Przypadkowo natrafiłam na książkę, która mnie zauroczyła swą treścią. W drodze wyjątku wypożyczono mi ją, gdyż jest zniszczona i w kawałkach, czyli wyczytana do granic możności. Została wydana w 1981 r., a jej autor Józef Pawłusiewicz - emerytowany pułkownik Wojska Polskiego, z zamiłowania od młodości myśliwy, wielki człowiek, zmarł w 1979 r. i nie doczekał wydania. Jego ciało złożono obok grobu brata - pierwszego powojennego starosty leskiego. Książkę czyta się z zapartym tchem. Nie ma tam fantazji literackich, lecz wspomnienia "od serca". Warto by wznowić wydanie tej pięknej, choć tragicznej historii a zarazem osobistej biografii mieszkańca Bieszczadów. Wspomina w niej wszystkich przyjaciół z bieszczadzkich dawnych i dzisiejszych wsi, z którymi żył w wielkiej przyjaźni oraz mieszkańców Leska: Ogonowskich, braci Filarów oraz wielu innych... Przedmowę napisał Henryk Jadam, a książkę poświęcił autor swej córce Barbarze. Tytuł książki "Na dnie jeziora".
A książka zaczyna się tak... "Jeśli czytelniku staniesz z wędką na brzegu jeziora lub kajakiem czy łodzią będziesz pruł fale spokojnej i czystej wody, uświadom sobie i że tam pod Tobą, na głębokości kilkudziesięciu metrów w pięknej dolinie Sanu - leżały wioski: Solina, Zadział, Łęg, Teleśnica Sanna, Sokole, Chrewt i Rajskie - gdzie kończy się teraz jezioro o długości dwudziestu kilku kilometrów. Od zapory w Solinie jadąc w prawo - znajdował się piękny odcinek Soliny - Podkaliszcze, zamieszkany przez szlachtę zagrodową Podkalickich. Dalej w górę znajduje się pod wodą część Soliny zwana "Skałką", a nieco wyżej "Podgarbie". Tutaj wpada do Sanu nieco mniejsza od niego Solinka. U podnóża Werlasu istniało też kilkanaście domów na tzw. "Łokciu". Przysiółki te z Podkaliszczem stanowiły integralną część dużej wsi Soliny. Oprócz tego w Solinie był dwór, kilka sklepów żydowskich i dwie karczmy. W Bieszczadach nie było miejscowości tak pięknie położonej jak nasz Łęg. Bogactwo przyrody było tak obfite, że trudno opisać. Leżał on w miejscu nasłonecznionym, w kolanie srebrnej wstęgi Sanu, jak w kołysce spokojny i zaciszny, osłonięty od wiatru górami. O północy dominowała na całą okolicę góra Jawor, od wschodu Kulbaka, od zachodu Skała Solińska, od południa Kiczera i Pasieki. Była tam zawsze przejmująca cisza, piękne drzewa i dobra gleba. Cała rodzina chodziła do kościoła do Łobozwi lub oddalonej od Łęgu, 7 kilometrów, Wołkowyi. Góra Jawor pokryta była przeszło stuletnim lasem, przeważnie buczyną i jaworzyną (jaworem). Wszystkie uroczyska tej krainy nosiły nazwy: Głębokie, Koszary, Zaobszar, Księża Jama, Łazy, Hyriawka, Przypor, Karniczne, Petra Potok, Załazek i szczyt góry - Patryja. A ptaków i zwierza w lesie było dużo, więc, aby zaopatrzyć spiżarnię dla licznej rodziny, ojciec, matka i nas: 5 synów i 2 córki czyli: Tadeusz, Jerzy, Józef, Aleksander i Zdzisław oraz Maria i Honorata od najmłodszych lat chodziliśmy na polowanie na dziki, jelenie czy smaczne jarząbki oraz na grzyby. Towarzyszem naszym był wspaniały myśliwy znający las jak własną kieszeń, Marceli Tomaszewski zwany "Pypa" (od pykającej stale fajki)".
Przybliżyłam tylko wstępną część książki o dobrych latach wczesnej młodości. Nie sposób opisać więcej, gdyż potem przyszły złe czasy wojny a przygraniczne Bieszczady dotąd żyjące w zgodzie z trzema religiami przeżyły straszne czasy. Z lat wojennych i powojennych wspomina autor serdecznych swych przyjaciół, na których zawsze mógł liczyć. Byli to: Franciszek Gankiewicz z Terki, Karol Czternastek, Stanisław Matusik, Michał i Ludwik Czerenkiewicz z Wołkowyi, Karol Paszkowski i Władysław Markuc z Zawozu, Józef Paprocki z Zadziału, Michał Koncewicz i Grzegorz Markuc z Łęgu, Stanisław Koncewicz i Antoni Tomczak z Werlasu. Wielkim szacunkiem darzył leśniczego Jana Josse, który mieszkał w Sanoku, a znając dobrze język niemiecki podczas okupacji pomógł wielu ludziom. Już wiele lat po wojnie odwiedziła go w jego domu w Rajskim młoda kobieta Irena Tobolewska, która została uratowana z matką i czterema siostrami od śmierci. Ojca zamordowali Niemcy, a matka Janina Tobolewska z Zatwarnicy wraz z 5 córeczkami tułała się po lasach i przymierała od głodu i chłodu. Wtedy to dowódca wojsk polskich - Józef Pawłusiewicz wziął je w opiekę, dołączając do obozu na tyłach wojska i zapewniając wyżywienie z kuchni wojskowej aż do końca wojny. Matka staruszka zobowiązała ją do złożenia serdecznych podziękowań za uratowanie ich wszystkich.
W książce są też wspomnienia o Marysi Koncewiczównej, która była najpiękniejszą dziewczyną w Bieszczadach i dożywszy 74 lat zmarła w Wołkowyi o Karolu Kardaszu, który wielce się zasłużył pomagając potrzebującym i tylko cudem uniknął śmierci z rąk oprawców. Wielu ludzi już nie żyje, a serdeczne wspomnienia pozostały.
|