Mój wrzesień - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Mój wrzesień


2000-10-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-03-07 10:35:34
ZEM  


Zbliża się kolejna rocznica wybuchu II wojny światowej. Rozpoczynamy druk wspomnień z tego okresu mieszkańca Leska, który w tamtym czasie był małym chłopcem.
..."Koniec lipca 1939 roku. Z letniego pobytu w Szczuczynie wracamy do Milewa, gdzie Ojciec służył w Straży Granicznej. Mamusia coraz częściej płacze. Nie rozumiem co to wojna. Prawie cała Straż wyjechała razem z Ojcem. Przyszedł list, Mamusia płacze, tuli nas do siebie. Sąsiadki i żony innych wojskowych pocieszają się wzajemnie. Staramy się i my dodawać otuchy. Pakujemy skromny dobytek, czekamy. Nikt nie wie na co. Któregoś dnia opuszczamy domy każdy w swoją stronę, jak najdalej od granicy pruskiej i bolszewickiej. Zaczyna się tułaczka. Nocujemy w różnych miejscach. Była z nami Ciocia Henia - najmłodsza siostra Mamusi. Postanawia być z nami na dobre i złe. Wspiera nas jak może. Bardzo się obie kochały i nas kochała. Była naszym zwiadowcą i przewodnikiem. Codziennie miała świeże wiadomości o sytuacji na bombardowanych drogach, mostach i miastach. Znajdowała miejsca na odpoczynek. Zdobywała jedzenie i wszystko, co w drodze potrzebne. Celem było dotarcie do Zambrowa. Tam mieszkała, często wspominana, Mamusi przyjaciółka Cezarka, od której miała nas zabrać furmanka do Rajgrodu jeśli dotarła wiadomość już niepewną pocztą.
Ciocia jeździła rowerem i któregoś dnia została ostrzelana z niemieckiego samolotu, których dużo kręciło się po niebie. Obeznani z drapieżnymi napastnikami miejscowi ludzie powiedzieli, że Niemczy ostrzeliwują wszystkich rowerzystów. Poszliśmy do pobliskiego lasu i tam zagrzebała go w ściółce. Już wracaliśmy, kiedy zjawił się samolot. Obleciał lasek i znikł. Wtedy od kochanej Cioci, wciśnięty pod leszczynowe krzaki dowiedziałem się, że Niemcy nas napadli i chcą zabić, ale nie dadzą rady. Nie znajdą. Nie widziałem ich na ziemi. Myślałem, że są tylko w samolotach jak ten, którego w kabinie tak dobrze widziałem.
Wracaliśmy coraz szybciej, co Ciocie niepokoiły jakieś dziwne grzmoty. Potem mówiły, że to Polacy walczą z Niemcami i bój się przybliża. Przed wieczorem uspokoiło się. Nadjechali dwaj ułani tacy jak latem w Boże Ciało widziałem w Szczuczynie. Po bitwie szukali swojego oddziału. Ludzie chcieli ich ukryć. Odmówili. Mieli wyznaczony punkt zborny i wieczorem chłopiec na koniu gdzieś ich odprowadził. Przenocowaliśmy w jakimś domu i rano wynajęta furmanka powiozła nas dalej. Nie pamiętam, aby chciało się nam jeść, ale musiało być głodno, bo Mamusia bardzo się ucieszyła jak nie wiem skąd przyniosłem wielką jak skorupa żółwia grubą skórkę wiejskiego chleba. Ciocia przyniosła mleka i było śniadanie, które pamiętam do dziś. Jesteśmy - nie pamiętam w Zambrowie, albo Czyżewie. Jazda furmanką, ukradkiem od lasu do lasu, od wąwozu do wąwozu była straszna. Ciągle gdzieś strzelano.
Niebezpiecznie ukryć się w ostrzeliwanych zagajnikach. Do podróżowania pchała nadzieja ucieczki od wybuchów, ostrzeliwań i wszędobylskich samolotów, które parę razy nas widziały i chyba szkoda im było na nas amunicji. Wyraźnie - jak my pilota - widzieli kto jedzie. Ocalenie i dowiezienie nas całych zawdzięczamy przytomności i odwadze tego nieznanego furmana. Jak dowiedział się, że Ojciec jest na wojnie odmówił przyjęcia zapłaty. Powiedział, że za żadne pieniądze tego by nie robił, ale żołnierzowi nie odmówi.
Dojeżdżamy do pani Cezarki - Mamusi przyjaciółki, - siostry proboszcza i zarazem Jego gospodyni. Byliśmy tam do przyjazdu Babuni furmanką z Rajgrodu. Dom stał przy wyjeździe z miasteczka. Nie wolno było wychodzić więc bawiliśmy się na podłodze, albo patrzyliśmy przez okno na pustą ulicę po której czasami przebiegł pies, albo kot. Przy ścianie ktoś przebiegł z wiadrami do studni. Co jakiś czas nad dachami z wielkim hukiem przelatywały niemieckie samoloty. To było przerażające i nigdy się z tym nie oswoiłem tak, jak z wybuchami. Po przelocie gdzieś daleko było słychać bombardowanie. Ktoś ciągle powtarzał, że wojsko nadal się broni. Rozumiałem, że wojsko, to my - nasi. Niemcy na nas napadli. Są silniejsi, bo jest ich więcej. Nie umiałem zrozumieć czemu boją się wszyscy wychodzić. Dzieci już się nie boją, powinniśmy pójść na to piękne słońce. Kiedyś Mamusia mówiła, że dorośli nie walczą z dziećmi. Niepokój wzrastał, kiedy wybuchy stawały się bliższe i częstsze. Zaczęto znosić do piwnicy różne rzeczy. Za oknem działo się coś niezrozumiałego. Nagle potworny huk. Mamusia przygniotła nas sobą do roztrzęsionej podłogi. Cisza. Nagła, bez następnych wybuchów. Żadna burza w moim życiu tak raptownie nie przeszła. Z nieba strasznie się sypie i odstania słońce. Owładnęła mną ciekawość tego za oknem. Od czego ta podłoga ze mną tak podskoczyła. Po drugiej stronie, dalej od drogi chyba stał duży piętrowy dom. Teraz pusto, nie ma go i nawet nie dymi. Przez okno bez szyby słychać galopowanie i jakby furmankę. Środkiem ulicy w oszalałym pędzie gna koń kapiący krwią. Ciągnie dyszel z dwoma kotami. Następne konie. Dużo krwi na sierści, na uprzęży, siodłach. Widziałem krew przy domowych skaleczeniach, ale tamtego nie da się tu przyrównać. Zwierzęta broczyły jak przepędzone przez krwawe bagnisko. Pryskała na drogę i lśniła w słońcu. Mój wzrok zawęził się do widoku krwi, charczących i dyszących oszalałych zwierząt uciekających od bólu i przerażenia. Kilka metrów chodnika i zaraz ta krwawa galopada. Jakże chciałem im pomóc. Nagle wszystko odpłynęło, przepadło.
Ocknąłem się przy świeczce. Zaspany, obojętny na otoczenie. Mamusia mówiła, że od tego czasu spoważniałem. Okienko pod sufitem rozjaśniało się. Wstawał dzień. Z piwnicy wyszliśmy na podwórko. Cisza, z domu wynoszą gruz i naprawiają co się da. Nie boję się. Krzesło już bez wczorajszego szkła. Wyjrzałem przez to samo - bez szyby - okno. Krzątają się ludzie i dogaszają resztki wczorajszych domów. Sterty gruzu na podwórzach, drodze. Wypalone mury. Nagie kominy z kuchniami, piecami opalone z drewnianych ścian i dachów. Z Mamusią wyszliśmy na ulicę. Słońce całymi dniami świeci i świeci.
Jakby chciało jaśniej pokazać, co człowiek człowiekowi może zrobić w te piękne dni. Teraz wiem, że nie służy tylko dzieciom do zabawy w piasku, lesie, na trawie, czy w wodzie. Może także utrudnić ukrycie się, ułatwić trafienie człowieka, odkrycie celu, zbombardowanie. Dużo skorup z naczyń kuchennych, posklejane - od gorąca jak słyszę - talerze. To był szpital pełen rannych. Wczoraj zginął od celnej bomby - w pełnym słońcu. W głowie zagalopowały wczorajsze konie. One tylko ucieczką potrafią się bronić. Gdzie są dwaj ułani sprzed paru dni, co nie chcieli się ukryć, tylko walczyć.
Idziemy nad rzekę, aby się wykąpać i coś przeprać. Po drugiej stronie pasa się krowy, koń ciągnie pług. Piaszczysty brzeg wchodzi w nurt razem z drogą, która wynurza się i podąża do lasu. Wspaniała kąpiel po wczorajszym prysznicu z gruzu i ziemi. Jesteśmy wyszorowani za wszystkie czasy. Na krzakach suszą się przeprane łaszki. Nagle świst i niedaleko wybucha skarpa. Strzelanina. Uciekamy pod brzeg w rzadkie zarośla. Znów wybuchy. Żwir sypie się na wodę i trochę na nas. Szarpnięcie za rękę i Mamusia ciągnie nas jak najdalej stąd. Padamy. Mamusia wgarnia nas pod siebie. Tak trwamy. Ktoś z daleka wola, żeby uciekać, bo ten bród , to wojskowa przeprawa i dlatego ostrzeliwują. Nagła cisza. Nasze "pranie" nie ucierpiało. Zabierzemy, bo to całe nasze ubranie. Mycie powtarzamy przy studni "naszego" domu. Ktoś powiedział, że już nie ma wojska, a Niemcy odeszli i nie wrócą. Rzeczywiście po jednym, czy dwu dniach uspokoiło się na dobre. Zjawiła się też oczekiwana Babcia z Rajgrodu. Wielką parokonną furmanką odjeżdżamy do niej. W miękkim posłaniu, bezpieczni , kołysani jazdą zasypiamy. Budzą nas nawoływania ludzi. Ciemno. Dookoła woda i latarnie. Babcia w porę uspokoiła nas, że ugrzęźliśmy na przeprawie przez rzekę i zaraz pojedziemy dalej. Było straszno i ciekawie. Spokojne nawoływania ludzi, przeprzęganie spokojne koni uspokajało i pozwalało bez strachu obserwować migotanie świateł i zmaganie człowieka z żywiołem. Jedni rozstawieni w wodzie przyświecali, inni przeprowadzali czwórki koni, wyciągali wozy i wracali po następne. Kiedy się zorientowaliśmy jak to działa przyszła kolej na nas. Zasilony dodatkowymi końmi zaprzęg ruszył i jesteśmy na brzegu. Nadjeżdżają następne. Nasze koniki teraz innym pomagają, aż wyręczają nas następni i odjeżdżamy.
Jesteśmy w Rajgrodzie. Nie wiem ile dni jechaliśmy. Teraz w nas i dookoła sama radość i życzliwość, Ciocie, Wujowie i ukochana siejąca spokój dzielna Babcia. Zamieszkaliśmy u Cioci Sobolewskiej na kolonii Podchoinki. Wreszcie swoboda. Wszędzie ciepły piasek, szerokie pola. Nawet las piaszczysty i wesoły, a w nim jezioro - oczywiście z piaszczystym łagodnie schodzącym do wody brzegiem. Dużo słońca. Wszystko jakby stworzone dla zapomnienia niedawnych tarapatów. Możemy się bawić jak chcemy. Nawet odchodzić od dorosłych gdzie dusza zapragnie. Nie od razu nam to przyszło. Dopiero po paru dniach zapomnieliśmy o ciągłym "byciu przy nodze". Naszym przewodnikiem jest moja rówieśnica cioteczna siostra Krysia. Zna każdy kąt. W nieustającym słońcu nadrabiamy zabawowe zaległości. Tutaj nikt Niemców nie widział, choć do granicy było parę kroków, a miejscami przecinała nasze jezioro. Nie było żadnych utarczek. Przyjechaliśmy jak z innego świata w strefę spokoju. Nikt nie strzela, nie bombarduje, a samoloty przelatują wielkimi stadami tak wysoko, że pilotów nie widać i nikomu krzywdy nie robią. Pomyślano nawet o powołaniu straży Obywatelskiej, bo pojawiły się rozboje i samosądy. Nie wiedział nikt, że pozorny spokój zawdzięczamy nowemu rozbiorowi Polski. Dopiero co sąsiedzi podzielili się nami. Jedna bestia nie zdawała sobie sprawy, że ta druga dała zdobycz do potrzymania na czas nabrania oddechu, aby zabić naiwnego kompana. Póki co nie śpieszą się z obejmowaniem łupu w posiadanie.
Brakowało Ojca. Nie było chwili, abyśmy Go nie wyglądali. Poczta zamarła, to i listy nie przychodziły. Gdzieś było radio. Przynosili ludzie skąpe informacje, że wojna się skończyła. Wojsko Polskie w Rosyjskiej niewoli. Nie mówi się o niemieckiej. Nieliczni starzy sybiracy mówią, że z takiej niewoli czasami tylko cudem ktoś wraca. Nie mamy domu, mebli, pościeli. Wszystko zostało na drodze ucieczki. Uratowało się to, co ręce Matki zdołały oprócz nas udźwignąć.: dziecinne ubranka, trochę kosztowności przerzedzonych wydatkami na tułaczce i bezwartościowe pieniądze. Wszyscy mieli ojca. Siadali mu na kolanach, dostawali różne rzeczy, które skądś przyniósł, albo sam zrobił. My mogliśmy korzystać z tego czasami, ukradkiem. Nie miał kto dać nam smaczniejszego kąska ze swego talerza, skądś wysupłanej kostki cukru. To inni obok ojca jechali furmanką, a nawet powozili, dosiadali konia na oklep, chodzili do lasu, kręcili się przy nim w obejściu. My czasami na przyczepkę, albo z Mamusią, która to widziała i cierpiała. Tatusiu! Udzie jesteś. Kochamy Mamusię! Jak Jej pomóc? Zawsze wiedziałeś.
Bawimy się pod rozgrzaną słońcem ścianą za domem. Czekamy z obiadem na Wujka. Wzdłuż lasu, od szosy jedzie furmanka. Zatrzymuje się. Ktoś zsiada, podaje rękę woźnicy. Chwile rozmawiają jakby się znali. Odchodzi z zawiniątkiem w ręce. Wyostrzona uwaga Mamusi tym razem się nie myli. Dławionym głosem wydyszała - Tatuś! Biegnie boso piaszczystymi koleinami. Ciocia za Nią. Zwalniają zmęczone. Splotły się ramionami. Dyrdamy niepewnie za nimi. Przystanęliśmy. Nie przypomina Ojca. Obejmują się, wypadł tobołek. Ciocia objęła oboje. Mamusia odrywa się i biegnie po nas dosycić radość. Ciocia z tobołkiem, czy skrzynką, pod ręką z Tatusiem, ledwo wlokącymi się nogami kalikuje w naszą stronę. Nie wiadomo kto kogo wspiera. Ten wynędzniały, zarośnięty człowiek nie przypomina szalejącego z nami najpiękniejszego na świecie żołnierza. Bezwładnie poddajemy się czułościom. Kłuje obco nieznana na tej twarzy szczecina.
Nagle! Z mierzwy głos! Znajomy, kochany, prawdziwy, z Milowa. Nic nie kłuje. To nie kłucie. Dawno nie używanym odruchem rączki zaciskają się na szyi. Główka wtula się w tę narosłą tęsknotę. Czuję dygotanie, tłumione jęki. Na buzię zewsząd spływa zimna wilgoć. Za to - ile razy sobie przypomnę - oddałbym wszystkie radości i bajkowe pałace. Ta przemiana w radość, to też bajka. Na zawsze najmilsza. Pod naszym ciężarem Ojciec siada na piachu. Mamusia gładzi nas po głowach, ramionach. Od tamtego czasu wiem, że łzy Matki są gorące, a Ojca zimne. Dobrze jest jedne i drugie mieć przy sobie.

ZEM





Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 3