Trzecia niedziela stycznia zapowiadała się w mojej galerii nadzwyczaj ciekawie. Swój przyjazd zapowiedzieli przyjaciele, rodzina i znajomi oraz zespół śpiewaczy. Przygotowałem moją galerię odświętnie - w wypełnionych pszenicą garnkach płonęły świece, za obrus na stole i dywan pod nogami służyło pachnące bieszczadzkimi ziołami siano, w czterech kątach ustawiłem snopy: żyta, pszenicy, owsa i jęczmienia, które za powrósłem miały zatknięte sierpy - symbol pracy na roli. Podczas strojenia izby przyszła mi na myśl refleksja - te kameralne spotkania z poezją, muzyką i plastyką stały się w mojej galerii tradycją, szkoda tylko, że galeria jest zbyt mała, aby pomieścić większe grono uczestników. A tu i teraz - pomieszczenie ogrzewał w ten wieczór dziewiętnastowieczny, żeliwny piec, w którym palące się bierwiona trzaskały przyjemnie i przypominały zebranym o siarczystym mrozie za oknami. Gdy wszyscy zgromadzili się przy stole, popłynęły pierwsze słowa kolęd w wykonaniu ośmioosobowego zespołu "Widymo", działającego przy Wyższej Szkole Zawodowej w Sanoku. Dziewczyny w barwnych rusińskich strojach wyglądały przeuroczo. Marianna Jara i kierowany przez nią zespół wyczarowały głosem najpiękniejsze ukraińskie, białoruskie i polskie kolędy. Wtedy na stole pojawiły się tradycyjne potrawy wigilijne: czerwony barszcz z uszami, pierogi ruskie, gołąbki, bigos, swojska kiełbasa, knysze z grzybami i kapustą oraz wielki tort orzechowy z napisem "wieczór kolęd". Święci apostołowie z ostatniej wieczerzy (największy mój obraz w galerii) patrzyli spod podkowiastych aureoli zazdrosnym okiem na poczynania gości.
Jako gospodarze wieczoru zaśpiewaliśmy z moją żoną Marysią starą, bojkowską kolędę, której nauczyła nas jej, nieżyjąca już, mama:
"W hłabokim potoci, stała sia nowyna,
de preczysta Dywa Maty porodyła syna.
Jak ho porodyła, tak jemu śpiwała:
lulajże sia mij synońku, a ja budu spała.
-Spijte mamo, spijte, choć jedno hodinu,
a ja pidu tam do raju, prinesu nowynu."
A wiatr hulał za oknem i niósł nasze kolędy po całej wsi.
Zdzisław Pękalski
|