Ja tu już tylko sprzątam - rzekł Przemek Ołdakowski wspierając się o blat wypełniony wyliniałymi folderkami.
Nie ma ludzi niezastąpionych. I dobrze, bo świat albo by się w rozwoju cofnął, albo przynajmniej zatrzymał. Są jednak ludzie, którzy pchają przed sobą rzeczywistość szybciej niż inni. Ludzie, którzy wygrywają wyścig z prozą życia, z przeciętnością, z codzienną bylejakością.
Szkoda, że przez szklane drzwi leskiego Bieszczadzkiego Centrum Informacji Turystycznej nie dojrzymy już pochylonej nad komputerem sylwetki Przemka. Zza miejskiego biurka wykreował nie tylko Lesku, ale i Bieszczadom nowe oblicze. Z jednoosobowego biura, którym zresztą osobiście kierował, stworzył instytucję przerastającą funkcję wypisaną w szyldzie. W Centrum słuchać było nie tylko odpowiedzi na najprostsze pytania - którędy do zamku i o której odpływa statek w Solinie - ale i gorące dyskusje co począć z Bieszczadami, jak zaktywizować małe skryte w laskach wioski, jak - a przede wszystkim po co - promować Bieszczady. Wyrósł Przemek ponad prymitywny , a przecież typowy dla tego rodzaju biur, schemat rozdawnictwa folderów i wyjaśniania który szlak dokąd wiedzie. Startował od zera, od lokalu i sprzętów, które miasto do jego etatu przypisało. Normę osiągnął już na rozbiegu. Wszystko co było potem, było już jego osobistym dorobkiem, właśnie owym wybiciem się w górę udokumentowanym w opasłych tomach skoroszytów wypełniających służbowy regał. Wobec programów, które w Bieszczadach wdrażał, wobec tego, że instalował Bieszczady w stolicy, w Europie i za oceanem, urzędowa formuła miejskiego biura okazała się zbyt ciasna. Pracował na styku tego co miejskie i publiczne w najszerszym tego słowa znaczeniu. Odszedł. Pracuje nad tym samym, pracuje nad czymś większym, pracuje z podobnym, społecznie równie użytecznym skutkiem. Pracuje już nie jako miasto a jako Przemysław Ołdakowski. W dole, z okien jego nowego biura doskonale widać mikroskopijny, sympatyczny pawilon BCIT.
Uważny czytelnik "Echa", jeśli sięgnie pamięcią w treść pięćdziesięciu numerów, przypomni sobie, że praktycznie nie było miesiąca bez wzmianki o dokonaniach jego biura, jego stowarzyszeń, jego fundacji. Ktokolwiek zasiądzie na jego dawnym miejskim krześle, nie będzie miał łatwych początków, stanie bowiem oko w oko z problemem czy renoma leskiego BCIT-u jest do biura, czy do Przemka przypisana. W tym drugim przypadku nowy gospodarz pawilonu zaczynać będzie od nowa. Wypada mu życzyć powodzenia.
Jakub Demel
|