Wywiad z Aliną Lis i Haliną Buczarską, instruktorkami zespołu tanecznego "Bieszczadzkie Żabki".
Zespół obchodzi w tym roku XX-lecie istnienia i właśnie z tej okazji zapraszamy na wywiad z twórczyniami sukcesu zespołu.
Alina Lis - pochodzi z Nowego Targu, ukończyła Uniwersytet Jagielloński wydział pedagogiczny i studia podyplomowe z zakresu nauczania początkowego. Od 5 lat prowadzi w szkole podstawowej nr1 w Lesku autorski program z zakresu tańca. Staż pracy pedagogicznej: 23 lata. Matka Przemka, Małgosi, Oli i Agnieszki. Do Leska trafiła "za mężem", ale jak przyznaje, pokochała to miasto i jest tutaj szczęśliwa. Wraz z Lidią Król w 1981 roku założyła zespół "Bieszczadzkie Żabki".
Halina Buczarska - urodziła się na Opolszczyźnie, skończyła studia z zakresu pedagogiki opiekuńczo - wychowawczej w Warszawie. W tym roku kończy 23 rok pracy pedagogicznej. Obecnie zatrudniona w Ognisku Pracy Pozaszkolnej w Lesku, prowadzi m.in. zajęcia z rytmiki, które są "kuźnią" małych, zdolnych "żabek". Mama Honoraty i Marcina. W Lesku znalazła swoje miejsce na ziemi również dzięki mężowi. Dołączyła do zespołu od 1986 roku.
J.Sz: Pani Alino jak powstały "Bieszczadzkie Żabki"? Skąd pomysł? Lata 80-te czasy kryzysu, problemów, smutnych wydarzeń...
A.L: W 1980 roku zaczęłam pracę w Szkole Podstawowej w Lesku. Na początku dostałam etat na świetlicy szkolnej; niestety, nie było to nauczanie, o którym marzyłam, kończąc studia. Zaczęłam więc szukać czegoś, co dawałoby mi satysfakcję i motywację do pracy. A od dziecka lubiłam tańczyć, na dodatek spotkałam panią Lidkę (Król - przyp. red.) we właściwym momencie. Ona miała do tańca - jak to się mówi - dryg. Połączyłyśmy więc swoje pomysły i zaczęłyśmy prowadzić razem próby. Pierwszym efektem naszej pracy z dziećmi był "Lajkonik". Stroje "wyczarowała" nam pani Helena Grzybowska, która była również ważną osobą dla zespołu, bo miała dwie cechy, jakie w takich przedsięwzięciach są najważniejsze: talent (do tworzenia strojów) i serce. Ona żyła tym, co działo się w zespole - była pasjonatką.
J.Sz: Czy pamięta Pani pierwszy układ? Pamięta Pani tamte dzieci?
A.L: Jak już wspomniałam, był to właśnie "Lajkonik", a później układ dyskotekowy, z którym pojechałyśmy do Krosna; pamiętam jakby to było dziś! Jeszcze akompaniament był przy pianinie... A dzieci? Oczywiście, że pamiętam: Sylwię Kalisz, która była Lajkonikiem, Małgosię, Agnieszkę, niezapomnianą Basię Lelek, Agnieszkę Buksztel, oj dzieci były naprawdę wyjątkowe.
H.B: I są obecnie!
J.Sz: Kiedy zaczęto BŻ zapraszać na festiwale i przeglądy? Kiedy pierwszy raz pojechał zespół do Konina?
A.L: Na początku nie wiedziałyśmy, gdzie i na jakie festiwale można wyjeżdżać. Na pierwszy Festiwal do Konina wysłała nas ówczesna dyrektorka Domu Kultury w Lesku, p. Bielinis. Mówię: wysłała, bo uznała, że zespół jest na tyle przygotowany, iż powinnyśmy pokazać naszą pracę. To był rok 1983.
H.B: Teraz mamy już trzynaście wyjazdów do samego tylko Konina. Ale w tym roku ze względu na występy związane z jubileuszem nie wyjedziemy na koniński festiwal.
J.Sz: Jak długo powstaje jeden układ: od pomysłu do pokazania go na scenie?
A.L: Z tym bywa różnie. Czasem bywa tak, że pomysł rodzi się w głowie, dojrzewa, tkwi nieraz i dwa lata, aż nagle przychodzi olśnienie, w ucho wpada odpowiednia muzyka i wszystko zaczyna do siebie pasować. A czasem zupełnie inaczej, ma się już właściwą muzykę i szuka się tematu pod melodię.
Małgorzata Lis: Najkrócej powstawał taniec dyskotekowy, niecałe dwa miesiące, a na przykład "Świnki" powstawały w sumie dwa lata.
H.B: Właściwie to ćwiczyłyśmy "Świnki" do zupełnie innej muzyki niż jest obecnie. Podczas prób zmieniłyśmy muzykę i dopiero od tamtego momentu temat pasował do siebie i to było "to"!
A.L: Praktycznie w ciągu roku (szkolnego) robimy dwa układy, a czasami trzy.
H.B: I na ogół też jest tak, że taniec jest już gotowy i wtedy zaczynamy myśleć o strojach. W czasie prób mamy już pewne projekty, aby p. Stasia Podkalicka, która nam obecnie szyje wszystkie stroje, miała czas, je przygotować.
A.L: Ale raz zdarzyło się odwrotnie: miałyśmy najpierw strój, który stał się właściwie inspiracją do całego układu; były to oczywiście "Motyle". Dostałyśmy od sympatyków zespołu przepiękne, kolorowe, tiulowe halki i ... układ był w dwa miesiące gotowy!
J.Sz: Ile czasu (tygodniowo) poświęcają Panie i dzieci na próby?
A.L: Dwa, trzy razy w tygodniu, a przed występami i cztery.
M.L: A przed koncertem jubileuszowym codziennie!
H.B: Systematycznie pracujemy dwa razy w tygodniu po trzy godziny.
J.Sz: Ile dzieci obecnie liczy zespół?
H.B: W młodszej grupie jest ok. 30 - 35, w starszej ok. 20.
J.Sz: Czy jest jakiś przedział wiekowy dzieci, z którymi pracuje się najłatwiej?
A.L: Właściwie nie; z dziećmi pracuje się efektywnie niezależnie od wieku. Bardzo dużo zależy od ich systematyczności; mam tu na myśli regularne uczęszczanie na próby. Nawet nie liczy się aż tak mocno, czy dziecko jest "super" utalentowane - choć to ułatwia oczywiście pracę, ale to, czy czuje, czy ma "iskrę". Ciągle najważniejsza jest praca, motywacja do niej jest prosta: one wiedzą, że do układu jest więcej chętnych niż miejsc w układzie, a tam wchodzą tyko najlepsze.
J.Sz: Czy są "żelazne" imprezy w kalendarzu Bieszczadzkich Żabek?
H.B: Kaczucha w Krośnie, Dzień Nauczyciela w SP1 w Lesku, Mikołajki w Dębicy, Dni Leska, Przegląd Zespołów Tanecznych w Lesku, zabawa integracyjna w Specjalnym Ośrodku Szkolno - Wychowawczym w Lesku. Od trzech lat jeździmy na Ogólnopolski Przegląd Zespołów Tanecznych w Małogoszczy.
A.L: Bardzo lubimy ten przegląd, bo tam nas bardzo ciepło przyjmują. Poza tym nie przyznaje się tam tradycyjnych miejsc I, II, III tylko nagrody za coś, czym zespół się wyróżnia. np. za wdzięk, radość, wysoki poziom. "Żabki" otrzymały tam wyróżnienie właśnie za wysoki poziom techniczny (dla grupy starszej), za wdzięk i radość (dla grupy młodszej); innym razem za ciekawą choreografię w "Dzikim tangu".
J.Sz: A jak Panie wspominają Konin?
A. L: Byłyśmy tam z zespołem 13 razy, zespół zdobył tam: Złoty i Srebrny Aplauz, 5 razy Brązowy Aplauz i dwa wyróżnienia. Od dwóch lat jest to festiwal międzynarodowy, więc od tego czasu bardziej są premiowane zespoły z zagranicy. Mamy jednak nadzieję, że wkrótce wszystko wróci do normy, czyli będą zwyciężali ci, którzy w pokażą coś nowego w tańcu. Lubimy poza tym konińską publiczność, która rozpoznaje "żabki" jak dobrych znajomych i otrzymujemy tam miłe dowody sympatii.
J.Sz: Czy żabki mają nagrodę publiczności?
A.L: Mają, ale nie z Konina, tylko z Rzeszowa. Jest to nagroda szczególnie ważna, bo przyznało ją jury dziecięce (członkowie innych zespołów), które z nami występowały. Był to rok 1998.
J.Sz: Czy mają Panie tremę, gdy zespół jest na scenie?
A.L: O tak! Za każdym razem. Z młodszą grupą zawsze jestem za kulisami. Wydaje mi się wtedy, że zawsze w odpowiednim momencie wejdą na scenę, a gdy się zdarzy nieszczęście z pękniętym zamkiem czy zgubioną baletką, to zawsze im pomogę.
J.Sz: A czy był taki moment, że patrzyły Panie na zespół z widowni?
A.L: Tak, w Koninie, gdy starsza grupa tańczyła "Motyle" i "Znaki zodiaku". Wiedziałam, że obydwa te tańce są dojrzałe ("Motyle" miały już dwa lata), a "Znaki" były co prawda świeże, ale bardzo dojrzałe i wiedziałam, że dziewczyny są w szczytowej formie. J.Sz: Jakie warunki musi spełniać dziecko, by dostać się do zespołu?
H.B: Nie ma ścisłych warunków, z każdym rokiem szkolnym jest nowy napływ dzieci. Przyjmujemy wszystkie chętne.
A.L: Poza tym od pięciu lat prowadzę w szkole program innowacyjny z muzyki i mam z racji tego duży wpływ na dzieci. Lubię to co robię i to chyba im się udziela. Dziecko musi "połknąć bakcyla" tańca, mało tego, musi zarazić nim również rodziców. Ono musi mieć wpływ na rodziców, musi samo pamiętać, kiedy ma próby. Czasami rodzice mogą mieć inne plany, ale dziecko wie, że gdy będzie opuszczało próby, to ktoś zajmie jego miejsce w układzie. Myślę, że ta grupa, która teraz wystąpiła w koncercie, poznała scenę od kulis. Tam było bardzo dużo nowych dziewczynek i mamy nadzieję, zapamiętały dużo z tego i że ten skład długo się utrzyma. J.Sz: Jak długo musi pracować dziecko, aby wystąpić przed publicznością? A.L i H.B: (chórem) Długo! Musi wręcz bardzo starać się, aby wejść do układu, bo gdyby weszło ot tak, bez wysiłku, to by nie było już tak ważnym osiągnięciem. H.B: Dobrze też, gdy dziecko od najmłodszych lat ma do czynienia z muzyką. Łatwiej jest dzieciom, które w przedszkolu miały rytmikę lub mają umuzykalnionych rodziców, którzy motywują dziecko do gry na instrumentach. Prowadzę w Ognisku Pracy Pozaszkolnej zajęcia z sześciolatkami z rytmiki. Są to dzieci bardzo zdolne, więc stwierdziłyśmy, że mogą przejść do "żabek", np.: wszystkie "świnki" to właśnie dzieci po rytmice. M.L: Dzieci bardzo lubią być chwalone. Już na próbach muszą ciężko pracować, aby zostać zauważone. A.L: Bardzo dużo daje też przykład starszych dziewczynek. Śmiem twierdzić, że czasami od dorosłego instruktora nie nauczą się tyle, co nawzajem od siebie. J.Sz: Jak długo utrzymuje się w miarę stały skład zespołu? A.L: Parę lat, czasami 5-6. M.L: Ja też byłam mamy uczennicą, wszystkie moje koleżanki tańczyły w zespole. Część odeszła w IV, V klasie, ale wszystkie z sentymentem wspominają czasy w zespole.
J.Sz: Kto tańczy w zespole najdłużej? M.L: Muszę się przyznać... ja; miałam 3 lata, gdy dostałam rolę Kangurka, później Kaczuszki, a później było wiele, wiele ról... H.B: Zaczynałyśmy obie z Małgosią, to był rok 1986. J.Sz: A czy do zespołu zapisywali się też chłopcy? A.L: O, tak, zawsze miałyśmy w "żabkach" jakiegoś "rodzynka". W składzie byli: Mariusz Filar, Mateusz Baran, Maciek Szelążek, Przemek Stram, a obecnie jest Pawełek Baran. J.Sz: Wiem, że w ciągu tych dwudziestu lat nazbierało się 42 tańce; to średnio dwa na rok? A.L: To różnie bywa. W tym roku, być może, powstaną nawet cztery, bo od trzech lat powstają też tańce w grupie młodszej. J.Sz: Jakie są grupy?
H.B: Młodsza - to dzieci od ok. II klasy szkoły podstawowej do IV, V klasy. To zależy od prozaicznej rzeczy - wzrostu, czyli tego, czy pasują do układu. Starsza - to też pojęcie względne, właśnie ze względu na centymetry od V do... (tu śmiech rozmówczyń) nieograniczony (prawie). Zdradzimy tu tajemnice, że Małgosia jest najstarszą "żabką". J.Sz: A czy był jakiś trudny moment w pracy z zespołem, kiedy chciały Panie powiedzieć:"Dość!" A.L: Na pewno były takie momenty, pamiętam, że mówiłyśmy sobie "dociągniemy" do piętnastolecia. Ale po jubileuszu przyszły nowe pomysły i nie było już o tym mowy. Inne trudne momenty to te, gdy zespół gdzieś poniesie porażkę. Ale to, wbrew pozorom, jest też potrzebne, bo dzieci muszą nauczyć się, że nie zawsze się wygrywa, trzeba umieć przyjąć to z klasą i twarzą. Takie momenty umacniają też zespół, oczywiście gdy zdarzają się tylko od czasu do czasu. J.Sz: Co teraz? Jak Panie widzą dalsze pracę?
A.L: W tańcu cały czas coś się zmienia; aby zachwycić widza, trzeba go teraz czymś zaskoczyć. A prawie wszystko już było. Teraz, gdy mamy już wiedzę i bagaż doświadczeń, wiemy, jak trudno wymyślić coś odkrywczego. Widziałyśmy mnóstwo grup tanecznych, dużo uczymy się od innych na festiwalach i przeglądach.
Na przykład temat: myszy i koty jest strasznie oklepany, ale wystarczy inna wizja układu, inne stroje i to już jest inny taniec. J.Sz: Powiedziały Panie, że ciągle się uczą. Od kogo i gdzie? H.B: My cały czas się uczymy, większość spraw jeśli chodzi o choreografię, nauczyłyśmy się właśnie na wyjazdach konkursowych. A.L: Oprócz tego jeździmy na warsztaty taneczne, np.: do Rzeszowa, Krosna tylko, że to wszystko kosztuje, a dokształcamy się za własne pieniądze. M.L: Na festiwalach bardzo dużo się nauczyłam. Zespoły, które tam występują, to niejednokrotnie zawodowcy, np.: modne teraz w tańcu akrobacje mają doprowadzone do cyrkowego poziomu, dzieci są wręcz wyrzucane w górę lub robi się z ich ciał żywą skakankę. A.L: Ale moim zdaniem jest to przesada. Kiedy taniec przestaje być zabawą i dziecku może stać się krzywda, to już nie jest to.
J.Sz: Czym więc różni się choreograf - amator od zawodowca? A.L: Zawodowiec ma gruntowną wiedzę teoretyczną. My może teraz nie czujemy się już amatorkami, ale często rozpoznajemy po układach innych zespołów, że układ zrobił im zawodowy choreograf, a instruktor jest tylko trenerem tańca. Ale po pierwsze - to kosztuje, a po drugie mamy satysfakcję, że same jesteśmy autorkami wszystkich układów. Mamy zresztą zrobiony II stopień instruktora tańca i dużo, dużo doświadczeń praktycznych z tych dwudziestu lat. W tej branży nie wolno stać w miejscu, bo w tańcu cały czas coś się zmienia i trzeba być na bieżąco z nowymi trendami. J.Sz: Proszę nam przybliżyć te zmiany, bo ja, przyznaję, potrafię, tylko podziwiać efekt finalny, czyli sam układ.
M.L: Jeszcze kilka lat temu wszystko było bardziej statyczne, następnie doszły biegania, później hitem były ręce w górze, zmiany figur na obrazy, muzyka i zatrzymania. O.L: W tańcu nowoczesnym występuje bardzo dużo figur w parterze, akrobacje i podnoszenia. Teraz w tańcu jest jak w modzie - wszystko jest dozwolone. Można mieszać gatunki tańca i muzyki, co kiedyś było nie do pomyślenia. M.L: Bardzo ważny jest moment zaskoczenia widza. Nie wolno zdradzić, co będzie się działo na scenie za moment.
J.Sz: Jak słyszę, córki bardzo Paniom pomagają w pracy z zespołem: Pani Alinie - Małgosia, Ola i Aga, Pani Halinie - Honorata. A jak jest z rodzicami dzieci? A.L: Rodzice są bardzo ważnym elementem zespołu, zwłaszcza ci, którzy razem z dziećmi "połknęli bakcyla". Było w historii zespołu kilkanaście osób, które były szczególnie zaangażowane w życie "żabek". Pani Halina Grąziowska, gdy tańczyła jej córka Natalia, przez 9 lat jeździła z nami, pomagała we wszystkich przygotowaniach, przy strojach, fryzurach. A nawet gdy córka już przestała tańczyć w zespole, pojechała z nami do Konina. Pomagały nam bardzo panie: Leśniak, Gacek, Fiejtek, Czenczek, Kruszewska, Kozłowska, Baran, Rytel, Ozdoba i wiele innych. Podczas jubileuszu piętnastolecia pomagał nam bardzo pan Zbigniew Krawiec. J.Sz: Wiem już, że "żabki" to praktycznie sposób na życie obu pań i obu rodzin. Czy najbliżsi też podzielają tę pasję? O i M.L: O tak!!!! Nasz tata mówi, że w domu ciągle jest jeden temat główny - "żabki", ale tak naprawdę to on też podziela naszą pasję. J.Sz: A czy stawały panie przed wyborem: czas dla rodziny czy dla zespołu? A.L: Bardzo często, nawet czasami musimy rezygnować z wcześniej zaplanowanych wyjazdów rodzinnych na rzecz wyjazdu z zespołem. Czasami nasi mężowie, żeby być bliżej nas jeżdżą po prostu z nami. Są naszymi najlepszymi krytykami. H.B: Koncert, przegląd czy festiwal mają pierwszeństwo, nawet jeśli rodzina ma jakieś inne plany na ten czas. A.L: Mamy, nie chwaląc się, taki mały fanklub zespołu, do którego należą: mój syn Przemek, państwo Lelkowie. Pani Janina Biega, napisała piękny wiersz z okazji naszego jubileuszu. Po koncercie jubileuszowym spotkałyśmy wielu życzliwych ludzi, którzy mówili mam, że od dawna wiernie śledzą poczynania "żabek". Te słowa były dla nas dużą nagrodą i z tego miejsca chciałyśmy podziękować wszystkim sympatykom i przyjaciołom zespołu za pomoc i uznanie.
J.Sz: Czy gdyby miały Panie taką możliwość, co by Panie zmieniły? A.L: To trudne pytanie... (z zastanowieniem), bo to poszło w dobrym kierunku. H.B: Miałyśmy taki moment, że chciałyśmy zmienić nazwę, bo wśród zespołów panowała moda na krótkie, wpadające w ucho nazwy. Ale w końcu zostałyśmy przy starej.
J.Sz: Gdzie jest łatwiej pokazywać nowy taniec: w Lesku czy na festiwalach? A.L: Zacznę od tego, że taniec to kwestia gustu i każdemu może podobać się inny styl tańca, inne stroje. Generalnie trudniej nam występować w Lesku, bo w tak małym środowisku spotyka się człowiek z różnymi opiniami na swój temat i przede wszystkim na temat swojej pracy. Z tym się trzeba liczyć: zawsze będą tacy, co pochwalą i tacy, którzy skrytykują. Tak już jest! Nie wolno patrzeć na to, czy nas ktoś lubi czy nie. Trzeba robić swoje! Teraz, w roku jubileuszowym, wszystkie trudne chwile idą w niepamięć. Dziś żyjemy jeszcze atmosferą koncertu. I jesteśmy wdzięczne wszystkim, którzy nam pomogli go zorganizować: Ewie Sidor - dyrektor Ogniska Pracy Pozaszkolnej, które patronuje naszej pracy, Ewie Baranowskiej - dyrektor Bieszczadzkiego Domu Kultury i jego pracownikom, pani Stasi Podkalickiej, która uszyła prawie wszystkie nasze stroje, a także gościom, którzy stworzyli niesamowitą atmosferę podczas koncertu. J.Sz: Czy jest coś, co chciałyby Panie powiedzieć samym dzieciom z zespołu? A.L: Chcemy im życzyć, żeby jak najdłużej zachowały swoją przepiękną dziecięcą spontaniczność, radość i uśmiech na twarzy. H.B: Aby tańczyły jak najlepiej, dla samej radości tańca, nigdy dla nagrody. Zawsze im to przed ważnymi konkursami powtarzamy: nie musicie zdobyć nagrody, musicie tylko zatańczyć jak najlepiej, nagrody są miłą i wspaniałą, aczkolwiek drugorzędną sprawą. M.L: Ja chciałabym, aby zawsze pamiętały o trzech zasadach, które są najważniejsze dla zespołu:1)zawsze w tańcu się uśmiechać, 2)nie poprawiać strojów w czasie tańca, choćby spadały czy uwierały, i 3) najważniejsze - podczas występu dawać z siebie wszystko.
J.Sz: Jaka jest Pań recepta na sukces? A.L: Praca, praca, praca. J.Sz: Najbliższe plany? H.B: Wyjazd do Małogoszczy i na "Kaczuchę" do Krosna, oczywiście duży letni koncert w Lesku z okazji jubileuszu, nowe układy, nowe pomysły. Wszystko przed nami. J.Sz: Czego sobie Panie życzą na następne dwadzieścia lat? A.L: Marzymy, żeby dzieciom zorganizować w nagrodę wyjazd, np.: na Węgry, który może być połączony z występami. Mogłybyśmy być ambasadorami kultury, jak na zespół artystyczny przystało. Dzieci zobaczyłyby coś nowego, byłoby to piękne wspomnienie.
Dziękuję za rozmowę i życzę w imieniu redakcji "Echa" 100 lat i kolejnych pięknych jubileuszy i kolejnych tomów kronik zespołu.
Joanna Szurlej
|