Nastały pierwsze lata powojenne, radosne i pełne nadziei - rok 1948. Miałem wtedy 14 lat i chodziłem do "czerwonej szkoły" do 6 albo 7 klasy i oczywiście należałem do drużyny harcerskiej. Komendantem był wtedy harcmistrz Józef Bezeg, w cywilu nauczyciel szkoły. Byłem chorowitym chłopcem i często też niezłym gagatkiem. Wiadomość, że dzięki staraniom Komendanta nasza drużyna będzie mogła pojechać na prawdziwy obóz harcerski i to nad morze, bardzo nas wszystkich ucieszyła i zaraz poczułem się jeszcze bardziej harcerzem, jak wszyscy zresztą. Moi rodzice łączyli z tym nadzieję, że "może on tam okrzepnie trochę nad tym morzem", którego sami zresztą jeszcze nie widzieli. Zaczęły się przygotowania oraz bardzo sumienne i pracowite zbiórki, bo uczyliśmy się musztry, węzłów i ćwiczeń terenowych według kompasu. Uszyto mi mundur ze zdobytego, odpowiedniego materiału, bo do tej pory miałem koszulę, uszytą przez ciocię Stasię, z cienkiej pałatki wojskowej, która straszliwie sztywniała w czasie deszczu i piekła w czasie gorąca. Znaleziono też odpowiedni plecak, taki klasyczny, jakie się wtedy nosiło, z dużymi kieszeniami zapinanymi na paski i regulowanymi szerokimi pasami do noszenia. Do niego przywiązywało się odpowiednio ciasno zrolowany koc, rzecz absolutnie najważniejszą w życiu harcerza. Lilijka i chusta to już, moim zdaniem, dodatek. Tygodnie mijały powoli na przygotowaniach i kiedy nareszcie skończył się rok szkolny, byliśmy już duchem zupełnie gotowi do drogi, jak .... zające gotowe do skoku!
To był specjalny pociąg, składający się z wagonów ciężarowych, zbierający drużyny harcerskie na odpowiednie obozy, a że odchodził ze stacji węzłowej Zagórz, to mogliśmy nawet zabrać ze sobą wypchane sienniki, co było zupełnie nie do pogardzenia. Nad wszystkim panował pan Komendant i podlegli mu drużynowi. Ustalono już dzień i w dużym podnieceniu, doszło wreszcie do wyjazdu.
Moja Mama, poza "suchym prowiantem" na drogę, przygotowała mi odpowiednie kanapki, a do picia wodę w butelkach z sokiem malinowym, i ku mojemu utrapieniu, bo "co za wstyd", małą paczuszkę, zawiązaną sznurkiem, z usmażonymi smakołykami (na wszelki wypadek, w razie ... głodu). Musiałem to nieść w ręce, kiedy wszyscy moi koledzy - harcerze, mieli ręce wolne!! Wyjechaliśmy przed południem, w czasie słonecznego dnia ze stacji Zagórz. Pożegnaniom nie było końca, aż rozległ się długi gwizdek i pan zawiadowca machnął czerwoną chorągiewką. Sapnął wesoło parowóz, raz, drugi i szarpnęły jeden za drugim wagony. Wyjeżdżaliśmy, harcerze z Leska, na obóz letni nad morze do Ustki, jeszcze wtedy prawie nieznanego portu i miejscowości wypoczynkowej. Nastroje były wspaniałe, na twarzach u wszystkich wypieki z podniecenia. Każde zatrzymanie na stacji, bo przybywały inne drużyny harcerskie, było wydarzeniem. Specjalnym "luksusem" było siedzenie na podłodze, przy otwartych (rozsuniętych po obu stronach) drzwiach wagonu. Zmienialiśmy się na tym miejscu po kolei.
Zaczął się nieustający balet opuszczających się szybko i podnoszących drutów telegraficznych; w dali migały płaskie pola jasne już od zboża, osiedla, mosty i rzeki oraz drogi przechodzące nagle z jednej strony na drugą (na przejeździe zamkniętym szlabanem ze stojącym obok kolejarzem z chorągiewką w ręku albo jego żoną!). Trwało to cały dzień ; każdy robił co chciał: jadł, czytał czy patrzył, aż wreszcie słońce pochyliło się bardzo ku zachodowi. Wkrótce zapadł wieczór i nastała noc. Koła wagonu stukały jakby głośniej i równomierniej. Jechaliśmy na północ w stronę morza. Każdy na swoim solidnie wypchanym słomą sienniku (bo miał on wystarczyć na miesiąc) przygotowywał się do spania, ale mimo zmęczenia sen nie nadchodził gdyż nie pozwalały na to różne "śmichy - chichy". Ciemnawe światło dostarczała dyndająca wisząca lampa naftowa, ale każdy z nas miał osobistą latarkę, która była jego prawą ręką i ... chlubą. Trudno było zasnąć, bo piszczały często hamulce, a wagonem rzucało nieraz gwałtownie przy przechodzeniu na inne tory. Stukały regularnie i miarowo koła pociągu. Wlekły się godziny spędzone na przekręcaniu się na sienniku i naciąganiu na siebie koca. Wreszcie zaczęło świtać. Poprzez odsuwane małe okienko widziany był niebieskawy świat, szare, pokryte mgłami pola, wioski ożywiane rzadkimi sosnami. Zaczynał się powoli drugi już dzień naszej podróży. Pociąg zatrzymywał się rzadko, aż wreszcie, kiedy wszyscy już mieli dosyć, późnym wieczorem wjechaliśmy na stację USTKA! Natychmiast trzeba było rozładować wagony, ziemia kręciła się pod nogami. Po zbiórce - odliczaniu, krótkiej modlitwie i odśpiewaniu "Wszystko co nasze" padła komenda: "Plecaki na plecy" i "W drogę marsz". Nasz obóz położony był w miejscowości Wodnica, oddalonej o jakieś 4 kilometry. Wtedy zaczęła się moja gehenna (zresztą nie tylko moja), bo plecaka nigdy przedtem nie nosiłem i już samo jego nałożenie na plecy wymagało heroicznego wysiłku. Dopiero po wielu próbach i skutecznej pomocy kolegów udało mi się z nim na plecach połączyć, ale o normalnym staniu nie mogło być mowy, bo jego ciężar odciągał mnie do tyłu. "Naprzód marsz" - łatwo powiedziane; Naprzód, owszem ruszyłem, ale już z marszem było niewyraźnie, bo plątały mi się szeroko rozstawione nogi. W końcu, nieźle już spocony, znalazłem sposób, żeby znieść ten ciężar plecaka, to straszliwe jarzmo na plecach. Tak głęboko zgiąłem się w pasie, że plecak zamiast wisieć na pasach leżał mi na plecach jak na półce. Trzeba było wytrzymać, toteż pociłem się straszliwie, w głowie zaczęło mi "łupać", widziałem tylko moje juchtowe buty (kupione przed wyjazdem i będące moją chlubą) odmierzające ciężkie kroki i paczuszkę ze specjalnym prowiantem wiszącą w prawej ręce. Trwało to ... wieczność!! Ale przyszedł odpoczynek; mała odsapka, kiedy trochę doszedłem do siebie, żeby znowu rzucić się do kolejnej rundy mojej walki z plecakiem. Idąc już po ciemku, jeden za drugim, wzdłuż rzeki Słupia, doszliśmy wreszcie do naszego obozu.
Następnego dnia zaczęło się energiczne organizowanie obozu: okopywanie postawionych wcześniej dużych namiotów, budowa pryczy do spania, kopanie i maskowanie latryny, organizowanie kuchni i wykonywanie mnóstwa dodatkowych czynności. Nasza mała "społeczność" składała się z komendanta, drużynowych, drużyn i zastępów. Każdy z nas pracował ze szczerym oddaniem i radością z przeżywanej chwili. Obóz mieścił się na płaskiej polanie, wśród paru sosen, a na planie prostokąta stał namiot komendanta, po 3 namioty dla harcerzy z lewej i prawej strony, zaplecze kuchenne oraz gospodarcze. Ważne miejsce zajmował też maszt do wciągania sztandaru. Parę metrów dalej był zagajnik , a za nim poniemiecki stary cmentarz, obok którego przechodziło się na kąpielisko do rzeki. Z dnia na dzień toczyło się życie obozu, do czego przyzwyczailiśmy się dosyć szybko. Pobudka wypadała bardzo wcześnie, następnie mycie i ubieranie, a pierwsza zbiórka - apel zaczynała się o 7-mej, z kolei śniadanie, zaplanowane zajęcia zastępów, dyżury i rzecz bardzo ważna - nocne warty. Do posiłku biegaliśmy z menażkami i apetytami, a były możliwe repety. Po tygodniu wszystko toczyło się już jak trzeba, a w niedzielę, przy bardzo ładnej pogodzie, poszliśmy do miasta - Ustki do kościoła na mszę, potem zwiedzanie miasta i ... nad morze. Ustka była małym miasteczkiem, z portem wchodzącym w miasto, z molo, przy którym kiwały się kutry rybackie i większe stateczki , a nawet wojskowy stary ścigacz wojenny. Ulice kończyły się dużą wydmą piaskową, na którą weszliśmy ciężko, po piasku, tyralierą. I stanęliśmy. Przed nami otworzyło się morze. Otwarta przestrzeń podzielona była ledwie widoczną bo zamgloną linią horyzontu, od którego zaczynało się morze, łagodnie niebieskie, a przy piasku zielonkawe. Było zupełnie płaskie, lekko marszczyło się na powierzchni, płynąc w stronę brzegu, od czasu do czasu tworzyło białe grzywy niewysokich fal. Wcale nie było groźne, wręcz odwrotnie: wesołe i łagodne i wcale nie głębokie, bo widniały w nim daleko od brzegu ludzkie sylwetki, podskakujące śmiesznie, kiedy mijały je fale. Był to nasz Bałtyk, nasze morze, prawdziwe morze, po którym pływają statki, daleko, do obcych krajów, aż do Ameryki. Rozpierała nas radość i duma, że my - chłopcy z Leska, z gór, znad Sanu, teraz jesteśmy nad morzem, tu w Ustce. Zaczęliśmy się rozbierać, biec do morza i kąpać jak wszyscy, bo to było zachęcające. Musieliśmy sprawdzić też, czy woda naprawdę jest taka słona jak mówią. Radości i uciechy było wiele, bo to podskakiwanie na zbliżających się falach było bardzo zabawne; dlatego korzystaliśmy z morza, aż zaczynało nas trząść z zimna. Po wyjściu każdy wycierał się energicznie, szczękając zębami albo kładł się na rozgrzanym piasku. Dodatkową atrakcją tego miejsca był stojący na piasku, właściwie osiadły, bo zatopiony i zniszczony wrak niemieckiego krążownika "Gneisenau" - taki napis można było jeszcze odczytać na szczycie. To był jeden z niszczycielskich okrętów niemieckiej "Kriegsmarine". Stał szary, pomalowany na ochronne kolory, osmolony miejscami, bo wyraźnie dostał bombami, a w jego boku widać było dużą wyrwę, pewno od torpedy. "Dobrze mu tak ..., ale mu przywalili ..." - mówiliśmy do siebie, bo ta sylwetka mimo wszystko budziła grozę. Patrząc na opuszczone, duże lufy armat wyobrażałem sobie jak pływał i strzelał - ale to już było parę lat po wojnie.
Zaczął się drugi tydzień naszego obozu i zaraz na początku zdarzyła się przykra sprawa, która długo mi gryzła sumienie. Szukając w namiocie źródła smrodliwego zapachu, pod moim łóżkiem, razem z kolegami znalazłem ... moją białą paczuszkę, a w niej, po rozpakowaniu blisko 10 kawałków pieczonych kurcząt, otoczonych w bułce, które moja kochana Matka usmażyła mi na drogę. Przypomniałem sobie, jak mi o tym mówiła. Za późno! Wszystkie były już pokryte białą pleśnią i bardzo śmierdziały. Zrobiło mi się głupio i wstydziłem się własnego czynu, własnej głupoty i miałem żal do siebie, tym bardziej, że obecni byli przy tym moi koledzy z namiotu. Któryś z nich nie wytrzymał i powiedział : "Ty ciulu, mogliśmy zjeść to z tobą, trzeba było pamiętać, ty głupcze". Mieli rację! Myślałem, co też powiem Mamie, bo już pytała o to w liście. Zakopałem paczuszkę w kartoflach za namiotem. Została mi "drzazga" na sumieniu.
Muszę też wspomnieć, że zaraz na początku naszego obozu, kiedy wypadł dyżur na nasz zastęp, miałem z dwoma kolegami nocną wartę. Trzymało się ją w trójkę; jeden wartownik na początku obozu, drugi na końcu, a trzeci obchodził teren wokół. Moja warta wypadła na przykre godziny, między pierwszą a trzecią w nocy, kiedy się najlepiej i najmocniej śpi. Trudno, warta to warta, trzeba było wytrzymać te 3 godziny. Stałem od strony kuchni, naprzeciw otwartego pola z zagajnikiem i cmentarzem. Ubrałem na siebie pelerynę zrobioną z koca, na głowę założyłem czapkę harcerską umocowaną paskiem pod brodą, a w ręce miałem solidny kij na wszelki wypadek. Każdy znał ustalone hasło i odzew. Zadekowałem się nisko przy ziemi w pozycji ... czuwającej, patrząc przed siebie i natychmiast za siebie, bo przecież niebezpieczeństwo mogło przyjść z tyłu, podobnie było z bokami, dlatego miałem głowę na ... szypułce! Patrzyłem wytrzeszczając oczy w ten cmentarz, czy coś tam się nie rusza, jakieś może duchy czy coś innego. Pola były dosyć jasne w nocnym świetle, ale sam cmentarz, wśród drzew, był ciemny. Latały świetliki leśnie, "wołała" nocna sowa,, co stwarzało jeszcze większą grozę i strach. Ale mówiłem sobie w duchu: "Spokój harcerzu, bądź odważny!" Nagle, "Jezu, ktoś przecież idzie z boku". "Stój, kto idzie? - zapytałem. "Daj spokój, to ja" - odpowiedział drugi wartownik - "Co ty?" I zamieniliśmy szeptem parę słów, która może być godzina. A to jeszcze nie ma nawet połowy warty. Doleciało skądś dalekie bicie zegara i to trochę dodało odwagi. W namiotach często ktoś mamrotał przez sen i to było wszystko, poza tym panowała głucha cisza nocna. Wszystko się widziało i wszystko słyszało, aż zaczęły zamykać się oczy a ciało coraz bardziej dygotać z zimna i zmęczenia. Czas się ślimaczył i wreszcie ciężko dowlekł się do końca zmiany i odpoczynku we własnym łóżku. Okazało się, że na tym cmentarzu dużo było spróchniałych pniaków starych drzew i to próchno świeciło nafosforyzowane w ciągu dnia. To stwarzało ten nocny efekt, tego tajemniczego świecenia. Zostało to sprawdzone "komisyjnie", bośmy codziennie przechodzili obok tego cmentarza, idąc nad rzekę po obiedzie z garnczkami do mycia piaskiem. Znaliśmy też wszystkie granitowe groby, z gotyckimi napisami.
Codziennie po kolacji i po apelu wieczornym, kiedy się dobrze ściemniło, urządzane były ogniska. Zapalaliśmy ognisko, oczywiście jedną zapałką i siadali wokół w kucki, śpiewali, śmiali z improwizowanych skeczów i omawiali plany na jutro. Noc mijała i przychodził nowy dzień, zawsze inny, często deszczowy. Ale zawsze były ciekawe zajęcia i jakoś ... mijało, chociaż coraz częściej wspominało się o domu, myśląc, jak to będzie po powrocie. Znowu byliśmy w Ustce, na plaży i w porcie, tutaj mogliśmy za jedne 50 złotych, kto chciał i mógł, popłynąć kutrem w morze na godzinny rejs. Jak tylko wypłynęliśmy poza molo zaczęło kutrem nieźle bujać, a dziób uderzał z coraz większym hałasem o fale i natychmiast do tyłu leciały bryzgi fal. Uznaliśmy to za nasz morski chrzest w Bałtyku. Bujanie powodowało coraz większe mdłości, ale żaden prawdziwy wilk morski - harcerski nie ... dał plamy.
Powoli obóz nasz zbliżał się do końca; dni mijały jeden za drugim niepostrzeżenie. Wzięliśmy udział w jakiejś pracy społecznej w Wolnicy, a potem pojechaliśmy pociągiem do Gdańska, a stamtąd na Westerplatte. To miejsce zrobiło na nas duże wrażenie. Te armaty - ledwie zardzewiałe, rozbite w piasku i ta lista poległych naszych żołnierzy! Będąc w Ustce i zwiedzając wędzarnię ryb kupiliśmy sobie szprotki, na drogę albo na pamiątkę do domu. Każdy zbierał muszle, bo za parę dni mieliśmy wyjeżdżać do siebie, do ciepłego i spokojnego Sanu, do rodzinnego domu. Ognisko pożegnalne było uroczyste i trochę smutne, ale co tam! W domu będzie inaczej! Podróż powrotna minęła bez atrakcji, długa i żmudna, dlatego śpiewaliśmy często "Morze, nasze morze". Z Zagórza do Leska przyjechaliśmy ciężarówką, wysiedli przy Plantach i podeszli do kościoła. Była już późna noc, po dwunastej. Zebrani na ostatnią zbiórkę i symboliczną modlitwę za szczęśliwy powrót odśpiewaliśmy cicho "Wszystko co nasze" i cicho wykrzyknęli "Czuj, czuj, czuwaj".
styczeń 2004 r.
Zdjęcie
Od syna jednego z uczestników tego obozu p. Bartłomieja Bartosiewicza otrzymałam przechowywane wśród rodzinnych pamiątek zdjęcie z tej "wyprawy". Przy pomocy dwóch byłych harcerzy udało się rozszyfrować uczestników na zdjęciu:
Od lewej stoją: Jan Lewicki, Tadeusz Napora, Antoni Biodrowicz, Edward Baran, Andrzej Bartosiewicz, Stanisław Rettinger, Tadeusz Bosek, Krzysztof Rejmański, Czesław Laicht, Fryderyk Mainardi, Otto Matusik, Bolesław Ząbkiewicz.
Klęczą od lewej: Czesław Ginda, Józef Bosak, Jerzy Bartosiewicz i Stanisław Ząbkiewicz.
Żyjących uczestników owego obozu prosimy o uzupełnienie powyższych wspomnień.
|