Tak się złożyło ze mojej rodzinie istniały pewne tradycje związane z drogownictwem. Dziadek po kądzieli, jeszcze w czasach monarchii habsburskiej, był odpowiedzialny za stan dróg gdzieś w rejonie Cisnej.
Jak zapamiętałem z rodzinnych przekazów, jego praca polegała na obchodzie wyznaczonych odcinków dróg i wyznaczaniu miejsc wymagających remontu. tych pieszych wędrówek pozostało wspomnienie o niedźwiedziu, który buszował w tamtych latach po górach, zupełnie nie stroniąc od ludzi z których poniektórzy traktowali misia jak maskotkę. Pewnego razu dziadek po nocy spędzonej "na trasie" w stogu siana, zszedł rankiem do pobliskiego strumyka aby się umyć. wykonywanie ablucji zostało nieoczekiwanie przerwane z powodu dziwnych odgłosów dochodzących z nieopodal. zdumiony mój protoplasta ujrzał, jak w odległości kilkunastu korków, potężny niedźwiedź; wiernie naśladuje jego ruchy, pluszcząc się i prychając wodą. Skończyło się szybkim ujściem dziadka z miejsca zdarzenia, bez zawierania bliższej znajomości z misiem. Stryj Piotr natomiast ,już, po drugiej wojnie światowej, pełnił funkcję tzw. drogomistrza w rejonie Lutowiskach. Jego credo najlepiej charakteryzuje zapuszczenie brody na znak żałoby po utracie przez Polskę niepodległości w wyniku najazdu hitlerowsko - sowieckiego w 1939 roku. Brody tej nie zgolił aż do śmierci pod koniec lat sześćdziesiątych. Najwidoczniej miał niejakie wątpliwości do powojennej "niepodległości"
Po tej dygresji powróćmy do właściwego tematu, jakim jest próba ustalenia dawnego układu komunikacyjnego Leska.
Obecny wjazd do Leska od strony Sanoka, oraz wyjazd w stronę Ustrzyk, został stworzony w latach sześćdziesiątych, a więc stosunkowo niedawno
Przypomnijmy zatem, że do momentu przebudowy układu jezdnego jaka nastąpiła tych latach, od strony Sanoka wjeżdżało się do Leska stromą. drogą, zwieńczoną serpentyną, której przebycie wymagało nie lada odwagi i umiejętności od kierowców, zwłaszcza w zimie. Była to swego rodzaju "ścianą płaczu" niczym dla kolarzy uczestniczących w "Wyścigu Pokoju" , słynny podjazd w niemieckim mieście Merane.
Natomiast wyjazd w stroną Ustrzyk był możliwy na dwa sposoby: na skróty - tzn. "starą drogą, pełną wertepów i raczej nieprzejezdną dla samochodów, oraz szosą, z której jak z krużganka roztaczał się widok na cale miasto i dolinę Sanu. Przypuszczalnie ,właśnie względy "widokowe" zadecydowały, że jakiś budowniczy-esteta poprowadził szosę w tym miejscu, porzucając poprzednią trasę. Znowuż, przy wspomnianej przebudowie, przeważyły jednak względy praktyczne i wyjazd z miasta ponownie wrócił na stare miejsce.
A jak było dawniej ? Z całą pewnością zasadniczy układ głównej drogi przez Lesko na osi Sanok - Ustrzyki był taki sam jak obecnie. Na tej właśnie osi stały dwie bramy obronne, strzegące dostępu do miasta. Tu pobierano zapewne myto od przyjeżdżających.
Bardzo stromy wjazd do Leska na pewno sprawiał wiele trudności, zwłaszcza ciężej obładowanym pojazdom. Część podróżnych zapewne przejeżdżała przez Lesko tylko tranzytem, nie mając tu żadnych interesów do załatwiania. Czy wszyscy musieli wjeżdżać na rynek i płacić myto ? Otóż nie. Funkcjonował i do dzisiaj istnieje trakt omijający centrum miasta, nie wymagający pokonywania praktycznie żadnych stromizm, łagodnie wznoszący się do Kamienia nad Leskiem. Wystarczy, wjeżdżając od strony Sanoka, zaraz na początku ulicy wiodącej w górę do kościoła, w lewo. Przejedziemy w ten sposób PO zupełnie płaskim terenie koło miejskiego targowiska, a dalej pod skarpą na której stoi szpital oraz u podnóża Kirkutu, aż do źródełek z woda mineralną. Tam musimy przebyć jedyne na tej trasie łagodne wzniesienie terenu i przez Grabie wjeżdżamy do wsi Glinne.
O tym, że był to trakt dawniej powszechnie używany, świadczy głębokość bruzdy polnej teraz drogi wiodącej przez Grabie. jak pamiętam, miejscami wóz konny przejeżdżał tam jakby rowem, wyrobionym przez lata kołami pojazdów i kopytami koni. Droga ta pozwalała też, zamiast wspinać się do miasta od strony Sanoka, na zjazd od strony Ustrzyk. Trzeba było tylko przed źródełkami skręcić w prawo i wyjechać obok obecnej szkoły podstawowej ulicą Smolki na główną szosę.
Rozwiązanie proste i praktyczne. Mniemam, że nasi przodkowie postępowali racjonalnie. Pozostaje nam do w jaki sposób podróżowano w kierunku na Baligród.
Pewne jest, że nie było żadnego mostu na Sanie. Ten który jest, powstał dopiero w XX wieku.
Na Sanie musiały więc funkcjonować brody. Wszystko wskazuje na to, że główna przeprawa znajdowała się powyżej terenu zamkowego. Wspomóżmy się tutaj relacją samego Aleksandra Fredry, który około 1804 roku odbył wraz z ojcem i bratem podróż przez Lesko do Cisnej stanowiącej wtedy posiadłość rodziny Fredrów.
We wspomnieniach "Trzy po trzy" /str. 174 wyd. z 1976 r./ Aleksander Fredro pisze: "Z drugiego noclegu w Lesku puściliśmy się dalszą drogę - do Cisny konno... ale gdy przyszło od zamku spuszczać się do Sanu po skalistych ledwie nie schodkach, wezwałem na pomoc całą moją bereiterską sztukę".
Jedyne miejsce odpowiadające temu opisowi stanowi dróżka, a właściwie ścieżka spadająca w stronę Sanu od nie istniejącej już cerkwi, położna pomiędzy parkiem zamkowym a skłonem Baszty. Tam jest tak stromo że o ile kłopotliwe może być samo zejście, o tyle wjazd pod górę jest w ogóle wykluczony.
Na samym dole stał młyn odgrodzony od Sanu terenem porośniętym łozami. Jeszcze przed wybudowaniem w tym miejscu kąpieliska istniała tam resztka ślepo zakończonego po obu stronach kanału, którym kiedyś płynęła woda z Sanu napędzająca koło młyńskie, a na murawie można było odczytać ślad posadowienia dawnego budynku młyna. Ujście kanału do Sanu przebiegało obok parku zamkowego. Na pewno w tamtym rejonie nie było żadnego brodu bo z tego miejsca nie wiodła żadna dogodna droga do miasta. Bród musiał leżeć bardziej w górę rzeki i przy określaniu jego położenia nie można się sugerować miejscem dzisiejszego mostu. Wszystko wskazuje, że bród funkcjonował blisko Łączek, przy ujściu do Sanu potoku spływającego z Placyska.
Tam bierze początek droga biegnąca zboczem Baszty, nad dolina Sanu. Poza odcinkiem wjazdu z Placyska, droga ta łagodnie wznosząca się, prowadzi do samego miasta, gdzie łączy się z ulicą Unii Brzeskiej koło posesji Państwa Buksztelów.
Już w czasach młodzieńczych dziwiło mnie, skąd wzięła się tam taka dosyć szeroka i wygodna droga, bez większych wybojów. Kiedyś musiała być dobrze utwardzona i utrzymywana. Sam przełom, od którego droga ta zaczyna opadać w stronę miasta, biegnie głębokim jarem na zboczu Baszty. Jar ten musiał powstać przy pomocy człowieka, aby ułatwić przejazd. Trochę to za dużo starań jak na polną drogę.
I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o niegdysiejsze leskie drogi. Uchylę czoła przed każdym, kto przedstawi słuszniejsze koncepcje.
Tadeusz Filar
|