej użytek i podciąć sobie żyły. Niestety, samobójstwo na godzinę przed rozstrzelaniem nie udało się, choć w Państwowym Archiwum znajduje się notatka, że " ob. Jan Schaller przebywał w więzieniu w Sanoku od 25 I 1940 do 5 VI 1940. Został aresztowany przez Gestapo - popełnił samobójstwo".
Co prawda nie stracił przytomności, ale udawał, że ledwie żyje. Znalazł się w pierwszym transporcie wiezionych na rozstrzelanie. Wrzucono go na końcu na pakę samochodu. (Syn nigdy nie słyszał, żeby ojciec mówił, że miał skute ręce kajdankami; inni więźniowie tak).


Na łuku drogi jadący z tyłu samochód nie oświetlał poprzedniego; stąd podjął decyzję, żeby wyskoczyć i tak zrobił. Poszarpana marynarka została w rękach gestapowca, ale żył. Kilka kroków, skoszona łąka, kopki siana, potem zboże. Samochód zatrzymał się, żołnierze strzelali na oślep i szybko ruszyli, zapewne po to, aby pozostali więźniowie nie mieli czasu skorzystać z nadarzającej się okazji. Błąkał się po lesie trzy dni. Tam znalazły go dzieci p. Grzyba. Na początku nieufne, zaprowadziły go do domu w Niebieszczanach. Trafił do rodziny współwięźnia z celi, Michała Grzyba. Po przeprowadzonym błyskawicznym śledztwie rodzinnym padło pytanie: Co Michał robił najczęściej? Ojciec szukał szybko w myślach, o co może chodzić, pomyłka mogła kosztować życie. I przypomniał sobie, że ich syn czyścił wciąż swoje wojskowe buty, bo w brudnych nie chciał iść do nieba. I w ten sposób potwierdził swoją wiarygodność. Musiał zmienić miejsce pobytu.


Pół roku siedział w Niebieszczanach u pp. Agaty i Piotra Koczeniów. Gdy wydobrzał, pomogli mu uzyskać "lewe" papiery i wyjechał do Krakowa. Jako Józef Szeląg zatrudnił się w MPK, jeździł tramwajem nr 4 na Rynek Główny. Wywiad AK poinformował go, że gestapo go namierzyło. Uciekł do Mszany Dolnej, wstąpił do oddziału partyzanckiego "Adama", którego dowódcą był Jan Stachura. Tam pozostał do końca wojny. Przez rok ukrywał się przed służbami państwowymi. Następnie ukończył Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej. Był pilotem cywilnym i wielkim miłośnikiem róż. Hodował je w każdym zakątku swojego ogrodu. Ożenił się, miał trzech synów: Leszka (jest w Kanadzie), Janusza (w Krakowie) i Jacka (w Niemczech). Zbierał materiały, by napisać swoje wspomnienia obejmujące okres wojny, ale ciągle brakowało mu czasu. Dziś syn, Janusz Schaller, ogrodnik po Akademii Rolniczej, projektant ogrodów, zabiera się do uporządkowania materiałów, które zostawił ojciec. Ma nadzieję, że kiedyś uda się dokończyć to, co ojciec zaczął.
Dziękuję za informację.


Jadwiga Czyżewicz - Szurlej



PS. Dziękuję p. Januszowi Schallerowi za przysłanie materiałów dotyczących omawianego tematu.
Wśród rozstrzelanych byli dwaj mieszkańcy Myczkowa, Fryderyk Sedlak (rządca) i Czesław Wawrosz (właściciel majątku w Myczkowie). O przybliżenie postaci straconych 6 lipca 1940 r. zwróciłam się do nauczyciela historii ze Szkoły Podstawowej w Myczkowie, mgr Stanisława Drozda, który dokumentuje czasy minione dla obecnych i przyszłych pokoleń, uważając słusznie, że jeszcze dziś można dotrzeć do świadków historii tego zakątka naszego kraju.

Zapomniani bohaterowie


 Kpt Czesław Wawrosz, patriota i działacz społeczny na terenie dzisiejszej gminy Solina, twórca kół Szlachty Zagrodowej, m.in. w Myczkowie, Solinie, Polańczyku, który "wiele zrobił dla utrzymania polskości na tym terenie", jak wspomina ówczesny nauczyciel szkolny, Michał TRELKA (1936 R.). Był on nie tylko wspaniałym Polakiem, ale również prawym człowiekiem, który we wspomnieniach żyjących mieszkańców Myczkowa i okolicznych wsi zachował się jako przede wszystkim dobry człowiek, do którego można było zawsze przyjść i w razie potrzeby uzyskać pomoc, bez względu na to, czy było się Polakiem, Rusinem czy Ukraińcem. Ponieważ majątek w Myczkowie nie należał do zbyt bogatych, jego właściciel starał się szukać w latach 30-tych innych źródeł dochodu. Możemy nazwać go prekursorem wykorzystania walorów leczniczo-turystycznych naszej miejscowości i okolicy oraz twórcą tak dziś modnej agroturystyki. To, co wówczas udało mu się stworzyć, dzisiaj pozostaje w sferze marzeń niejednego gospodarza - agroturysty. Wybudował w Myczkowie, na tzw. Bercu letnisko, składające się z dworu z pokojami, jadalnią oraz osobnego domu letniskowego na około 30 miejsc. Pobudował zaporę wodną na potoku przepływającym przez Myczków, tzw. "tamę". Oprócz tego powstały wówczas dwa korty tenisowe (ruiny jednego z nich oraz "tamy" można oglądać także dziś) oraz ścieżki prowadzące z Berca nad rzekę San. Przy jednej z nich znajdowało się naturalne źródło wody mineralnej (we wspomnieniach woda ta "śmierdziała starymi jajkami", czyli siarkowodorem). Ścieżka ta biegła przez tzw. "Grzesiową Dolinę". Druga prowadziła z letniska, przez tzw. Kaliszcze, w kierunku Sanu i przy niej znajdowała się również studnia z bardzo dobrą wodą. Ścieżki były urządzone (dla ozdoby siano kolorowy łubin), a za opiekę nad źródłem i kubkiem, który znajdował się przy studni, właściciel dał kawałek pola ówczesnemu gospodarzowi na Kaliszczu. W samym dworze mieszkalnym, w rejonie kościółka i cerkwi, znajdowała się świetlica, gdzie zawsze spotykali się mieszkańcy wsi oraz prowadzone były zajęcia Strzelca (broń trzymano w dużej skrzyni). Wypoczywali tu ludzie mający problemy z chorobami płuc, serca oraz rekonwalescenci. Przez pewien czas kpt Wawrosz był właścicielem restauracji w Krakowie.


Zarówno sam właściciel, jak i jego rodzina (żona Wanda, córka Irena oraz syn Jurek) byli bardzo zżyci z ówczesną społecznością. Po klęsce wrześniowej przez naszą miejscowość przechodziło bardzo dużo żołnierzy oraz ludności cywilnej, która właśnie tędy starała się przedostać za granicę. Przez jakiś czas (2. połowa września) stacjonował tu (na Bercu) oddział kawalerii polskiej pod dowództwem płk. Andersa. Zostały po nich we wsi konie, których w żaden sposób nie można było przysposobić do pracy. W tym czasie przebywali również u nas żołnierze niemieccy, których obowiązkiem było pełnienie warty na posterunku na tzw. "Bagnie". Ponieważ nie za bardzo przestrzegali tego obowiązku (jak wspomina późniejszy kurier przeprowadzający uciekinierów na drugą stronę granicy, nieżyjący już wspaniały Polak i patriota, Stanisław Matuszewski "od Kowalki"), możliwe było ukrycie faktu stacjonowania oddziału polskiego. W samym dworze schroniła się również rodzina Brandysów (możliwe, że chodzi tu o rodzinę znanego pisarza). Zapewne, początkowo samorzutnie, pomagał kapitan i jego rodzina pomagali tym wszystkim, którzy chcieli przedostać się za granicę. Jako były oficer austriacki znał biegle język niemiecki. W Sanoku miał przyjaciela, inż. Hapentola pracującego w leśnictwie oraz Jana Josse, również pracownika leśnictwa, którzy pomagali mu i kierowali uciekinierów. Ponieważ ich liczba ciągle wzrastała, aby nie wzbudzać podejrzeń oraz mieć możliwość dojazdu do stacji kolejowej w Zagórzu i Sanoku, kpt. Wawrosz założył sklep-kooperatywę, której głównymi członkami byli Rusini i Ukraińcy. Umożliwiało to, pod pozorem wyjazdu po zaopatrzenie, swobodne poruszanie się po terenie, szczególnie na trasie Myczków-Zagórz-Sanok (omijając Lesko, które znajdowało się w strefie radzieckiej. Prawdopodobnie linia przerzutowa, którą utworzył właściciel Myczkowa, to jakiś fragment trasy przerzutowej prof. Reca z Sanoka, dokąd uciekinierzy dojeżdżali pociągiem. Kolejnym punktem kierującym był dom pani Garlickiej w Łączkach, skąd przechodzono do Myczkowa. Tutaj uciekinierzy przebywali pod opieką mieszkańców dworu, a następnie byli przeprowadzani, przez wspomnianego już wcześniej Stanisława Matuszewskiego, w kierunku na Kalnicę - Strubowiska (szerzej o samym kurierze i przerzutach w kolejnym artykule). Sytuacja taka trwała do grudnia 1939 r., kiedy to we dworze w Myczkowie pojawiła się policja i gestapo. Wówczas właściciela nie było w domu. Był to, jak wspomina świadek wydarzeń, piątek. Wówczas przebywali tu dwaj oficerowie, którzy ze względu na trudne warunki (duży śnieg) musieli się wrócić z trasy. Przyczyną wizyty Niemców mógł być donos, jaki złożyli Ukraińscy, mieszkańcy Myczkowa. Drugą przyczyną, którą wspomina w swej książce pt. "Na dnie jeziora" Józef Pawłusiewicz (zaangażowany również w tę działalność), był fakt złapania części oficerów, którzy posiadali przepustki wydane (napisane) przez Wawrosza na maszynie do pisania, którą posiadał (a może wszystkiego po trochę). Dzięki przytomności umysłu żony Wawrosza, która tak poprowadziła Niemców, że obaj oficerowie mogli uciec z pomieszczenia - pokoju i ukryć się w stajni, rewizja nie dała spodziewanego przez nich rezultatu.


Pani Wanda w wyniku tych przeżyć poważnie zachorowała. Mimo to stać ją było na niesamowitą odwagę - otóż rano, oficerów owiniętych słomą (przykłodkami), położono na spód wozu, w tak zwane "półkoszki", na górę rozścielono kołdry, na których położono panią kapitanową i w ten sposób, narażając własne życie, odtransportowano ich do Sanoka. W domu pozostały dzieci i babcia. W nocy z niedzieli na poniedziałek we dworze pojawił się kpt. Wawrosz, który po usłyszeniu relacji postanowił zgłosić się na gestapo w Sanoku celem wyjaśnień. Były to ostatnie jego chwile na wolności. Na wiadomość o aresztowaniu kapitana, aby go ratować, pośpieszył jego rządca, zarządzający letniskiem Fryderyk Sedlak pochodzący z Zagórza, który razem ze swoim pracodawcą prowadził przerzuty. Nigdy już nie wrócili do Myczkowa. Losy rodziny również poukładały się dość tragicznie - p. Wanda ukrywała się, Jurkiem i Ireną zaopiekował się niejaki Bajorek - volksdeutsch, który po aresztowaniu właściciela zarządzał letniskiem, niedługo wywiózł je do Krakowa. Po niespełna dwóch latach przywieziono stamtąd chorego Jurka, który leczony był przez Niemców nie odzyskał zdrowia i zmarł na suchoty w październiku. Przed śmiercią przyszła do niego, ukrywająca się dotąd, matka. Niemcy dowiedzieli się o tym, jednak nie rozdzielili matki z synem. Jego grób znajduje się na cmentarzu w Myczkowie.
Wspominam o tym dlatego, że postać Jurka Wawrosza może być wspaniałym przykładem postawy patriotycznej dla dzisiejszej młodzieży. Jako młody chłopak był zaangażowany w działalność konspiracyjną. Świadkowie wspominają, jak w czasie pierwszej rewizji we dworze postawiono go pod ścianą i postanowiono rozstrzelać, on jednak nie przyznał się, że na nartach woził ubrania za oficerami, licząc na to, że uciekli na Berce. Przez swoich rówieśników był uważany za "twardego Polaka". Działalność kpt. Wawrosza wspierało wielu ludzi, jednym z nich, co należy podkreślić szczególnie, był mieszkaniec Terki - Franciszek Gankiewicz, który opisał swoje wspomnienia w pamiętniku pt. "Przeżyłem kawał historii" zebranych w publikacji: "Pionierzy - pamiętniki osadników bieszczadzkich".
Po rozstrzelaniu kpt. Wawrosza i Sedlaka na Gruszce, część mieszkańców łudziła się, że może udało się kapitanowi zbiec. Nawet fakt, że Niemcy pisemnie informowali oraz nakazali zgłosić się po odbiór rzeczy kapitana (kurtka) do miejscowości Wielopole, nie byli w stanie ich przekonać do uznania prawdy.
Część wydarzeń z samego więzienia oraz ucieczki więźniów z transportu przedstawił mi w swojej relacji, przebywający w tym czasie w więzieniu w Sanoku mieszkaniec Myczkowa. Podał on liczbę dziesięciu więźniów, którym udało się zbiec, wymieniając Stanisława Pałasza z Olszanicy i mieszkańca Olchowiec. Informacji tych nie udało mi się zweryfikować. To, o czym napisałem, to tylko pewien fragment dziejów naszej miejscowości oraz ludzi z niż związanych. Jeżeli ktokolwiek z Czytelników ma informacje związane z tym tematem lub zna szerzej ten problem, proszę o kontakt.



Stanisław Drozd
Myczków
(drozd xyz @ poczta onet. pl)


Opracowano na podstawie wspomnień:
-Stanisława Matuszewskiego "od Karolki" z Myczkowa;
-Stefanii i Jarosław Drozdów z Myczkowa;
Józefa i Anieli Rafalskich z Myczkowa.
Autorzy publikacji:
-Józef Pawłusiewicz "Na dnie jeziora";
-Pamiętniki osadników bieszczadzkich;
-Józef Kardasz "Moje wspomnienia" (Polańczyk).


Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3