Przed czterema laty miasto stworzyło gazetę. Tak przyjęło się mówić i w tej właśnie formie geneza
miejskiego periodyku przeszła do historii. W szczegółach wyglądało to nieco inaczej. Wówczas miasto i jego
władze traktowano jako monolit, wówczas mówiono: nasze miasto, nasi ludzie, nasze władze. A więc miasto
dało swej gazecie szyld i lokal, PFRON dał pieniądze na etat i narzędzia, aktywne grono mieszkańców dało
gazecie swego człowieka.Wówczas potrzebą chwili była gazeta, niezbędna jak oręż w walce o powiatową tożsamość. Po wygranej batalii miejski miesięcznik potrafił się zmobilizować, szukać dróg integracji lokalnej
społeczności na innych płaszczyznach niż przebrzmiały już konflikt z sąsiadem, umiał znaleźć
niepowtarzalną formułę odzwierciedlającą codzienne życie, potrafił stać się kroniką wydarzeń bieżących,
pamiętnikarskim zapisem przeszłości, kreatorem dni przyszłych. Z założeń programowych gazety, którym
wierna pozostała do końca, wynikało, jak bliska jest ona swemu miastu. Gdy drogi miasta i jego władz
zaczęły się rozchodzić, miesięcznik podejmował trud wiązania rwących się nitek, trud przekładu coraz
odleglejszych języków: języka miasta i języka władz. Gdy gazeta pozostała wierna miastu, samorząd uznał ją
za obcą.
Czas zrobił swoje. Wygasły zachwyty nad odzyskanym starostwem, kolejne wybory wyłoniły samorząd, który uznał, że wobec gazety nie ma żadnych zobowiązań moralnych, PFRON zakończył swoją ściśle określoną misję, miejskie władze uznały, że swe dawne zobowiązania w sferze komunikacji z lokalną społecznością same najlepiej wypełnią. Zupełnie przy tym zapomniały, że od dawna już operują językiem jedynie przez siebie zrozumiałym. Miejsce tytułu przez cztery lata społecznym wysiłkiem co miesiąc wprowadzanego między ludzi postanowiono zapełnić biuletynem redagowanym przez miejskich urzędników w ramach dodatkowego zakresu obowiązków. Władza wierzy, że nikt tak twórczo nie buduje społeczeństwa obywatelskiego jak urzędnik.
Wyznaczeni redaktorzy, którym urzędniczy instynkt samozachowawczy w dobie szalejącego bezrobocia nie jest zapewne obcy, wypełnią swój obowiązek zgodnie z kodeksem pracy.
Nowatorski sposób postrzegania mediów może zostać upowszechniony. Jeśli sprawdzi się w skali miasta, nic już nie będzie stało na przeszkodzie, by prasę centralną zastąpić biuletynami rzecznika rządu. Nie sposób zgadnąć skąd po piętnastu latach transformacji właśnie u ludzi, którym PRL kojarzy się z dziecięcymi wspomnieniami, bierze się tęsknota za gazetą w pełni dyspozycyjną, w pełni sterowalną. Władza może wyznaczyć redaktorów, ale czytelników władza władzy nie sięga. Już za dwa miesiące - jak władza zapowiada - okaże się czy nowa gazeta jest echem dyrektyw rozbrzmiewających w ratuszu, czy też jedynie czkawką po starym "Echu Bieszczadów".
Jakub Deme
lPrzedruk za zgodą autora z dwutygodnika "Podkarpacie" z dnia 21 lipca 2004 r.
Echo Bieszczadów w Internecie będzie dostępne 10.08 - zapraszamy.
|