Z wizytą w elektrowni - www.bieszczady.info.pl    
       
 
   
 
 

Z wizytą w elektrowni


2001-05-05 00:00:00 ostatnio zmieniony: 2004-02-02 20:22:41
J C-S.  


W ub. roku minęła 40-ta rocznica rozpoczęcia budowy elektrowni wodnej w Solinie. W tymże roku zaczęto zwozić sprzęt, zatrudniać ludzi. Praca tak naprawdę ruszyła wiosną 1961 roku. O samej historii zapory i elektrowni będziemy pisać obszernie. Posiadamy w redakcji dość ciekawy materiał na ten temat. Ale zanim do tego dojdzie, chcę przedstawić naszym Czytelnikom obecnego Prezesa Zespołu Elektrowni Wodnych Solina - Myczkowce, mgr inż. Ryszarda Krasickiego i zapytać o dzień dzisiejszy.


Zacznę od pytania bardziej osobistego. Panie Prezesie, pełnienie funkcji dyrektora Spółki spowodowało, że stał się pan "Bieszczadnikiem" - człowiekiem Bieszczadów, czy może odwrotnie: naprzód były Bieszczady, a później praca?


Pytanie jest złożone, bo dotyczy bardzo odległych czasów.
Pierwsza wiadomość, która dotarła do małego chłopaka, była zgoła sensacyjna: "Na szczycie koparki, ustawionej w nurcie rzeki, ugrzązł człowiek; nurt rzeki jest bardzo rwący, pracownicy budujący zaporę w Myczkowcach robią wszystko, by uratować swojego kolegę".....Radio to była potęga, rozbudzająca wtedy wyobraźnię; nie było seriali, nie było kapitana Klossa ani kreskówek, które dziś nie pozwalają dzieciom bawić się w Indian czy przeczytać książkę. Zacząłem zadawać pytanie: "Gdzie te Myczkowce?", szukać w gazetach szczegółowych opisów tego zdarzenia. Potem o sprawie zapomniałem, co innego zaprzątało moją wyobraźnię. Przyszły lata liceum i wyjazdy na wycieczki w różne części Polski.. Jedna z nich była zorganizowana w Bieszczady. Wtedy jeszcze jeździłem dla samego faktu podróżowania, a nie dla sentymentów czy szczególnych upodobań. Towarzystwo rówieśników i piękne krajobrazy zostawiały ślad, który nie uleciał; pozostał, mimo upływu lat. Na początku studiów wybrałem się z kolegą na samodzielną eskapadę w Bieszczady i wtedy "połknąłem tego bakcyla". Tu przyjeżdżałem na koniec każdych wakacji motocyklem z przyczepą i rozbijaliśmy namioty w różnych miejscach, najczęściej w okolicach Soliny.


Kiedy miała miejsce decyzja o związaniu się na dłużej z tym zakątkiem?


Pod koniec studiów, mimo bram i uzbrojonych strażników, wyprawialiśmy się pod samą zaporę. Razu pewnego poszliśmy do kadr zapytać, czy dla takich specjalistów nie będzie pracy w przyszłości, a studiowałem na krakowskiej AGH - uczelni, która dawała gruntowne wykształcenie techniczne, oraz solidne przygotowanie zawodowe - geologiczne inżynierskie i hydrogeologiczne - kierunek na wpół humanistyczny, na wpół inżynierski.
Pani Melania Mielniczek w kadrach powiedziała, że owszem, ale żebym się dowiadywał. Zostawiłem swoje personalia, choć tak do końca nie byłem przekonany, czy po moim wyjściu nie wylądują w koszu. Nie wylądowały! Po dwóch miesiącach otrzymałem propozycję podjęcia pracy w elektrowni. Ja miałem jednak przed sobą wszystkie końcowe egzaminy. Z ówczesnym dyrektorem inż. Edwardem Warchołem zawarłem umowę przedwstępną i pół roku później byłem gotów do podjęcia pracy. Jestem człowiekiem zdecydowanym; podstawowy warunek, jaki stawiałem - otrzymanie mieszkania - został spełniony. W poniedziałek miałem podjąć pracę, a w sobotę otrzymałem klucze do swojego - pierwszego samodzielnego - mieszkania; naprawdę byłem bardzo szczęśliwy. Były to lata 1977/1978, kiedy posiadanie mieszkania miało swoją wartość.
W czasie 3-miesiecznego stażu byłem kierownikiem działu hydrotechnicznego, odpowiadałem za prawidłową i bezpieczną pracę obiektów piętrzących - tzn. zapór w Solinie i Myczkowcach. Dość szybko awansowałem na zastępcę dyrektora Zespołu. Była to dla mnie ogromna satysfakcja. Szedłem, jak to się potocznie mówi, "szczebel za szczeblem" - widocznie pisane mi było takie szczęście.
Nie zakładałem nigdy, że muszę wyjechać w Bieszczady, że tylko tu lub nigdzie; to splot różnych szczęśliwych zdarzeń doprowadził do tego, że tu jestem. Gdyby nie pani Mielniczek w kadrach, która mnie zapamiętała, gdyby nie mieszkanie, gdyby nie powierzono mi tej pracy, gdyby...,widać, tak miało być. Zapuściłem już tu swoje korzenie.
A człowiek, który rozbudził moją wyobraźnię w dzieciństwie, był potem moim pracownikiem. Do dziś tamto wydarzenie pamiętam, choć tyle innych uleciało. Spotykam Go od czasu do czasu, mieszka w Myczkowcach, a nazywa się Józef Jagodziński. Pozdrawiam Go za waszym pośrednictwem.


Rodzice zaakceptowali wyjazd młodego człowieka, dopiero po studiach, w Bieszczady? Wtedy miały one jeszcze opinię dzikich, nieznanych - wręcz zapomnianych przez Boga i ludzi.


Tak myśleli ci, którzy nigdy tu nie byli; zresztą i dzisiaj jest takich wcale niemało! Ojciec znał Bieszczady dobrze, pochwalał mój wybór, matka była tu po raz pierwszy, gdy wprowadzałem się do nowego mieszkania. Obydwoje akceptowali moje decyzje; przecież nie jechałem spać pod namiotem, a firma też miała swoją renomę. W moim przypadku był to zaszczyt, że mogłem tu podjąć swoją pierwszą pracę. Moi koledzy zmieniali pracę co kilka lat, ja mam "ubogą" karierę zawodową, bo była ona związana z jedną firmą. Niewielu może się tym pochwalić, ja mogę, choć jest coś, co się zmieniało przez te lata - nazwa firmy: Rzeszowski Zakład Energetyczny - Zespół Elektrowni Wodnych Solina-Myczkowce; Zespół Elektrowni Wodnych Solina-Myczkowce Spółka z o.o.; Zespół Elektrowni Wodnych Solina-Myczkowce Spółka Akcyjna.


Przejdźmy zatem do dnia dzisiejszego Zespołu Elektrowni. Jakich informacji może Pan udzielić naszym Czytelnikom? Co się dzieje w elektrowni?


Wszelkie działania są zdominowane prowadzoną modernizacją elektrowni, a te, choć zdarzają się rzadko, przypadły mnie w udziale. Żywotność techniczna urządzeń jest szacowana na 30 - 40 lat. Budowa nowej elektrownii byłaby znacznie prostsza niż wykonanie modernizacji, ale jest praktycznie niemożliwa - byłoby to niezasadne ze względów ekonomicznych. To co dziś robimy, jest konieczne również przy normalnej eksploatacji urządzeń. Jest to praca, która narzuca na ludzi szereg nieprzewidywalnych sytuacji i jest wyjątkowo trudna. Na jednej zmianie, oprócz ludzi zatrudnionych na co dzień, pracuje ekipa remontowa w liczbie 80 osób. Wcześniej wykonuje się prace remontowe, później właściwą modernizację. Takie prace mamy już za sobą w elektrowni w Myczkowcach, gdzie całkowicie skomputeryzowany system pozwoli na sterowanie tej elektrowni z Soliny. Takie same prace trwają teraz w Solinie. Planowane zakończenie remontu to grudzień 2002 r. W takiej sytuacji po zakończeniu wszystkich robót czeka nas zmniejszenie ilości zatrudnionych pracowników. Proces restrukturyzacji będzie trwał długo: nowe technologie, elektronika, komputery, wymuszają te zmiany.
Już dziś myślimy o tym, aby zrobić wszystko, by ludziom, którzy będą musieli odejść, zapewnić zatrudnienie, nawet przy wydatnej pomocy z naszej strony dla zakładów, które ich zatrudnią.


Panie prezesie, niedawno stała się głośna sprawa zagospodarowania "Wyspy energetyka". Rzeczywiście ma Pan plany rozbudowy istniejącego ośrodka?


Pierwszy, podstawowy i niepodważalny fakt to ten, że wyspa należy do elektrowni i ona ma prawo decydować o tym, co tam powstanie. Wszelkie dyskusje osób, które tu przyjeżdżają na miesiąc lub dwa w roku, nie mogą być na tyle miarodajne, by zmieniać nasze plany. Owszem, bierzemy je pod uwagę, analizujemy, ale ostateczne decyzje podejmą inwestorzy. Musimy brać pod uwagę to, że sezon turystyczny trwa tu tylko 3 miesiące, a ludzie muszą żyć i utrzymywać swoje rodziny przez cały rok. W takim ośrodku znaleźliby zatrudnienie przede wszystkim ludzie z okolic Soliny, a nie z Warszawy czy Rzeszowa. To okolicznym mieszkańcom powinno zależeć na tym, by jak najszybciej udało się zrealizować budowę ośrodka. Spółka, która zostanie powołana, też musi zrobić wszystko, by zyski były osiągane w przeciągu całego roku. W innym przypadku przedsięwzięcie traci ekonomiczne uzasadnienie. Patrzę przez pryzmat tego regionu, tego terenu i konieczności stałego rozwoju. Namiot i kocyk już nie wszystkich zadowalają. Argumenty żeglarzy bierzemy pod uwagę, o ile są uzasadnione merytorycznie i możliwe do przyjęcia. Dzikie eksploatowanie wyspy ją zniszczy. Wycina się tam drzewa na ogniska, ścieki odprowadza do wody, a przecież woda z zalewu służy do celów pitnych. Dlatego muszą powstać takie warunki, które przyciągną gości ze świata, a jednocześnie dadzą możliwość zatrudnienia dla miejscowych. W tej chwili trwają dopiero rozmowy wstępne z inwestorami i bardzo bym się cieszył, gdyby ten pomysł, który dziś proponujemy, mógł być zrealizowany. Mam nadzieję, liczę na to, że nasze działania spotkają się ze zrozumieniem ze strony tak władz powiatowych, jak i gminnych i że one będą chciały mieć na swoim terenie obiekty, które staną się wizytówką Bieszczadów. Mieszkańcy Soliny, Polańczyka czy Leska, którzy są blisko tego zagadnienia, nie negują jego powstania, natomiast robią to ludzie z daleka, dla których liczy się tylko ich interes.


Przejdę do pytań z innej dziedziny niż praca zawodowa. Wiem, że jest Pan wielkim mecenasem kultury, wspomaga Pan różne działania na terenie Bieszczadów. Elektrownia pod Pana rządami pomaga w wielu przedsięwzięciach kulturalnych na tym terenie. Dobrze się dzieje, że społeczeństwo i elektrownia współdziałają razem dla dobra wspólnego.


Cieszę się, że jest to tak odbierane. Jednak o tym decydują różne czynniki. Ja sprawuję zarządy w imieniu właściciela, Zakładu Energetycznego w Rzeszowie i gdyby ten nie akceptował moich decyzji, to pewne działania byłyby niemożliwe. Moja decyzja jest więc wtórna, wcześniej bowiem właściciel określa priorytety wydatków. Tworzy on pewne fundusze na te cele i daje wolną rękę wierząc, że ocenię tu na miejscu, które działania lokalne należy wesprzeć. W chwili obecnej, kiedy tworzy się nowe zręby zarządzania, w okresie wielkich przemian gospodarczych kraju, pewne zaniedbania mogłyby przynieść niepowetowane straty w kulturze. Staramy się pomagać nawet tym małym, ale bardzo konkretnym przedsięwzięciom, by mogły przetrwać te najtrudniejsze czasy dla kultury. Na tym terenie jest to konieczne, bo moglibyśmy stracić bezpowrotnie niektóre dotychczasowe osiągnięcia. W tym okresie przejściowym pewien mecenat ze strony miejscowych zakładów jest wręcz konieczny i nie jest to żadna jałmużna czy wyniosłość, lecz zwykły rozsądek świadomych zagrożenia ludzi. Jest mi przyjemnie, że możemy to robić. Na jak długo starczy nam środków, nie umiem odpowiedzieć. Firma jest spółką prawa handlowego i kiedy przynosi zyski, to pomaga w miarę posiadanych środków. W rocznych bilansach wykazujemy te wydatki i są przyjmowane przez właściciela. Wszyscy, od których te decyzje zależą uważają, że pomoc jest ze wszech miar uzasadniona.


Na zakończenie zapytam, czy znajduje Pan czas na inne zajęcia niż praca?


Przy mojej pracy mam coraz mniej czasu na realizację swoich pasji. Jedną z nich jest na pewno latanie. Niestety, ze względu na kłopoty zdrowotne, musiałem te marzenia schować głęboko. To, że nie latam, nie znaczy, że się tym nie interesuję. Wszystko, co jest związane z lotnictwem jest bliskie memu sercu. To widać nawet w domu, gdzie prowadzę nasłuchy lotnicze. To mi pozwala być, w jakimś sensie, blisko spraw, które mnie fascynują. Na tyle ile mogę, wspieram poczynania Aeroklubu Bieszczadzkiego. Z dużym zainteresowaniem śledzę wszystkie nowinki z dziedziny elektroniki. No i fotografia, której nie mogę poświęcić tyle czasu, ile bym chciał. Prowadzę ożywione dyskusje z fotografami, którzy zajmują się nią profesjonalnie. Gdybym nie był energetykiem, być może oddałbym się fotografii i utrwalał to, co ulotne; co widzę wokół siebie dziś, bo jutro już tego może nie być. Może kiedyś...
Nie posiadam żadnego zacięcia sportowego. Moi nauczyciele już w szkole podstawowej dostatecznie skutecznie zniechęcili mnie do uprawiania sportu. Lubię pochodzić po górach, dla relaksu, to mi wystarczy. Preferuję też inne formy wypoczynku, ale są one tak sporadycznie uprawiane, że nie warto o nich wspominać.


Dziękuję za rozmowę i życzę realizacji nie tylko zawodowych planów.


Ryszard Krasicki: Ze swej strony zapraszam wszystkich chętnych do zwiedzenia naszej elektrowni, kiedy już będziemy po remoncie. Zapraszamy także do wypoczynku w Centrum Rekreacji na Wyspie Polańczyk.

Jadwiga Czyżewicz - Szurlej




Nowe otwarcie

Rozmiar: 17599 bajtów
30 marca 2001r
Przekazanie po modernizacji Elektrowni Wodnej Myczkowce do eksploatacji.
Otwarcia dokonują: Prezes Elektrowni Szczytowo - Pompowych S.A. w Warszawie
Jan Tokarz i Prezes Zespołu Elektrowni Wodnych Solina - Myczkowce Ryszard
Krasicki.


Pisaliśmy w numerach 5-8 "Echa Bieszczadów" o początkach budowy zapory na Sanie i elektrowni wodnej w Myczkowcach. Dziś pragniemy poinformować naszych Czytelników, że elektrownia ta przeżywa swoją "drugą młodość".
6 maja 1999 r. rozpoczęła się modernizacja wszystkich podzespołów. W marcu 2000r. zakończono modernizację turbiny TZ-2, a w grudniu 2000r. TZ-1, natomiast w dniu 30 marca 2001r. przekazano do eksploatacji po zakończeniu całkowitej modernizacji, Elektrownię Szczytowo - Pompową w Myczkowcach.
Na oficjalne otwarcie przybyli licznie zaproszeni goście, wśród nich Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Kazimierz Ferenc, starosta Powiatu Bieszczadzkiego - Henryk Gocek, wójt Gminy Solina Zbigniew Sawiński, prezes Elektrowni Szczytowo-Pompowych S.A. w Warszawie Jan Tokarz, oraz liczni przedstawiciele energetyki polskiej.


Gospodarzem uroczystości był prezes Zespołu Elektrowni Wodnych Solina-Myczkowce, Ryszard Krasicki. W wyniku przeprowadzonej modernizacji moc elektrowni pozostała bez zmian (8,3 MW), ale wzrosła sprawność turbozespołów średnio o 6,5 %, produkcja elektrowni wzrośnie średnio w roku o około 7 %. Zmodernizowana elektrownia wg poziomu techniki roku 2000 umożliwi 40-letni okres eksploatacji bez poważniejszych nakładów na unowocześnienie, nastąpi obniżenie kosztów remontów i eksploatacji obiektu. Produkując czysto ekologicznie energię EW Myczkowce w roku 2010 osiągnie 7,5 % udziału energii wytwarzanej w źródłach odnawialnych w całości produkowanej energii.


J C-S.



Echo Bieszczadów   Dodaj swój komentarz.
 
 
 
 

Znajomość prawa pomaga

2008-09-02 15:17:58

Znajomość prawa pomaga - to projekt realizowany przez Stowarzyszenie Kobiet Bieszczadzkich „Nasza Szansa” z Leska mający na celu przeciwdziałanie przemocy domowej i przemocy wobec kobiet.
więcej czytaj więcej

Można inaczej - SOS w Lesku
Moje prawa - moją szansą!
Edukacja ekologiczna
Wystawa w Czarnej

  archiwum Archiwum


Webcam - Ustrzyki Górne

webcam www.bieszczady.info.pl  na Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) Szeroki Wierch (1315 m n.p.m.) - Ustrzyki Górne



Szukaj w bieszczady.info.pl
 
Ciekawe serwisy
Mazury Zakopane
Karkonosze Online Przemyśl
Kwatery, pensjonaty,noclegi
Spływy kajakowe, Kajaki, Mazury
Hotele w Warszawie
 
  © Bieszczady Wirtualnie 1998 - 2008    
Kontakt  Prywatność  Reklama
Liczba osób na www.bieszczady.info.pl: 5