MUCZNE. Maleńka bieszczadzka osada wciśnięta między masyw Jeleniowatego, szczyt Muczne, w oddali Grandysową Czubę. Nazwa tej miejscowości jest kontrowersyjna, jak większość bieszczadzkiej terminologii. Przewodniki turystyczne wywodzą ją od potoku Muczny, a według starych wojskowych map jej nazwa brzmi "Muczna". Przed II wojną stało tu kilka małych, nędznych chałupek, grunt nie nadawał się dla rolnictwa. Początkiem XX wieku właściciel tych ziem przegrał w karty ogromny majątek, jego długi karciane wykupiła spółka żydowska, w zamian za olbrzymie tereny leśne. Rozpoczęto budowę kolejki wąskotorowej od Terebowca przez Pszczeliny na Wilczą Górę w Stuposianach, dalej Muczne, Tarnawę aż do stacji kolei normalnotorowej w Sokolikach. Kolejka ta miała liczne odgałęzienia do pobudowanych w dolinach tartaków. Jej główne odgałęzienie prowadziło do Sianek. Rozpoczęto rabunkowa wycinkę wartościowych drzew. Ludność miejscowa znalazła zatrudnienie przy ścince, jak i przy zrywce drewna oraz w tartakach. Gotową tarcicę transportowano do stacji Sokoliki, taki stan rzeczy trwał do roku 1935. Las został wyeksploatowany, zaczęto demontaż kolejki. Po następnej zawierusze wojennej nastąpiła pustka. Początkiem lat 60-tych wybudowano w Mucznym, Tarnawie i Sokolikach drewniane domki myśliwskie. Jak wspomniałem w poprzednim artykule w roku 1974 rządy objął pułkownik Doskoczyński. Nazwa Muczne została zmieniona na Kazimierzowo - od jego imienia. Sam pułkownik był osobą wielce kontrowersyjnym i tajemniczym. Moje pierwsze z nim spotkanie odbyło się w 1966 r., jesienią, przy budowie drogi Jamna - Trójca, drugie w grudniu przy budowie lotniska w Arłamowie. Każde spotkanie z tym panem robiło jak najlepsze wrażenie, był bardzo sympatyczny. W 1974 roku, jesienią, na jego polecenie wysiedlono nas do byłego ośrodka więziennego na Wilczej Górze w Stuposianach. Baraki były zimne, podszyte wiatrem. W trakcie budowy drogi Stuposiany - Tarnawa, na 4 km od Stuposian rozpoczęto budowę drogi nr 4. Droga o długości 10 km przebiegała przez malownicza dolinę wyludnionej wioski Jasionów, opasując od południowej strony masyw Jeleniowatego, łączyła się z główną drogą w kierunku Tarnawy, na 13 km. Jesień w tymże roku była bardzo piękna, chociaż mroźna i bezśnieżna. Do połączenia tej drogi zostało nam 0,5 km, to nam zajęło czas do połowy grudnia. 18 grudnia w nocy zaczął padać obfity śnieg, nastały zamiecie i zawieje, które trwały przez 2 miesiące. Pracując w ZBL byłem na każde zawołanie pułkownika Doskoczyńskiego. Mój szwagier Edward Witkowski pełnił tam funkcję starszego łowczego. Można powiedzieć, że moja "znajomość" z pułkownikiem trwał 21 miesięcy. W czasie tej srogiej zimy miałem do odśnieżania drogę począwszy od Sianek poprzez Muczne, Stuposiany, Wołosate na szczyt Rozsypańca - 50 km dróg i szlaków łowieckich. Na wiosnę 1975 roku rozpoczęto budowę drogi w kierunku szczytu Widełki, brała ona początek od drogi nr 7, która opasywała masyw Mucznego i wychodziła po 5 km koło hotelu w Mucznym. Na początku lipca pułkownik wrócił z urlopu w Szwajcarii. Zostaliśmy wezwani z Witkowskim do "dewizówki", pułkownik będąc w doskonałym humorze, po poczęstunku zaczął monolog: "Premier i ja postanowiliśmy, że wybudujemy u podnóża Bukowego Berda koliby pasterskie i na Grandysowej Czubie oraz na Obnodze. Do tego trzeba będzie wykonać jak najłagodniejsze drogi dojazdowe". Rozłożył na stole bardzo dokładną mapę lotniczą tego terenu, narysował trasę zaplanowanej przez nich drogi w kierunku Berda. Znałem ten teren i patrząc na tę mapę, zwróciłem uwagę, że na tej trasie jest ogromna ilość potoków, na co usłyszałem: "Mamy wojska inżynieryjno - techniczne, które w ramach ćwiczeń wykonają potrzebne mosty". Otrzymaliśmy polecenie - wyznaczyć w terenie przebieg tej drogi, żeby była jak najbardziej atrakcyjna, ponieważ będzie służyła jako trasa spacerowa i do jazdy zaprzęgami konnymi. Na drugi dzień była niedziela, wybraliśmy się we trójkę - Witkowski, ja i przebywający od czasu do czasu w Mucznym emerytowany major, starszy człowiek, były ochroniarz premiera. Trasę około 200 m w dość ciężkim terenie wyznaczyliśmy od zaraz. W poniedziałek pluton żołnierzy z pilarkami rozpoczął odkrzaczanie terenu. Trzeciego dnia przystąpiłem do prac ziemnych. Wcinając się w stok, za trzy dni doszedłem do małej niecki. Zauważyłem w pewnym momencie, że sypią się wraz z ziemią kości, pomyślałem, że zwierzęce. Stojący na skarpie żołnierz krzyknął, że to są kości ludzkie. Zaczęliśmy z żołnierzami rozgrzebywać ziemię i pod niewielką warstwą odsłoniliśmy szczątki ludzkich kości - pogruchotane piszczele, kości klatki piersiowej i 20 czaszek. Widok był przerażający. Towarzyszący nam major, stary frontowiec aż westchnął: "Boże, co to jest?". Dalej znaleźliśmy uszkodzony CKM z fragmentem taśmy z nabojami. Żołnierze znaleźli jeszcze zniszczoną broń produkcji niemieckiej. Kolejny odnaleziony szkielet miał na sobie strzępy munduru. Na prawym rękawie miał wyszyty srebrnymi nićmi napis: "Fremmde Here Ost" (obce armie wschód), na szyi medalik ze staroruskim napisem, z datą 1623 - 1923, na strzępie czapki szarotkę, znak strzelców górskich, przy pasie mosiężną klamrę z napisem: "Gott Mitt Uns" (Bóg jest z nami), przy boku miał futerał z belgijskim pistoletem oraz bagnet. Wszystkie militaria zabrali żołnierze do jednostki, do sali historii. O godzinie 17. żołnierze odmaszerowali do Mucznego, ja zostałem kontynuować prace. Znalazłem jeszcze oficerską torbę, była w dobrym stanie, na klapie był wytłoczony taki sam napis jak na ramieniu właściciela. Zawierała dużo dokumentów, dwa medale, krzyż zasługi, książeczkę o treści religijnej. Tymczasem maszerujący do koszar żołnierze zostali zatrzymani na drodze przez premiera i pułkownika oraz ich ochronę. Na pytanie: Skąd mają te trofea? - odpowiedzieli, że spychacz odsłonił zbiorową mogiłę. Ledwie zdążyłem schować tę książeczkę i medale, kiedy zjawili się dostojnicy. Obejrzeli znalezisko, kazali kości zakopać, zabrali ze sobą torbę i odjechali. Całe znalezisko zabezpieczyłem jak należy. Tajemnica tej tragedii wyjaśniła się dopiero po 22 latach.
|