To trzeba przeżyć. Czy ktoś z Państwa wie, że w Bieszczadach napadają? Ale to specyficzni zbóje. Najpierw trzeba złożyć zamówienie na napad. Najlepiej przez Internet... Od pięciu lat banda Krzycha z Przysłupia jest "postrachem" bieszczadzkiej ciuchci. Skład bandy jest zależny od dnia, ale stały trzon stanową: Jurand z Leska, Marta (prywatnie żona Krzyśka), Jacek z Buka, Krzysztof ze Strzebowisk. Czasami dołącza Adam z Leska. W sezonie jest kilkanaście napadów i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od zlecenia od firmy farmaceutycznej, której organizator chciał czegoś wyjątkowego i ekscytującego. W Biesisku ciągle są goście, coraz więcej stałych bywalców.
Dawny sklep GESu zmienił się w jeden z ciekawszych miejsc w Bieszczadach. Osiem koni Krzycha i drugie tyle teścia to całkiem pokaźna stajnia. Jest czym zbójować. Napadnięci bawią się jeszcze lepiej niż napadający. Zbój Jacek rabuje w pierwszym wagonie ciuchci, po czym musi się ewakuować do drugiego, bo panie z wycieczki wspominają coś o innych aspektach zbójeckiego rzemiosła. Rozlegają się strzały, spokojnie - to tylko ślepe naboje. Banda na koniach galopuje wzdłuż torów, okrzyki, zamieszanie - ale jak to widowisko - wszystko w scenariuszu. Grupa wczuwa się w rolę napadanych. By poczuć bieszczadzką przygodę należy spotkać bandę z Przysłupia.
|